Szczęście Frania

Z Romanem Kłosowskim rozmawia Tomasz Miłkowski

Obchodzi Pan piękny jubileusz – sześćdziesięciolecia pracy artystycznej. W Pańskiej biografii, niejako siłą rzeczy, odcisnęła się historia powojennej Polski, a dla kilku generacji Polaków stał się Pan kimś, kto zawsze był, z kim się szło przez życie. Tak też nazywa się wydana niedawno książka o Pańskich losach, Z Kłosem przez życie

Ta książka to moje życie. Napisana została w moim imieniu przez przyjaciółkę, Jadwigę Opalińską. Ale to wszystko, o czym pisze, jest prawdą, cały życiorys jest opisany prawdziwie. Choć jestem gładszy w tej książce niż w ogóle jestem. Niedawno byliśmy na promocji książki w Puławach, w tamtejszej Bibliotece. Zdarzyło się coś niespotykanego, proszę spojrzeć, dostałem taką piękną laurkę z okazji jubileuszu, złożoną z kilku stron serdecznych życzeń.

 

Widzowie życzą Panu „niesłabnących sił i nowych sukcesów”… Ale tu jest ogromna litania, widzowie życzą Panu nawet ptasiego mleczka.

Niczego nie brakuje, życzeń jest ze sto. Piękny upominek, prawda?

To żywe świadectwo sympatii widzów. Ile to trzeba było pomysłów, żeby tak sążniste życzenia napisać.

Rzeczywiście, odczuwam tę sympatię. Spotykam się z jej oznakami dosłownie na każdym kroku. Chodzę po ulicy, obcy ludzie mnie zaczepiają i mówią mi, że mnie lubią. Pewna staruszka spotkała mnie i mówi: panie Romanie, kocham pana. Ale cicho… W tajemnicy mi to powiedziała. Albo ktoś mnie dogania: Panie Romanie, poznałem pana od tyłu, musiałem pana pozdrowić. Takie miłe oznaki ciepłego stosunku do mojej osoby. To jest mi bardzo potrzebne w tej chwili. Dlatego, że lata mam już pełne, ze zdrowiem już bywa różnie, mam kłopoty z oczami, jestem starszym panem, ale chciałbym jeszcze mieć korespondencję ze swoimi widzami, żeby móc z nimi rozmawiać poprzez to, co ja robię.

I tak się dzieje.

Tak się złożyło, że jestem na tym etapie życia, kiedy trzeba sobie powiedzieć: Bardzo chcę pracować i dopóty będę pracował, dopóki mnie będą chcieli i dopóki sam uznam, sam ocenię. że jeszcze mogę.

Ostatnimi laty związał się Pan z teatrem w Gorzowie Wielkopolskim.

Teatr prowadzi młody reżyser, który ze mną grał, Jan Tomaszewicz. Organizował mi nawet jubileusze, 50-lecia, 55-lecia – z tej okazji grałem Horodniczego, a teraz organizuje moje 60-lecie. To on i Jadwiga Opalińska wpadli na pomysł, żebym spróbował się zmierzyć z Ostatnią taśmą Krappa, z Beckettem. Andrzej Kondratiuk mówił, że Beckett to dla mnie napisał. Ja się z tym akurat nie liczyłem, ale kiedy znów to przeczytałem, zobaczyłem siebie. Nie wiem, czy to ostania próba, ale na pewno bardzo ważna dla mnie próba aktorska, bo właśnie dzisiaj Beckett jest mi bardzo bliski. Dlatego że Krapp, że pisarz życie sumuje, cierpi nad tym, że to się kończy, że mija miłość, że mija praca pisarska. Ja jestem na tym samym etapie. Przeżywam te same niepokoje i ten sam moment sumowania tego, co mi było w życiu dane. I dlatego to jest tak bardzo bliskie i osobiste. I dlatego też spróbowałem się z tym zmierzyć przy pomocy młodego reżysera Krzysia Prusa. Zagraliśmy już to w Gorzowie, a teraz jeździmy po Polsce – to pomysł Ministerstwa Kultury i Janka Tomaszewicza – byliśmy w Elblągu, w Płocku, Zielonej Górze, w rodzinnej mojej Białej Podlaskiej, w Zegrzu i w Warszawie w murach mojego ostatniego teatru warszawskiego przed emeryturą, Syreny. Trochę ze strachem to przyjmowałem, z pytaniem, czy dam radę, to jednak są podróże po Polsce, ale mówią, że się jeszcze trzymam.

