W Gdyni z niespodziankami…

Muzyczny hula

Jest nowy dyrektor w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Igor Michalski, aktor dobrze znany w Trójmieście – teatralny, filmowy i serialowy, a także ostatnio dyrektor teatru w Kaliszu, podjął bardzo trudne wyzwanie. Wrócił do siebie, ale na pewno nie będzie mu tu łatwiej, ani spokojniej. Ogromny teatr, po przebudowie imponujący gabarytowo, trzy sceny, ponad półtora tysiąc miejsc na widowni i… wróciła publiczność – jak pisał Bernard Szyc (jeden z zastępców dyrektora). Spektakle idą nieomal przy kompletach. Sama widziała, jak w niedzielne popołudnie rozświetlony budynek wchłaniał dosłownie równocześnie widzów na dwa duże spektakle. Chciałoby się rzec „serce rośnie”. A na co dzień jest jeszcze Studium Wokalno-Aktorskie i Teatr Junior. Pełne ręce roboty będzie miał nowy szef. Usłyszałam po nierozstrzygniętym wcześniej konkursie: I kto to ogarnie jak zabrakło Korwina? Nie ma takiego. Miejmy więc nadzieję, że nowy dyrektor się odnajdzie, ogarnie i oczywiście będzie na razie utrwalał to, co już się udało. A potem? Zobaczymy. Prowadzić z sukcesami taki moloch i do tego teatr z taką tradycją – to na pewno sztuka.

A sceny w Muzycznym hulają.

 

Chłopi – śpiewogra z ambicjami

Od premiery minęły już trzy miesiące, a spektakl cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Przez tygodnik „Polityka” został okrzyknięty drugą inscenizacją muzyczną na scenach polskich w roku 2014.

Można się zastanowić, w czym tkwi tajemnica wielkich inscenizacji polskiej literatury, które przygotowywał na scenę teatru muzycznego Maciej Korwin. Jego Lalka wg Prusa była spełnionym marzeniem. Spektakl na pewno dla wymagających i ciekawych. A Chłopi wg powieści noblisty Władysława Reymonta? Kolejne spełnione marzenie, którego już na scenie Maciej Korwin nie obejrzał.

W ramach poważnej rozmowy z widownią na otwarcie Nowej Sceny zaproponował Maciej Korwin jeszcze wyjątkowego Tuwima – Bal w operze. Spektakl symbol, świetnie wystawiony i zagrany, chyba niedoceniony, bo ponoć nie tego widz oczekiwał w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Otóż zapewne także tego, pod warunkiem, że o widza będzie się dbało informując go, czego może się spodziewać. Niemodna dzisiaj edukacja teatralna właśnie w takich realizacjach miałaby niebywale ważną funkcję do spełnienia. Bal w operze w Gdyni w reżyserii Wojciecha Kościelniaka to widowisko perfekcyjne i wyrafinowane. Bodaj najlepsze w poprzednim sezonie.

A Chłopi ? Tę wielką, wręcz epicka śpiewogrę przygotował reżysersko i scenariuszowo zadomowiony już w Gdyni Wojciech Kościelniak. Czy udało mu się obłaskawić powieść Reymonta? Częściowo tak, ale dla potrzeb określonego teatru i określonego gatunku musiał dokonać oczywistych, wręcz karkołomnych skrótów i uproszczeń. Reżyser wyszedł z założenia, poniekąd słusznego, że my – wszyscy nieomal jesteśmy ze wsi, mamy chłopskie korzenie. I napisał w programie: Nasza kultura stamtąd. Nasz brak kultury też. Charakter naszych miłości, talentów, naszej odwagi czy determinacji stamtąd. Podobnie jak charakter naszej nienawiści, dumy, bufonady, naszych konfliktów i podłości. I to wydaje się kluczem do interpretacji spektaklu. Reymontowskie dziesięć miesięcy, bo tyle trwa akcja Chłopów, w których mienią się cztery pory roku od jesieni do lata, skomasował twórca widowiska w opowieść o namiętnościach bohaterów, nieuchronności przemijania i praw rządzących wsią, w której chłop ma poczucie swego stanu i przywiązania do grupy. Maciej Boryna, Antek i Jagna łamią utrwalone zasady. Ich trójkąt, namiętności, miłosne opętanie sprowadzą na wieś nieszczęście. A gromada we wsi Lipce będzie solidarna, oprócz Mateusza, wszyscy zgodnie dadzą Jagnie nauczkę. Wygnają ją ze wsi, bo to z pewnością za jej sprawą musiał uchodzić z domu i ze wsi Antek, a nieszczęśliwe małżeństwo śmiercią przypłacił Maciej Boryna.

Wojciech Kościelniak fantastycznie słyszy rytm i muzyczną, swoiście udźwiękowioną frazę prozy Reymontowskiej powieści. Muzyka Piotra Dziubka opiera się głównie na swojskiej nucie, pobrzmiewają wiec w muzycznych Chłopach frazy znane, kojarzące się z charakterystycznym dur-moll muzyki ludowej, harmonijnie oparte o taki właśnie rodzaj frazowania. Ta muzyka jest wyrazista i bujna, uwzględniająca akcenty i techniki wariacyjne, krzyżuje systemy tonalne, ale brak w tym pomyśle utworów, bądź fraz z którymi wychodzi się z teatru, owego musicalowego, koniecznego wręcz szlagwortu, który zadecydowałby o pełnym sukcesie. Fragmentami też muzyka wydawała się nieco nudnawa, zamulająca narrację widowiska. Najciekawsze były fragmenty inscenizujące obrzędy i tańce ludowe – oberek zabrzmiał siarczyście i pulsująco. Obertasy, chłopy a ostro. Juści, że trzasnęli z całej mocy, aż basica jęknęła – pisał wszak Reymont.

