Gesty i protesty

W październikowym numerze „Dialogu” („Dialog” 2013, nr 10) reżyser Paweł Wodziński w interesującym tekście o postdemokracji w teatrze, przywołał refleksję Colina Croucha. Zdaniem brytyjskiego socjologa i politologa współczesność charakteryzuje się stałym regresem demokratycznych praktyk społecznych i politycznych. System, który miał działać na korzyść wszystkich obywateli, dba wyłącznie o interesy tylko pewnych, uprzywilejowanych grup, które mają realny wpływ na władzę. Koncepcja Croucha – jak się ostatnio coraz częściej okazuje – wyjątkowo trafnie opisuje również praktyki w polskim teatrze, szczególnie te związane z finansowaniem instytucji kultury i wyborem nowych dyrektorów. Sztuka bywa również poręcznym narzędziem do zbijania politycznego kapitału (słynna płonąca „Tęcza” na placu Zbawiciela w Warszawie czy zorganizowane w tym samym mieście protesty przed Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski bardzo szybko zyskały politycznych beneficjentów. Okazuje się, że na kontrowersjach wokół sztuki wyjątkowo łatwo buduje się populistyczne hasła). Fundamentem postdemokracji, o której mówi Crouch, jest słabość władzy, która chcąc utrzymać swoją pozycję, stale musi zabiegać o głosy i wsparcie. Stale musi o sobie przypominać w mediach.

 

Kontrowersje wokół Narodowego Starego Teatru w Krakowie w pewnym sensie wpisują się w tę opowieść. Co prawda, sprawa została już omówiona niemal przez wszystkich zajmujących się i niezajmujących teatrem (wortal teatralny www.e-teatr.pl odnotowuje blisko sto rekordów odsyłających do artykułów poświęconych temu tematowi). Ogólnopolski rozgłos sprawił również, że podejrzewano nawet, iż zamieszanie wokół przerwanego spektaklu Do Damaszku jest sprowokowanym przez teatr działaniem marketingowym, które ma przyciągnąć publiczność na ten niezbyt oblegany spektakl. O awanturze spowodowanej przez krakowskiego fotografa, Stanisława Markowskiego, usłyszeli niemalże wszyscy. Niektórzy widzowie wręcz potraktowali ten incydent jako swoisty instruktaż (nawet jeśli brany z przymrużeniem oka). W Teatrze Polskim w Bielsku-Białej osoba z widowni oświadczyła pracownikom teatru, że jeżeli grany w tym dniu spektakl ją rozczaruje, to zrobi to samo, co w Krakowie.

Krótko przypomnę, co podgrzewało atmosferę w ostatnich tygodniach. Pod pretekstem obrony Starego Teatru przed nieobyczajnością i zalewem tandety (a w rzeczywistości przed wizją teatru niezgodną z konserwatywnymi wyobrażeniami), przy pomocy zorganizowanej grupy widzów, 14 listopada Stanisław Markowski przerwał wyreżyserowany przez Jana Klatę spektakl Do Damaszku. Cel ataku, co nietrudno stwierdzić, wybrano na chybił trafił. Podstawowym kryterium było nazwisko dyrektora na afiszu, od dłuższego czasu krytykowanego przez środowisko skupione wokół „Dziennika Polskiego”. Nie mogło nim być samo przedstawienie, bowiem – jak na realizację Strindberga – jest zaskakująco zachowawcze. W tej sytuacji bardziej niż sprzeciw wobec rzekomo nieobyczajnej kreacji Doroty Segdy i Krzysztofa Globisza, byłby zrozumiały protest przeciwko miałkości interpretacji.

Historia z przerwanym przedstawieniem miała, oczywiście, swój ciąg dalszy. Z obawy przed pogarszającą się atmosferą wokół Starego Teatru Klata odwołał przygotowania do premiery Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego w reżyserii Oliviera Frljića. Wcześniej pojawiły się doniesienia o rezygnacji z udziału w próbach kilku aktorów, którym nie odpowiadała wizja chorwackiego reżysera, traktującego utwór Krasińskiego jako pretekst do rozmowy o polskim antysemityzmie. Kontynuując tę operetkę w odcinkach, na koniec mijającego roku, 30 grudnia, radni sejmiku województwa małopolskiego uchwalili rezolucję wyrażającą dezaprobatę wobec sposobu prowadzenia teatru przez Klatę i – jak to określili w deklaracji – wykorzystania „zagwarantowanej w Konstytucji RP wolności tworzenia”. Oberwało się również Bogdanowi Zdrojewskiemu, Ministrowi Kultury i Dziedzictwa Narodowego, którego w pewnym sensie rozliczyli z decyzji zatwierdzenia kandydatury Klaty na szefa narodowej sceny. Zaapelowali do niego, „aby środki publiczne nie stanowiły podstawy do finansowania rzekomo artystycznych eksperymentów, które w rzeczywistości wymierzone są w poczucie przyzwoitości, normy etyczne i normy współżycia społecznego”. Minister Kultury przytomnie wskazał samorządowcom, gdzie przebiega linia podziału kompetencji i zasugerował większą troskę o losy małopolskich instytucji i inicjatyw kulturalnych, niedostatecznie wspieranych przez zarząd województwa.

