I szli całą noc

„Bramy raju” w reż. Pawła Passiniego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Słynne drugie zdanie „Bram raju” oczywiście pada ze sceny pod koniec przedstawienia. Zrobiło karierę zawrotną, bo powieść Andrzejewskiego zbudowana została z dwóch zaledwie zdań – przy czym to pierwsze wypełniało niemal cały utwór, a drugie zawierało kilka słów. Było jednak z punktu widzenia odbioru tekstu nader istotne – stanowiło bowiem lustrzane odbicie pierwszego. Spektakl Passiniego nie próbuje zachować tej nierównowagi dwóch zdań powieści, a to choćby z powodu dodania do scenariusza fragmentów niemal zapomnianej „Krucjaty dziecięcej” Marcela Schwoba.

Ważniejsze, że spektakl zachowuje aurę dzieła Andrzejewskiego, jego intensywność emocjonalną i poznawczy impet, z jakim spowiednik wchodzi, krok po kroku, w głąb rzeczywistych motywów wyprawy do Jeruzalem podjętej przez dzieci, aby wyzwolić Grób Pański spod władztwa Saracenów. Tę mroczną esencję spektaklu uwydatniają hipnotyczna muzyka, klekot kołatki trędowatego Goliarda, pogłosy wydawane przez ogromne, blaszane tło sceny, na którym pojawiają się w zbliżeniu spłoszone oczy i cienie. Spowiadające się dzieci mają starsze sobowtóry – ta podwójność otwiera pole do skojarzeń i kontrastów: dobro i zło, anioł i diabeł, a zarazem daje świadectwo trwałości utopijnej chimery, która kusi zwodniczymi obietnicami. Tę prawdę poznaje spowiednik (Bogusław Kierc), aby w końcowym monologu przejmująco odkryć własne złudzenia i tajone żądze. Jest jednak za późno, jego trwożne błagania i przestrogi, aby wyprawy poniechać, nie znajdą posłuchu, krucjata podąży dalej, a towarzyszyć jej będzie kołatka trędowatego (Krzysztof Boczkowski). On to bowiem zdzierać będzie opaski z oczu pielgrzymów i spowiednika, a wyzwalając ich ze ślepoty, ukaże przepaści zakłamania, oszustwa i pozorów. Nie skrywa ich hrabia Ludwik, który w interpretacji Włodzimierza Dyły szuka odkupienia win w homoerotycznych fascynacjach i straceńczej wyprawie niewinnych dzieci. Ale czy rzeczywiście niewinnych? „I szli całą noc…”. Ale w spektaklu nie idą. Siedzą z boku na kościelnej ławie po prawej stronie sceny, po lewej oczekuje ich spowiednik. W zagłębieniu wypełnionym wodą spoczywa martwe ciało rycerza. Ta krucjata została uchwycona w chwili osobliwej, w stanie zawieszenia ruchu. Sytuacja dynamizuje się wprawdzie podczas kolejnych spowiedzi-wyznań, ale to przede wszystkim ruch wyobraźni, gorączka uczuć, której z czasem ulegają wszyscy uczestnicy wędrówki donikąd, szukający odpowiedzi na pytania, kim są, do czego dążą, co skrywają.

 

„I szli całą noc”
Tomasz Miłkowski
Przegląd nr 14/31.03
02-04-2014

Dodaj komentarz