FARSA NA LUDZKĄ GŁUPOTĘ

Niedawno na deskach Teatru Polonia zagościł spektakl w reżyserii Jerzego Stuhra na podstawie sztuki Gabrieli Zapolskiej Ich czworo. Postanowiłam wykorzystać ostatni dzień ferii i zabrać córkę znajomych do teatru. Spektakl wydawał się odpowiedni – w końcu to dramat(gr. drama), rodzaj literacki (obok epiki i liryki), obejmuj... rodzinny, widziany oczami dziecka, a w dodatku ubrany w całkiem udaną farsę. Zdziwiłam się jednak, bo poza moją towarzyszką na widowni nie było młodzieży, wręcz przeciwnie przeważały osoby starsze. Fakt, klimat początku dwudziestego wieku może być trudny do zrozumienia dla dziecka dwudziestego pierwszego wieku obytego z i-podem i facebookiem.

Na wstępie Jerzy Stuhr zapowiedział, że będziemy się śmiać i miał rację – od pierwszych minut spektaklu uderzyła widownię głupota matki Lilusi oraz jej kołtuńskie nawyki i przesądy. W tę postać wcieliła się genialnie Sonia Bohosiewicz, która z wdziękiem lawirowała między mężem a kochankiem. W roli męża, profesora filozofii, wystąpił Jerzy Stuhr, który zagrał człowieka pełnego godności oraz budzącego respekt wśród ludzi. Nawet kochanek żony – rewelacyjny Tomasz Kot – niejednokrotnie podkreśla, jak bardzo go szanuje. Świadkiem zdrad i kłótni małżeńskich jest szwaczka, przyjaciółka rodziny, grana przez Izabelę Kunę, która widząc rozwój wypadków, postanawia z niego skorzystać i ugrać coś dla siebie. W tym całym galimatiasie – dziecko, które jest obiektem przetargów między małżonkami, a czasami bywa zapomniane przez wszystkich – cierpi najbardziej w sytuacji, kiedy dwoje dorosłych skacze sobie do gardeł. Historia tej rodziny jest smutna – wręcz dramatyczna, ale ogrom ludzkiej głupoty każe się śmiać w głos, prawie po każdej kwestii padającej ze sceny. Każda z postaci występujących w tym spektaklu jest na swój sposób głupia, a ich wspólna tragedia w okrutny sposób odbija się na dziecku.

W galimatiasie kołtuństwa oraz ślepego podążania za modą bohaterowie tej opowieści gubią gdzieś samych siebie i tracą z oczu to, co najcenniejsze – miłość i szacunek bliskich osób. Nawet mała Lila uwikłana w intrygi własnej matki wie, o czym nie powinna mówić ojcu. Losy postaci tej tragikomedii wydają się z góry przesądzone, a jednak coraz ciaśniej zaciskają sami sobie pętle na szyjach ku uciesze widzów.

Scenografia spektaklu była oszczędna, ale na tyle sugestywna, że bez problemu można było zorientować się gdzie, a nawet kiedy toczy się akcja(łac. actio = działanie) ciąg zdarzeń w utworze dramatyc.... Choinka, która szybko staje się zarzewiem konfliktu, nie jest tu pozytywnym symbolem świąt, nawet wieczerza, przy wigilijnym stole bardziej przypomina stypę niż uroczystość. Wszystko jest jakby wymuszone, aby spełnić oczekiwania innych, a nie samych domowników. Natomiast ogromne, przesuwne oraz półprzezroczyste drzwi pozwalały widzom obserwować podsłuchujących, co dawało szerszy obraz akcji. W pokoju Fedyckiego poza szafą i łóżkiem był tylko rower i gramofon, kupione na raty – świadczące o tym, jak pozowanie na światowego człowieka determinuje jego życie.

