LEKTURY SZKOLNE NA SCENIE – DZISIEJSZE I DAWNE

Bożena Frankowska o ZEMŚCIE Aleksandra Fredry w Teatrze Polskim w Warszawie za dyrekcji Andrzeja Seweryna i Jarosława Gajewskiego:

Każdy teatr o charakterze dramatycznym, utrzymywany z pieniędzy społeczeństwa, ma obowiązek mieć w repertuarze dramaty czy adaptacje należące do klasycznej literatury oraz utwory pisarzy współczesnych, dbać o różnorodność tematyczną i stylistyczną obu tych nurtów repertuarowych. Ponadto powinien dbać o taki dobór inscenizatorów i wykonawców, by albo wypracować swój rozpoznawalny styl, albo przeciwnie – ukazywać w swoich przedstawieniach rozmaitość możliwości inscenizacyjnych – różne poetyki dramatyczne i różne style wykonawcze.

A jeśli to teatr o tradycji długiej i ważnej dla polskiej kultury to w jego obowiązki wpisana jest dbałość o rozwój intelektualny swoich widzów. W tym zaś obszarze jedną z możliwości jest pokazywanie na scenie szkolnych lektur i zapraszanie na przedstawienia widzów młodych, a nawet najmłodszych (jak Teatr Narodowy i Teatr Polski za dyrekcji Kazimierza Dejmka na legendarne już dzisiaj przedstawienia Jana Brzechwy i Ernesta Brylla).

Teatr Polski pod dyrekcją Andrzeja Seweryna i Jarosława Gajewskiego jak dotąd nie uchybił żadnemu z tak formułowanych oczekiwań. W dzisiejszym teatrze polskim, ogarniętym przez naiwny szał prymitywnie i prowincjonalnie rozumianej awangardy i anty-warsztatowy w zakresie umiejętności teatralnych postdramatyzm, już samo respektowanie wymienionych założeń liczy się do zasług Teatru Polskiego i jest odbierane jako nadzwyczajna odwaga Kierownictwa Teatru.

Jednym z przykładów trafnego rozumienia tego zadania jest w Teatrze Polskim Zemsta Aleksandra Fredry grana od roku (premiera z 3 marca 2013) z niesłabnącym powodzeniem.

Oglądałam przedstawienie wraz z publicznością młodzieżową. Modnie, czasem wyzywająco modnie, ubrana, rozgadana i roześmiana, swobodna w zachowaniu aż po granice swobody, wylewała się falą z podjeżdżających autokarów lub maszerowała w grupach od przystanków autobusowych na Krakowskim Przedmieściu i Świętokrzyskiej. Przyglądałam się przybywającym widzom i chciałam zgadnąć, czy tradycyjna komedia i klasyczna inscenizacja tego przedstawienia może liczyć na przychylne przyjęcie u tej nowoczesnej młodzieży.

Rozgadana widownia umilkła natychmiast po pierwszych taktach muzyki, przy utworze klasycznym, choć nawet komediowym, zaskakująco głośnej i żywej, zestrojonej ze światłem, które zapala się, gaśnie, błyska, ukazując na scenie wszystkich aktorów – już w kostiumach, na tle poruszonych dekoracji, w żywym ruchu.

Przedstawienie komedii, napisanej przed 180 laty (1833, wystawiona po raz pierwszy we Lwowie 17 II 1834), wywoływało nie tylko radość na widowni, ale też spontaniczne oklaski. Po zakończeniu komedii aktorzy wiele razy musieli wychodzić na scenę i kłaniać się publiczności, która siedziała na miejscach i klaskała, jakby wcale nie zamierzała opuścić teatru. Więc aktorzy też klaskali, oklaskując taką wdzięczną publiczność.

Taką zresztą wdzięczną publiczność, jak obserwuję, Teatr Polski zaczyna mieć coraz częściej. Nie tylko młodzieżową. To by nasuwało domysł, że obok kolejnej „awangardy” i jej „efekciarskich” „obrazów” potrzebny jest w Polsce i w Warszawie teatr „środka”, umiaru, respektujący w inscenizacji splecione ze sobą słowo, myśl i tworzywa teatralne (chciałoby się powiedzieć: „warsztatowe”) na najwyższym poziomie.

W warszawskim Teatrze Polskim Zemsta miała premierę 9 marca 2013 roku. Wyreżyserował przedstawienie Krzysztof Jasiński, absolwent Wydziału Aktorskiego PWST im. Ludwika Solskiego w Krakowie, twórca słynnego przedstawienia Spadanie w Studenckim Teatrze Uwaga (STU) w Krakowie. Związany z tym teatrem od lat siedemdziesiątych XX w. znalazł się w latach siedemdziesiątych XX wieku w nurcie polskiego teatru, który dokonał wyłomu w sposobie komunikacji społecznej, odrzucił rozpowszechniony wówczas teatr analogii i aluzji a starał się rozmawiać z publicznością wprost o współczesnych sprawach, wydarzeniach, konfliktach.

