Henryk Talar: JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?

Zadaję sobie pytanie, kiedy i z jakiego kierunku pojawiła się u mnie ta determinacja, bo tak należałoby określić te moje starania, aby już odpowiedzialnie, już na serio wejść w tę ułudę teatralnego świata. Wiersze na akademiach, amatorskie zespoły teatralne to tylko otoczka, o którą ocierała się większość z nas urodzonych tuż po wojnie. Nie do końca uświadamiających sobie w jak ograniczonym i w jak ograniczającym jednak świecie przyjdzie nam żyć. Konsekwencje powojennej potworności były dla nas, tych w podartych butach i w poszarpanych z brata na brata swetrach, mniej ważne niż dziecięca radość podwórkowych walk, zawodów, ucieczek do tajemnicy łąk czy lasów. Budziły się też i wątpliwości, pytania kierowane najczęściej do siebie.

Na przykład: dlaczego cmentarz żydowski, obok Rynku Siennego w Bielsku Białej – a Rynek Sienny to był nasz plac zabaw – jest nieczynny i zamknięty? Przyznaję, że to my go otworzyliśmy. Osobiście ja tę ogromną kłódkę… Mieliśmy na tym cmentarzu własne kasztany. Kiedy dowiedzieliśmy się, że w Bielsku Białej mają być produkowane najlepsze samochody na świecie z żalem, ale zgodziliśmy się na wycięcie naszych kasztanowców. Potem okazało się, że byliśmy jedynymi opiekunami cmentarza. Przy okazji i cmentarz zanikał…

Wróciliśmy na Sienny Rynek, nasz plac zabaw, gdzie od poniedziałku do czwartku graliśmy w piłkę, w piątki było wielkie targowisko, a w nocy z piątku na sobotę zjeżdżały cygańskie tabory. Lubiliśmy, bardzo lubiliśmy te zjazdy. To parskanie koni, to trzaskanie z bicza… Zbliżając się na bezpieczną odległość, obserwowaliśmy cygańskie ogniska, radosne na „szerokość” wrzasku cygańskie śpiewy, tańce tak zamaszyste, że nawet nasze bramki piłkarskie z cegieł były poprzesuwane. Nie reagowaliśmy zbiorowym protestem, chłonęliśmy ten inny świat poukrywani za kolorowymi cygańskimi wozami, za stertami słomy. Z czasem jednak ciekawość brała górę nad bojaźnią. Bo jak się nie bać bitwy Cyganów na noże? Jak się nie bać próby sił z koniem ostatniego Cygana? Podpalenia wozu z sianem? Koń, oczywiście, był zaprzężony… Mam go w oczach do dzisiaj. Kiedy strach minął i my zostaliśmy dopuszczeni do tej bajki cygańskiej.

Przyznaję, że mając 6 lat wypaliłem swojego pierwszego papierosa. Dała mi go koleżanka Cyganka z taboru, o rok młodsza. Mój niedoszły teść, ojciec tej Cyganki, nie był zbyt rygorystyczny, nie miał nic przeciwko tej próbie. Myślałem, że i moi rodzice podejdą podobnie do moich poszukiwań. Ale kiedy blady pojawiłem się przy, jak się u nas zwykło mówić, ulicy Lermontowej (od Lermontowa), kiedy mama poczuła moją dojrzałość, nie pomogły tłumaczenia, że to nie ja, że to Cyganie, że siłą mnie ta pięciolatka zmusiła, że uległem zniewoleniu. Mama, nie czekając na przyjście ojca, konsekwentnym i skutecznym argumentem wyperswadowała mi, że „papieros i wąs przystają do siebie ty przedszkolny gołowąsie”. Nauka wynikająca ze słownego pouczenia poparta była intelektualnym, oczywiście, argumentem rzemyka. I – być może – wtedy pchany intuicją zacząłem skuteczniej bronić swoich wersji poprzez odpowiednią interpretację zdarzeń, precyzując kiedy jestem tylko udziałowcem, uczestnikiem, a kiedy tylko obserwatorem. Nie wiem, do dzisiaj, czy to dla świętego spokoju coraz częściej przyjmowano moją wersję czy to w domu, czy to na podwórku, czy też już powoli zacząłem opanowywać warsztat aktorski. W każdym razie doświadczałem różnicy. I zorientowałem się, że im więcej prawdy jest w moich opowieściach, relacjach, tym bardziej jestem przekonujący. Skromna wypowiedź powodowała zawsze lawinę pytań. Odpowiedź na pytania dawała możliwość pełnej autorskiej interpretacji. A z czasem wekslowanie na przykład tematów w rejony dla siebie bezpieczne. Już mniej ważne było, że to ja wybiłem piłką szybą w oknie pani Owsianowskiej, sąsiadki. Ważniejsze było, że to ja pomogłem zanieść okno pani Owsianowskiej do szklarza.

Podobno byłem prowodyrem niekontrolowanego wyjścia z kolegą z przedszkola. Drogę rozpoczęliśmy z dworca Bielsko Biała i wędrowaliśmy do Kóz. Ważne było, jak się potem okazało to, co widzieliśmy i zauważyliśmy idąc wzdłuż torów. Kiedy później z kolegą, Staszkiem Bednarczykiem, zimą przy drodze Bielsko – Kozy czatowaliśmy na przejeżdżające furmanki i samochody i pokazywaliśmy przejeżdżającym uciekając co sił w nogach gołe tyłki było super! I chłodno było, kiedy te tyłki wystawialiśmy i było gorąco, kiedy uciekaliśmy. Ale kiedy na gorącym uczynku, po dłuższym pościgu, złapał mnie jeden z tych, przed którym próbowałem się uzewnętrznić i kiedy okazało się, że to jest ksiądz proboszcz parafii w Kozach… Franciszek Macharski… Oj, ciężką miał rękę ksiądz proboszcz! Dziś się nie dziwię, wpadł przez nas w poślizg. „Ja tylko siusiałem”, „ja chciałem tylko sprawdzić, jak siusiają dziewczynki” – plątałem się. Na szczęście nic się nie stało.

Mając już dostęp do swojego świata, próbując go na swój sposób interpretować w perspektywie pięćdziesięciolecia mojej pracy w teatrze mogę powiedzie, że nauka była długa, żmudna, doświadczenia nie zawsze imponujące, ale na podsumowanie i wyniki, mam nadzieję, że przyjdzie jeszcze trochę poczekać. Jednego tylko mogę być pewien: z rękawa nic mi się nigdy nie wysypało. Na wszystko musiałem solidnie zapracować. A czy będzie sukces, czy klapa to nie tylko ode mnie zależy. Muszę mieć partnera. Duży udział ma w tych moich poszukiwaniach celu to, kto przyjdzie obejrzeć czy wysłuchać. Widz, słuchacz, w moim myśleniu – udziałowiec. Czasem budzę się z sennego koszmaru, a nie ma gorszego snu dla aktora, i już wiem, co byłoby dla mnie najgorszym doświadczeniem. Ten koszmarny sen, który mnie nawiedza… Jestem w teatrze, słyszę gromkie brawa, kłaniam się w lewo, w prawo, na wprost i widzę, że na widowni nie ma nikogo. Budzę się. Na szczęście, jak się okazuje na jawie, mam jeszcze widownię. I dopóki ona będzie pozostanę w zawodzie.

 

Spisała: Justyna Hofman-Wiśniewska

Dodaj komentarz