Samo przygotowanie premiery musiało być niełatwe.

Rzeczywiście, było trudne, bo ja mam kłopoty z czytaniem. Ostatnią taśmę Krappa robiłem razem z moją małżonką, która odeszła parę miesięcy temu, wspominam to z bólem. Ona mi czytała, a ja się uczyłem ze słuchu, a pamięć mi jeszcze dopisuje. I tak się nauczyłem.

Pańska droga teatralna w wielu momentach przypomina sceniczne dzieje Tadeusza Łomnickiego. Grali Panowie u początku kariery te same role: Puka ze Snu nocy letniej, Franio ze Szczęścia Frania, wiele lat potem Horodniczego z Rewizora… Niesłychana zbieżność doświadczeń.

Nawet o tym nie wiedziałem. Horodniczego grałem dwukrotnie i na dodatek jeszcze Chlestakowa.

Przedziwne podobieństwo. Ale o czym świadczy? Panowie debiutowali w czasach stalinowskich, Łomnicki kilka lat wcześniej. Pan w 1953, w roku, w którym umarł Stalin.

Tak było.

Mroczny okres, a tymczasem ci młodzi, jak pan, debiutowali we wspaniałych rolach w świetnych dramatach.

Jeżeli dzisiaj myślę, że jestem spełnionym aktorem, to dlatego, że udało mi się zagrać tyle ważkich ról. Gdyby ktoś mnie dzisiaj zapytał, czego jeszcze nie zagrałem, a chciałbym, to bym odpowiedział: Chcę grać dobre role. Zagrałem przecież Szwejka, zagrałem Ryszarda III, zagrałem Horodniczego i zagrałem Colas Breugnon, Puka, Spodka.

Miał Pan dużo szczęścia.

Moim szczęściem było to, że swój flirt z teatrem, jaki zacząłem jeszcze w rodzinnej Białej Podlaskiej, w gimnazjum, pozwolił mi wyzwolić się z urwisostwa, z łobuzerii, z wagarostwa. Potem teatr stał się dla mnie pasją. Zawdzięczam to spotkaniu z ludźmi, którzy pozwolili mi się tym zainteresować. Do Białej Podlaskiej, gdzie byłem chłopcem bardzo trudnym, przyjechała po wyzwoleniu pani Karolina Beylin, znana recenzentka i autorka, i uczyła języka angielskiego. Napisała sztukę, w której zadebiutowałem. Nazywała się Wtorek, 16 grudnia, to była data premiery. Do obsady potrzebny był taki chłopak matołek, któremu profesor udziela korepetycji. Szybko znaleźli mnie i wkrótce rozpoczęła się moja popularność, nie tylko ta urwisowska. Po raz pierwszy zaczęto na mnie wołać: Jacek Matoł. Potem byłem nazywany Franiem, Złotą Rączką no i oczywiście Maliniakiem. Spotkanie z panią Beylin przesądziło o moim życiu. Przystałem do tego teatru szkolnego, grałem w kilku sztukach, m.in. w Gałązce rozmarynu Nowakowskiego.

To dziwnie, że grano wtedy sztukę legionową.