W jego reżyserii Zemsty Aleksandra Fredry w Teatrze Polskim w Warszawie jest pełne uszanowanie dla pełnej zawartości arcydzieła polskiej komedii – dla intencji Aleksandra Fredry jako autora, dla treści i akcji komedii, charakterystyki działających postaci. Ale nie ma w niej nic ze sztywnego uszanowania dla zabytku. Przeciwnie jest również w sposób wyczuwalny a nieuchwytny współczesne ujęcie zawartych w komedii problemów. Nie przez aktualizację, ale przez pokazanie ich jako wiecznie żywych i ważnych dla ludzi: spraw materialnych, jak majątek, niezależne mieszkanie, pieniądze, sposób sprawowania władzy rodzicielskiej, relacje między kochającymi się młodymi bohaterami, wady ludzkie jak świat światem zawsze takie same, jak bezwzględna gra o powodzenie, jak zuchwalstwo i tchórzostwo, „co w jednym stały domku”, dążenie do splendoru, uwaga dla intratności związanych z bogatym zamążpójściem itd., itp.

To delikatne, a przecież wyraziste, uchwycenie nieprzemijalności pewnych cech ludzkich i zachowań w sytuacjach powtarzających się w życiu od stuleci, stało się zapewne głównym powodem entuzjastycznego przyjęcia przedstawienia przez publiczność. W konfliktach i postaciach sprzed dwustu lat dostrzegła odbicie znanych sobie problemów. Tyle że przeżywanych w innej epoce, wyraźnie ukazanej w dekoracjach i kostiumach, oraz przez postacie na scenie, których wygląd i zachowanie przywołują odległą epokę, polską tradycję, życie polskiej szlachty, wydarzenia z historii Polski, a patrzy się na nie i słucha się o nich jak o nas – dziś.

Trudna to sztuka tak przedstawić komedię Aleksandra Fredry i wyreżyserować jej przedstawienie w XXI wieku. Możliwa tylko z zespołem utalentowanych artystów i wysoko w aktorskich umiejętnościach wykształconych rzemieślników. Obok trafnie obmyślanego zamierzenia reżyserskiego właśnie umiejętności zespołu w tworzeniu postaci teatralnych, doświadczenie zawodowe i talent przyczyniły się do takiego entuzjastycznego przyjęcia Zemsty przez widzów.

Ale Zemsta to nie tylko komedia bohaterów uwikłanych w radujące obserwatorów zdarzenia i konflikty, śmieszące wypowiedzi i zabawne zachowania, ale też utwór napisany wierszem. Rytm aktorskiej mowy i gra aktora pospołu decydują o powodzeniu przedstawienia.

W Teatrze Polskim wiersz brzmi ze sceny bardzo dźwięcznie i rytmicznie. Na ogół!, ale nie zawsze – bywają momenty bezbarwne pod tym względem, co wobec przedstawienia w Teatrze Polskim zgłaszam jako zarzut ogromny!

Wszystkie postacie, jak młodzi – Klara i Wacław, starzy – Podstolina, Cześnik, Rejent, ich służba ciekawią swoimi kreacjami postaci – wypowiedziami, ruchem, gestami, działaniami. Obok nich przykuwa uwagę postać Papkina. Jakby znany z różnych opowieści żołnierz samochwał, przechwala się swoją odwagą i dzielnością, powodzeniem u kobiet i majątkiem, choć jest biedny (czasem głodny), a jego zachowanie zaprzecza tym przechwałkom. Jarosław Gajewski gra go właśnie tak, jak zarysował się on pod piórem Aleksandra Fredry. Ale jest to Papkin nieco inny niż dotychczas grywany. Wszyscy dotychczasowi wykonawcy, znani z historycznych przekazów czy z autopsji – za główny ton obierali temperament Papkina – prędkość mowy, rzutkość gestu, szybkość działań. Jarosław Gajewski jest Papkinem, który zrywa się do przechwałek i brylowania, ale wciąż przyciśnięty jest w swoich działaniach i mowie rzeczywistym rozeznaniem własnej sytuacji – stąd więcej w tej postaci momentów wyciszenia, refleksji, zadumy, a szarże samochwalstwa jakby nieco przyćmione. To bardzo ciekawa kreacja tej postaci i na tle Fredrowskich Papkinów oryginalna. Czy słuszna taka interpretacja postaci? Tego nie wiem. Ale ciekawa i ważna jako nowy aktorski trop interpretacyjny.

Muzyczno-świetlno-pantomimiczne intermedium z początku przedstawienia powtarza się pomiędzy aktami Zemsty. Podczas tych scen na oczach widzów, niemal jak w renesansowym i romantycznym teatrze „zmiany otwartej” zmieniają się dekoracje. Z podscenia podnosi się mur graniczny zamku między siedzibą Cześnika Raptusiewicza i Rejenta Milczka. Potem komnata Cześnika zamienia się w mieszkanie Rejenta Milczka – i tam widzimy Klarę i Wacława Rejentowicza, Papkina w poselstwie od Cześnika do Rejenta i Podstolinę przy nadziei zamążpójścia za Wacława.