Ciekawie Kościelniak przemyślał i zrealizował warstwę narracyjną powieści Reymonta. Ślepiec (Tomasz Fogiel) jest wiejskim gaduła i komentatorem realistycznie wyczuwającym sytuację i nastroje wsi. On niejako prowadzi akcję i przewiduje zdarzenia.

Obsada Chłopów jest imponująca. Jagny są dwie: Renia Gosławska i Karolina Trębacz. Widziałam tę pierwszą na scenie i niestety zawiodła mnie taka interpretacja. Za mało w niej cielesnej drapieżności i zmysłowości, owej biologicznej zachłanności, której nie mógł się oprzeć ani Maciej, ani Antek. Bardziej to miejska dziewczyna wrzucona w kostium wsi niż szaleńczo, biologicznie namiętna wiejska Jagna. Maciej – Bernard Szyc buduje swoją rolę konsekwentnie. Jest upartym, twardym i hardym pewnym swego chłopem, ale czasami też filozofującym – niczym Tewje Mleczarz ze Skrzypka na dachu – wieśniakiem. Tamta wielka rola Szyca zaciążyła nad reymontowskim wizerunkiem Macieja. Antek w interpretacji Rafała Ostrowskiego wydaje się najbliższy wizerunkowi powieściowego pierwowzoru. Dobry aktorsko i wokalnie aktor ma więc w dorobku kolejną ważną rolę. Podobała mi się też Agnieszka Kaczor jako Dominikowa, matka Jagny – wyrazista postać i Marcin Słabowski jako Szymek – delikatny, wzruszający, a równocześnie dojrzały. Również kilka ról epizodycznych było nieźle zrealizowanych w tym przedstawieniu.

Publiczności zdecydowanie podobają się sceny taneczne w choreografii Eweliny Adamskiej-Porczyk, choć dla mnie za wiele w nich cepeliowskiego charakteru. Natomiast ciekawe i dobre jest przygotowanie wokalne zespołu (Agnieszka Szydłowska, konsultacja śpiewu białego Tatiana Sopiłka) – świetne partie chóralne, w tym specyficzna forma wykonywania muzyki ludowej. Sceny zbiorowe są na pewno siłą tego przedstawienia. Największe zastrzeżenia mam do finału spektaklu i owej końcowej „rozbieranej” sceny. Nie ma artystycznego uzasadnienia do takiego ekshibicjonizmu. Czołgająca się naga Jagna jest bardziej żenująca niż budząca litość. Niestety, to wina reżysera Wojciecha Kościelniaka. Na uwagę natomiast zasługuje scenografia i animacje Damiana Styrna (stylowa i dobrze osadzona w klimacie fabuły) i pracowito – odtwórcze kostiumy Katarzyny Paciorek. Spektakl w Teatrze Muzycznym trzeba zobaczyć, na pewno jest oryginalną propozycją repertuarową.

Tuwim dla dorosłych

A na ten kabaretowy wieczór w dobrym stylu po prostu trzeba się wybrać. Kameralny spektakl na Kameralnej Scenie. Reżyser i autor scenariusza Jerzy Jan Połoński czuje dobrze fenomen Tuwima. Wie, że to są teksty dla mądrych, satyra na głupich i próżnych, i myśl, która może dzisiaj zaskoczyć niejednego. Rozkręca się ten dwugodzinny spektakl powoli (może nawet trochę za wolno), ale potem nabiera tempa, a wszyscy wykonawcy wiedzą doskonale, na czym polega dobra sztuka kabaretowa. Śpiewają bez zarzutu, mówią z wyrafinowaną finezją, zabawiają publiczność z wdziękiem. Muzyka na żywo w wykonaniu Łukasza Łapińskiego (instrumenty perkusyjne), Jarosława Stokowskiego (kontrabas) i Artura Guzy (fortepian, akordeon) brzmi świetnie, a Guza nie tylko odpowiada za oryginalną aranżację wielu znanych utworów i kierownictwo muzyczne wieczoru, ale jest również bardzo dobrym i zdolnym wykonawcą kabaretowych kupletów. Grają też z werwą Karolina Merda (ciekawa wokalnie i z cudowną vis komiką), Anna Maria Urbanowska, Tomasz Valldal Czarnecki, Krzysztof Wojciechowski. Mężczyźni rzeczywiście uwodzą w tym spektaklu stylem i interpretacją. Świetne popartowskie kostiumy w tonacji czarno-białej Moniki Iki Wójcik dodają spektaklowi wyrafinowania, a przestrzeń maleńkiej sceny i bliskość widowni ułatwiają angażowanie publiczności. Zabawna i osadzona w konwencji jest też choreografia Michała Cyrana. Tuwim górą w Gdyni.

Ten spektakl jest podarunkiem w Roku Tuwima (2013), który w Polsce obchodzony był dość szmirowato i bez pomysłu. Tuwim widać przewidział, że jak Sam Potężny Archikrator dał najwyższy protektorat to kończy się to marnie. Na szczęście nie dotyczy to Gdyni i teatru, który sprawił widzom niespodziankę.

Alina Kietrys

Dodaj komentarz