Przestrogi z teatru

Tomasz Miłkowski pisze w miesięczniku „Tak Po Prostu”:

Stare to powiedzenie, ale nadal trafne: teatr wyczuwa wcześniej niebezpieczeństwo, przestrzega, czasem nawet woła, choć najczęściej bywa to wołanie na puszczy. Takim wołaniem jest wymyślony w warszawskim Teatrze Powszechnym cykl spektakli – „Teatr w klasie”. Tytuł spinający wszystkie premiery tego cyklu precyzyjnie oddaje intencje: to są spektakle przygotowane do wykonywania w klasach szkolnych, w warunkach antyteatralnych, we wnętrzach służących zgoła innym celom, gdzie jednak ma stać się teatr, ma narodzić się interakcja między wykonawcą i uczniami. Bo wykonawca zawsze jest jeden, to spektakle jednoosobowe, w których aktor wydany jest na żer uczniowskiej publiczności, ale i publiczność poniekąd pada jego pastwą. Tak właśnie było w inaugurującym cykl spektaklu Tomasza Błasiaka „Sebastian X” Larsa Noréna (reż. Grażyna Kania).

Fakty są takie: osiemnastoletni Sebastian Bosse 20 listopada 2006 roku wszedł do swojej dawnej szkoły, zaczął strzelać do uczniów i nauczycieli, a na koniec popełnił samobójstwo. Norén nie tyle relacjonuje wydarzeń w Emsddetten, ile próbuje wniknąć w ich podłoże, oddając głos Sebastianowi nie przypadkiem oznaczonemu w tytule zamiast nazwiskiem „X”. Wprawdzie nie każdy prześladowany uczeń, jak Sebastian, bity, doznający rozmaitych upokorzeń ze strony silniejszych i brutalnych kolegów, zostaje zabójcą, prawdopodobnie to także kwestia wytrzymałości psychicznej, ale wskazanie na szkolną przemoc i ustrojowe niedomagania kapitalizmu z ludzką twarzą, jako źródło destrukcyjnych zagrożeń, musi budzić sumienia. W tekście sztuki Noréna znalazły się fragmenty dzienników, wpisów internetowych i pożegnalne nagranie wideo, które skłaniają do takich wniosków. Tomasz Błasiak właściwie nie wciela się w postać mrocznego zabójcy, choć kiedy publiczność wchodzi do Sali Pracowni Teatru Powszechnego aktor już czeka w napięciu, pokazując zdeterminowanego młodego człowieka, gotowego na wszystko. Błasiak nie utożsamia się z napastnikiem i ofiarą w jednej osobie, ale próbuje opowiedzieć, jak do tego doszło, stawia pytania, zachęca do rozmowy. Czasem nawet dość gwałtownie, bezpośrednio zwracając się do widzów. Chociaż to teatr, bezpieczny komfort podglądania został tutaj zaburzony. Ponieważ światło po rozpoczęciu spektaklu nie przygasa, podział na scenę i część zarezerwowaną dla widzów jest więcej niż umowny: tylko początek przypomina trochę tradycyjny teatr, z jednej strony aktor, z drugiej widzowie, ale potem, kiedy Błasiak krąży po sali, między widzami, mówi do nich twarzą w twarz, resztki bezpiecznego podziału pryskają. Zwłaszcza, że ma pistolet, którym mierzy w stronę widzów. Wprawdzie to rekwizyt teatralny, ale jeśli jest inaczej? Delikatna granica między rzeczywistością a udaniem napięta jest do ostatecznych granic. A jednak na ostatnim festiwalu teatrów jednego aktora we Wrocławiu monodram Błasiaka został przyjęty z pewnym dystansem. W kuluarach można było usłyszeć, że to nas nie dotyczy, że to nie nasza sprawa. Nie nasza sprawa? A co w takim razie z kubłem śmieci wysypywanym na głowę nauczyciela, co z wyzwiskami pod adresem wychowawczyni w innej szkole, co z internetowym m lestowaniem koleżanki, zakończonym samobójstwem… To prawda, że jeszcze w polskiej szkole nie było masakry, nie było strzelaniny. Może dlatego, że broń w Polsce jest jednak trudniej dostępna. Ale nie pocieszajmy się, że Brejvik w Polsce nie mógłby się zdarzyć.