Analizując rzeczywistość teatralną narzędziami Croucha, Wodziński zauważa, że w postdemokratycznym społeczeństwie, w którym władza jest słaba i stale musi zabiegać o poparcie, teatr jest traktowany jako dostawca usług kulturalnych. Stąd zapewne troska, by repertuar wszystkim się podobał i nie był kontrowersyjny, a osoby wybierane na stanowiska dyrektorskie gwarantowały lojalność i współpracę. Również poprzez kulturę odbywa się walka o wyborcze głosy. Gdyby nie rozdmuchane medialnie kontrowersje wokół Starego Teatru, pewnie radnym nie przyszłoby do głowy uchwalanie rezolucji, zwłaszcza że większość z nich nie widziała spektaklu (wedle podobnej zasady odbywały się ataki politycznych działaczy w Bydgoszczy, którzy odsądzali od czci i wiary wystawiane tam spektakle jeszcze przed premierą). Korzystając z medialnej burzy wokół Klaty, radni postanowili ugrać swój polityczny interes. Jako ostatni sprawiedliwi stanęli w obronie wartości i teatru, o którym nie mają pojęcia, bo też nie o sprawy merytoryczne chodzi. Próbując przypodobać się prawicowemu środowisku – które rozlicza Klatę z dyrekcji, zanim na dobre zaczął realizować swoje plany – wcielili się w rolę obyczajowych cenzorów.

Podobna historia, chociaż już bez blasku fleszy, rozegrała się w Rzeszowie. Dyrektorem Teatru im. Wandy Siemaszkowej do niedawna był Remigiusz Caban, który objął to stanowisko we wrześniu 2011 roku. Kontrakt, który podpisał, wygasa z końcem sierpnia 2016 roku. W połowie kadencji zarząd województwa podkarpackiego postanowił odwołać go ze stanowiska. Jako zarzut podawano „naruszenie zasady efektywnego wydawania środków publicznych i niewywiązywania się z umowy zawartej z zarządem”. Ten enigmatycznie brzmiący argument do tej pory nie został rozwinięty, mimo iż prosiły o to lokalne media. Nie zbilansowano również całej kadencji dyrektora. Skądinąd wiadomo, że propozycje teatralne dyrektora uznawane były przez niektóre lokalne środowiska za uderzające w poczucie przyzwoitości i normy etyczne. Trzeba powiedzieć, że na wyrost. Pewnie nie bez znaczenia było również zwolnienie przez dyrektora kilku aktorów, do czego ostatecznie miał prawo. Niewykluczone, że część z nich, kiedyś blisko związana z poprzednim dyrektorem, Przemysławem Tejkowskim, potraktowała to jako szansę powrotu do pracy. Zdaje się, że zarząd województwa wziął te argumenty pod uwagę, ale tylko częściowo. Znacząca część zespołu, która została w teatrze i pracowała z Cabanem, nie została poproszona o opinię.

Zgodnie z uruchomionymi procedurami odwoławczymi o opinię poproszono natomiast Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Związek Artystów Scen Polskich, Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów, Towarzystwo Kultury Teatralnej i działającą w teatrze Komisję Zakładową NSZZ „Solidarność”. Poza związkiem zawodowym i krakowskim oddziałem ZASP-u (ZASP ogólnopolski uchylił się od wydania opinii na ten temat ze względów formalnych) pozostałe podmioty wydały opinię negatywną. Nie przeszkodziło to jednak zarządowi w podjęciu decyzji nieuwzględniającej oceny środowiska, co – jak się okazuje – w Rzeszowie nie jest precedensem. Poprzedniego dyrektora odwołano w połowie sezonu, nie biorąc pod uwagę, że taka decyzja może zdezintegrować pracę teatru.

Na koniec można się zastanawiać, w czyim imieniu działa organizator rzeszowskiej sceny. Pracowników teatru? – siedemdziesiąt procent zespołu nie brało udziału w odwołaniu dyrektora. Lokalnych teatromanów? – pod listem protestacyjnym w sprawie odwołania Cabana podpisało się blisko siedemdziesiąt osób. Lokalnej społeczności? – mieszkańcy Rzeszowa do tej pory nie zostali zapoznani z uzasadnieniem tej decyzji, co więcej, kary, które zarząd województwa będzie musiał wypłacić odwołanemu dyrektorowi za zerwanie umowy (pensje do końca kadencji), uszczuplą budżet przeznaczony na kulturę, finansowany przecież z pieniędzy podatników. Jaki jest zatem sens powoływania dyrektora, którego zwalnia się w połowie kadencji? Jakiej grupy lobbystów zakładnikiem stał się zarząd województwa podkarpackiego? Można tylko spekulować. Niejasne kryteria współpracy, niejasne zarzuty i brak jakiejkolwiek strategii dla kultury w tym regionie – to na razie jedyny obraz zarządzania kulturą, który wyłania się z tych mgieł. W tym pejzażu oczywiste jest tylko jedno – rozegrał się kolejny polityczny performans, tym razem z cyklu celebracja władzy.

Aneta Głowacka

 

Dodaj komentarz