Ścięło lodem

Na scenie Lód Sorokina, a na widowni Tetaru Narodowego też lodowato, jakby ścięło lodem. Przez rampę przechodzi tylko niepospolita nuda przez trzy godziny ciągnącej się, monotonnej opowieści o próbach powrotu do harmonii raju utraconego.

Trudno sobie wyobrazić lepszy sposób na wykazanie miałkości intelektualnej utworu Władimira Sorokina, już mianowanego na geniusza, od inscenizacji Konstantina Bogomołowa.

Nużący minimalizm, teksty do czytania na ekranie, sążniste monologi i pozorne dialogi, z jednej strony rynsztokowy język sprostytuowanej erotyki, z drugiej mdły sentymentalizm wybrańców, porozumiewających się mową serca, brak akcji i sprowadzenie działań scenicznych do przesiadek z amerykanki na amerykankę (chyba ze dwadzieścia tych niemodnych rozkładanych mebli o jednakowym obiciu stanęło na scenie), wszystko to stworzyło tło do wyłożenia rasistowskiej utopii o 23 tysiącach wybrańców o przebudzonych sercach. Przy dobrej woli ta zapożyczona u Nietzschego niewyszukana idejka mogłaby uchodzić za groteskowy portret systemu totalitarnego, w którym wszystko sprowadza się do szerzenia przemocy pod każdym pretekstem, ale Bogomołow pokazuje to z solennością, ujawniającą grafomańską podszewkę tej koncepcji.

Tak czy owak, groza z tego wyparowała, pozostały żałosne uniesienia i kilka perełek aktorskich na pociechę. Może i Sorokin to wielki pisarz, ale spektakl tego nie dowiódł, a raczej odwiódł od lektury jego książek.

 

Yorick

Dodaj komentarz