Powszechny nie poprzestał na pierwszej próbie. Za „Sebastianem X” poszły następne spektakle-przestrogi, adresowane do uczniów. W drugiej odsłonie pojawiła się Magdalena Wróbel, młodziutka absolwentka łódzkiej lmówki, jako Marzena z warszawskiej Pragi w monodramie „Biedna, ale Sexi” (reż. Wojciech Urbański). I tym razem światło było obojętne i zimne (szkolne), wnętrze szkolna klasa (tak właśnie zaaranżowano salę prób w Powszechnym podczas premierowych prezentacji w teatrze), żadnej muzyki. Widzowie pousadzani przy szkolnych stolikach, na ścianie tablica, po bokach tradycyjne gazetki i pomoce edukacyjne. Jak w szkole. Marzena swoją biedę wzięła w swoje ręce i rozpoczęła wydawanie gazetki „Biedna, ale Sexi”, a teraz ją kolportuje wśród zgromadzonych w szkolnych ławkach widzów za symboliczne półtora złotego, licząc na rychły sukces. Taki jest początek monologu dziewczyny, odsłaniającej powoli swoje prawdziwe tęsknoty i przerażające poczucie społecznego wykluczenia. Początkowo na pozór wyluzowana i energiczna, zaczepna, bezczelna, krzykliwie wulgarna, pod koniec bezradna i pełna lęku o przyszłość. Pozbawiona granej tak intensywnie pewności siebie, że nawet sama sobie tę pewność zdołała wmówić. Ale i widzowie płacą swoją cenę, nie mogą ukryć się w ciemności, chcąc nie chcąc grają. Kiedy Marzena handluje swoją gazetką, próbując zebrać kilka złotych, każdy z widzów staje przed wyborem i musi podjąć decyzję. Niektórzy uciekają spojrzeniami w bok, w podłogę, inni sięgają po drobne. I już nie wiadomo, czy to tylko gra, czy rodzaj deklaracji, gotowości współpracy. Najnowszy teatr w klasie to spektakl Ryszarda Starosty wg tekstu Piotra Przybyła „Kolorowa, czyli biało-czerwona” (w reż. Marcina Hycnara), który ukazuje kiełkowanie postaw ksenofobicznych, faszyzujących. Wyrastają pod wdzięcznym przykryciem patriotyzmu. Mamieni początkowo słodkimi słówkami, brzmiącymi przyjaźnie, stajemy się ofiarami wyrafi nowanej manipulacji – grzeczny, miły chłopiec staje się niebezpiecznym ultrasem narodowym. Premiera tego spektaklu odbyła się 25 października 2013 roku na dwa tygodnie przed zajściami podczas marszu niepodległości w Warszawie. No i proszę, znowu teatr przestrzegał. Ale nikt go nie słuchał.

Jeśli teatr finansowany ze środków publicznych (tak jak Powszechny) robi to, o czym napisałem, to oznacza, że wypełnia swoją misję. Jeśli jednak teatr prywatny, z natury rzeczy komercyjny, podejmuje podobne obowiązki z własnej, nieprzymuszonej woli, to czapki z głów. Tak właśnie postępuje (od czasu do czasu, bo kasa musi się zgadzać) warszawski Teatr Kamienica Emiliana Kamińskiego. Kiedy Kamiński dowiedział się ze statystyk, że znowu rośnie zagrożenie narkomanią, pełen niepokoju, wystawił „Dzieci z dworca ZOO”. Utwór nienowy, bo reportaż dziennikarzy „Sterna” o staczaniu się grupy młodych ludzi na dno pod wpływem narkotyków powstał wiele lat temu i nieraz trafiał na scenę, również w Polsce. Teraz jest grany w Kamienicy po wielu latach przerwy, adresowany do uczniów gimnazjów. Pasja, z jaką szef teatru i młodzi aktorzy starają się przemówić do wyobraźni jeszcze młodszych odbiorców jest zaraźliwa. Kto następny?

Tomasz Miłkowski

Nr 23/2014, LUTY

Dodaj komentarz