Bo to Biała Podlaska była, nie taka znów ważna, można było grać. Po premierze Gałązki podszedł do mnie mój profesor matematyki, a z matematyki zawsze miałem niedostateczny, poklepał mnie po ramieniu i powiedział: Póki ja tutaj jestem, masz u mnie dostateczny. Jednak potem szybko wyjechał, a ja musiałem się z matematyką nadal mocować i ze swoim charakterem też. Potem zacząłem dużo czytać, czytałem wszystkie książki Żukrowskiego, Jastruna, Ważyka, nawet byłem redaktorem naczelnym gazetki ściennej, prowadziłem koło literackie, zmieniłem swoje zainteresowania i styl życia.

I tak trafił Pan do szkoły teatralnej.

W Warszawie mieszkały już moje siostry. Zadomowione, pomogły mi. I teatr we mnie dalej kwitł. Szkoła teatralna była dla mnie dużym przeżyciem, ale także przeżyciem dla szkoły. Pierwszy raz ktoś o takich warunkach jak ja, został do niej przyjętyj. Pamiętam, kiedyś Aleksander Zelwerowicz stał przed szkołą i rozmawiał ze studentami, a ja się włączyłem do rozmowy jakąś uwagą. Kto to powiedział – spytał Zelwer. Ja to powiedziałem. Popatrzył się na mnie: Głos dobry, ale nic poza tym.

W wielu wspomnieniach z tamtego okresu, można znaleźć sporo ciepłych słów o szkole. Wygląda na to, że szkoła była wyspą Prospera, odległą od prawdziwego świata. Czy to nie idealizacja?

Nie, tak nie było. Myśmy się kłócili po prostu w szkole. To był rzeczywiście czas trudny, czas wyboru drogi. Dla mnie to był okres zmiany poglądów. Widziałem, jak ta zdruzgotana Warszawa się budowała, jak teatry zaczęły działać pełną parą. To rodziło bardzo pozytywne myślenie. Natomiast o stosunku do AK w szkole się nie mówiło – wiadomo było, że w tej sprawie istniały podzielone poglądy. W szkole widoczna była spora grupa młodych ludzi o poglądach lewicowych. I to sprawiło, że się do nich zbliżyłem. I tak to szło.

Przyszedł rok 1955, Jan Świderski ściągnął Pana ze Szczecina do Teatru Wojska Polskiego, wkrótce potem znanego jako Dramatyczny.

To rok dla mnie pamiętny, bo to rok mojego osobistego szczęścia. Ożeniłem się, szturmem wszedłem do filmu i wiele się tam nauczyłem – wybuchła wtedy w kinie szkoła polska, a ja grałem prawie we wszystkich filmach tej szkoły, u Forda, Munka, Kawalerowicza, Rybkowskiego. Swoimi warunkami pasowałem im do scenariuszy. Tak się zaczęła moja droga filmowa i kontakt z tymi ludźmi. A poza tym ja miałem zainteresowania społeczne, polityczne, ja chciałem myśleć teatralnie, ale i społecznie. Chciałem nie tylko grać, ale i dyskutować, mierzyć się ze światem,

Stąd zajął się Pan reżyserią?

Dlatego że chciałem dyskutować ze światem. Kiedy zostałem dyrektorem Teatru Powszechnego w Łodzi (1975-1980), już po dziesięciu latach uprawiania reżyserii, mogłem świadomie poprowadzić teatr. Reżyserię kończyłem w roku 1966. Repertuar teatralny Powszechnego to moja dyskusja ze światem. W tym teatrze reżyserowali znakomici koledzy: Andrzej i Janusz Kondratiukowie, Janusz Zaorski, Józef Gruda. Sam zagrałem kilka ważnych ról, min. Ryszarda III, Szwejka, wyreżyserowałem Bołdyna Jerzego Putramenta. Szedł w tym teatrze Lot nad kukułczym gniazdem, to była wtedy bardzo kontrowersyjna literatura.

To poważny, trudny i odważny repertuar.

I polemiczny.

Nie miał Pan kłopotów?

Trochę kłopotów było, ale mi sporo wybaczano jako chłopakowi o lewicowych poglądach. Władze mówiły, że trzeba mu darować.