W epokę początków dwudziestego wieku niewątpliwie przenosiły widza kostiumy, które prezentowały bogatą gamę wzorów i kolorów. Każda z postaci miała swój osobny styl odzwierciedlający w pewien sposób jej charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i.... Garnitur profesora dodaje mu nobliwości oraz powagi. Sukienka jego żony jest elegancka, ale odrobinę na wyrost, ponieważ jej właścicielce trochę tej elegancji brakuje. Pan Fedycki w uszytym na miarę garniturze również sprawia tylko pozory światowego człowieka, bo pomimo szafowania wielkimi cytatami, nie reprezentuje sobą wiele więcej niż zwykły oszusta. Szwaczka natomiast w kraciastym żakiecie sprawia wrażenie osoby prostej i skromnej, aczkolwiek niepozbawionej ambicji. Lila natomiast w jednokolorowych sukienkach wyglądała zarazem dziewczęco i nad wyraz dorośle, jak mała dama, którą okoliczności zmusiły do stawienia czoła wielkim problemom.

Ruch sceniczny również był bardzo sugestywny – egzaltowana matka z trudem potrafiła usiedzieć w jednym miejscu, nieustannie gestykulowała, czy raczej wymachiwała rękami, dodając swojej postaci karykaturalnego charakteru. Profesor natomiast oszczędny w ruchach bardziej szafował stanowczymi słowami. Lila przedstawiła sobą obraz dziecka wycofanego i niezbyt ruchliwego, które bacznie obserwuje otaczającą ją sytuację i zadaje tylko z pozoru trudne pytania. Fedycki podobnie jak matka Lili – mówi całym swoim ciałem, nadrabiając gestykulacjami braki w treści wypowiadanych słów. Wszędzie było go pełno – w krótkiej scenie odbywającej się w jego mieszkaniu przynajmniej trzy razy zmieniał płyty w gramofonie. Takie lawirowanie między meblami w jego przypadku ilustrowało również zręczne manipulowanie otaczającymi go osobami.

Muzyka i światła sugestywnie podkreślały najistotniejsze momenty spektaklu. Całkowite wyciemnienie w kulminacyjnym momencie wizyty Fedyckiego było bardziej wymowne niż inne środki wyrazu w dodatku okraszone sugestywnymi dźwiękami. Podczas gdy pojedynczy snop światła padający na stojącą na środku sceny Lilę nie pozostawiał złudzeń na temat sytuacji dziewczynki w całym tym galimatiasie. Światło również umożliwiło podglądanie podsłuchujących pod drzwiami osób.

Całość stanowiła zwartą i jednolitą kompozycję, którą podkreślały rewelacyjne kreacje aktorskie w znakomitej reżyserii Jerzego Stuhra. Zgodnie z podtytułem spektaklu „tragedia ludzi głupich” warto zauważyć w jaki sposób głupota zdeterminowała życia i losy tych bohaterów. Patrząc na tę głupotę, widownia śmieje się w głos, piętnując takie zachowania. A może warto zastanowić nad tym, jak my sami postępujemy i czy czasem nie krzywdzimy kogoś z naszych bliskich? Jak wspomniał Stuhr w mowie końcowej, niby takie nic – tragedia czterech osób, a jednak nas to bawi.

Myślę, że na tym właśnie polega wielkość teatru, kiedy człowiek śmieje się z ludzkiej tragedii, ale po powrocie do domu ogląda obejrzany spektakl przez pryzmat własnego życia, doświadcza zupełnie innych uczuć. Wielowarstwowość tej historii dodatkowo podkreślała znakomita gra aktorów. Paradoksalnie, nawet chwila, w której Sonia Bohosiewicz na kilka sekund wyszła z roli, sama wybuchając śmiechem – uwypukliła pewne zawiłości sytuacyjne.

Spektakl zakończył się owacjami na stojąco, widownia nie chciała pozwolić aktorom zejść ze sceny i słusznie. Tragikomedia serwująca nam śmiech przez łzy jest sztuką najbliższą życiu, które zawsze miksuje ze sobą różne odcienie szarości, aby ukazać swoją różnorodność. Tym samym zmusza do refleksji nad samym sobą i nad otaczającym nas światem. W dodatku zręczna reżyseria Jerzego Stuhra oraz aktorstwo jakże znakomitej obsady. Spektakl niewątpliwie wart jest obejrzenia. Z moją opinią zgodziła się również ledwie dziesięcioletnia córka znajomych, która dłuższą chwilę po wyjściu ze spektaklu nie mogła przestać o nim mówić i przeżywała go na nowo, odtwarzając w głowie poszczególne sceny.

 

Magdalena Tyrała

Dodaj komentarz