Możemy śledzić kłopoty Wacława i Klary, gdy plany Rejenta, a także Cześnika mogą zakochanych oddalić od siebie. Wacława gra Paweł Krucz. Bardzo ciekawie i jak należy – lirycznie w scenach z Klarą, trochę zawadiacko w scenach z Podstoliną, lekceważąco i szybko bagatelizując wyskoki sprzed lat, gdy romansował z Podstoliną i podawał się za księcia.

Jego Klara została zagrana rewelacyjnie przez Lidię Sadową. W ładnych sukniach, zarówno strojnych jak domowych, cała w postawie, gestach, ruchu jest śliczna, zgrabna, wdzięczna. Jest taka we wszystkich scenach – z Wacławem (nawet frywolnych „na leżąco” niby niepasujących do komedii Fredry, a przecież tak zaaranżowanych i zagranych, że nie budzą niesmaku) czy Papkinem. Sposób istnienia na scenie i mówienia wiersza Fredry budzi tylko zachwyt. Wśród młodego pokolenia aktorka jest zjawiskiem chyba niemającym porównania – po prostu wyjątkowym. Takie aktorki w przeszłości teatru i w Polsce, i na świecie dyktowały repertuar dla siebie, dziś dla takich aktorek wypada szukać ról i repertuaru.

Starszą od niej Podstolinę gra Joanna Trzepiecińska, aktorka znana i doświadczona. Wiemy z tekstu, że jest wdową, opiekuje się majątkiem Klary i ma być żoną Cześnika, gdy ten myśli, że majętna i bogata. Wprawdzie intryga Rejenta, pozostającego w ciągłej zwadzie z Cześnikiem, prowadzi do zaręczyn ze znacznie młodszym Wacławem, ale Podstolina w wykonaniu Joanny Trzepiecińskiej demonstruje w tym procesie pełny spokój i elegancję. Joanna Trzepiecińska delikatnie, bardziej w intonacji wypowiedzi niż w grze, ujawnia nie najładniejszy charakterek Podstoliny, owo wyrachowanie i fakt, że jest łasa na zamążpójście za wszelką cenę.

Cześnik Raptusiewicz jest starym szlachcicem zawadiaką. To wiemy. Jest skory do „bitki i wypitki” – lubi dobrze zjeść, wypić, ma o sobie dobre pojęcie, chętnie staje do walki na polu bitwy (jak w przeszłości, którą wspomina wybierając karabelę) lub do pojedynku (gdy wyzywa Rejenta). Daniel Olbrychski, grający Cześnika, ani jednym gestem czy zagraniem nie przypomina widowni swojej sławy i sławnych ról. Jest właśnie tylko Cześnikiem. Zażywny, szybki w ruchu, gwałtowny w gestykulacji i w mowie. Jak kiedyś bywali polscy szlachcice. Opisywani przecież nie tylko przez Aleksandra Fredrę.

Rejenta Milczka gra Andrzej Seweryn. Jest to jak być powinno inna odmiana polskiego szlachcica niż Cześnik. Milkliwa, zazdrosna, przebiegła, chytra, złośliwa. Cechy wewnętrzne Rejenta Andrzej Seweryn uzewnętrznił, oddał, zasugerował w samej sylwetce, gestach, mimice i sposobie patrzenia. Na czarno ubrany. Chudy. Ma pokrętna sylwetkę, nerwowe ruchy rąk, oczy węszące, choć z pozoru spokojne. Mówi powoli, cichutko. Jego charakter jest cały w zewnętrznej sylwetce. I gdy skrada się przy wejściu do domostwa Cześnika, i gdy udaje bogobojnego, w całym jego wcieleniu widać, że jest podstępny, fałszywy, zawzięty, nieznoszący sprzeciwu.

Nieco zbyt blado wypadły komediowe sceny epizodyczne jak pisanie listu przez Dyndalskiego, marszałka dworu Cześnika, czy monologi już „otrutego” Papkina. Ale usterki te giną w całości barwnej, urozmaiconej, żywej, miejscami granej na oklaskach, na końcu długo niemilknących. Teatr podoba się publiczności. Nie można mieć do teatru pretensji, bo teatr jest dla publiczności!

Wychodzi ona po przedstawieniu syta wrażeń i radości. Przychylnie nastawiona do sceny i konkretnego teatru, do Fredry i Zemsty, unosząc program zredagowany ciekawie (redakcja Patrycja Mikłasz-Pisula), choć może zanadto snobistycznie albumowy i nieporęczny – szkoda, że nie ma dwóch wersji, także wersji przypominającej dawne programy-książeczki Teatru Polskiego). Z programu publiczność pozna nie tylko nazwiska twórców przedstawienia, ale też bardzo trafnie dobrane wypowiedzi o twórczości Fredry i inscenizacjach jego komedii: Andrzeja Łapickiego, niepospolitego aktora i reżysera Fredry i wybitnych krytyków (Tadeusz Żeleński-Boy, Kazimierz Wierzyński, Wojciech Natanson). I na pewno przyjdzie do Teatru Polskiego na dalsze szkolne lektury. I te jeszcze obowiązujące i te obowiązujące kiedyś – zanim do lektur powrócą (mam nadzieję) w niedalekiej przyszłości.

 

Bożena Frankowska

Dodaj komentarz