Z wystawieniem Hamleta we wsi Głucha Dolna kłopoty miał nawet Łomnicki.

No, u mnie też były kłopoty. Przyszła pani cenzorka i po obejrzeniu mówi: Proszę pana, ja panu w ogóle tego nie powinnam puścić. Ale co mam robić? I puściła. Powieść Putramenta też była bardzo dyskusyjna, ale podobała mi się, bo miała dyskusyjne spojrzenie na rzeczywistość. Teatru z takim kontrowersyjnym repertuarem, takiego drugiego wówczas chyba nie było.

Po pięciu latach jednak pan odszedł z Łodzi.

Bylem postacią kontrowersyjną jak mój repertuar. Dlatego odszedłem, poradzono mi, żebym odszedł. Ci, których angażowałem do teatru, mówili potem o mnie: ten komunista. Machnąłem więc ręką i wyjechałem do Warszawy. I zacząłem żyć swoim życiem.

Pracowałem w Syrenie, dobrze się w niej czułem za dyrekcji Witolda Fillera, to była dobra dyrekcja.

Sam Pan wspomina w książce Z Kłosem przez życie opinię Fillera, że wprawdzie był Pan w zespole Syreny, ale cały czas myślał jak z niej odejść…

Coś takiego było. Bo to za wąsko było dla mnie. Zagrałem parę rzeczy, parę wyreżyserowałem, byłem popularny, ale czegoś mi brakowało. Tu nie mogłem dyskutować ze światem.

Związał się Pan też z estradą.

Wtedy właśnie związałem się (albo związano mnie) z estradą. Stałem się aktorem „Podwieczorku przy mikrofonie”, „Programu z dywanikiem”, „Kabaretu Olgi Lipińskiej”, zaczęto pisać dla mnie monologi, z którymi 13 razy byłem w Ameryce. Pisano je pode mnie, m.in. Zenon Wiktorczyk, w rodzaju: „Co te kobiety we mnie widzą. Owszem, uroda jest, ale to nie wszystko”. Byłem bardzo popularny także wśród Polonii amerykańskiej i do dzisiaj w Stanach jestem oczekiwany, gdybym tylko miał zdrowie.

Lubił Pan estradę?

Lubiłem tę pracę. Ona wprawdzie nie spełniała wszystkiego, czego oczekuję od teatru, ale te potrzeby realizowałem jako reżyser. Reżyserowałem w wielu miastach. I to nie były byle jakie sztuczki, ale na przykład Czarna róża Juliana Stryjkowskiego. Już mój debiut reżyserski o tym świadczy, to był Kamienny świat wg Pożegnania z Marią Tadeusza Borowskiego w adaptacji Jerzego Adamskiego (dostałem za to nagrodę za reżyserię na festiwalu w Kaliszu). Reżyserowałen też w telewizji.

Chodził pan teatru?

Oczywiście, byłem ciekaw, co robią koledzy, jak ja się w tym wszystkim znajduję. Nie byłem żołnierzem rewolucji, która do nas przyszła w roku 1980. Ale byłem zawsze człowiekiem lojalnym i uczciwym. A jak się jest lojalnym, to także wobec siebie. To znaczy wobec swoich poglądów.

Jak Pan dzisiaj ocenia teatr, zmiany, które nastąpiły w ostatnim dwudziestoleciu?

Moim zdaniem jest zastój. Dawniej teatr, nawet w tym bardzo dyskusyjnym okresie politycznym, miał jakąś swoją twarz. A w tej chwili tej twarzy nie ma. Nie wyrastają w nim wybitni ludzie. Ja byłem w Teatrze Dramatycznym do połowy klat 70. To było naprawdę coś. Dzisiaj bardzo cenię sobie wielu ludzi, ale wzorowego teatru, takiego, jakim był Dramatyczny, który byłby mój, nie widzę. Każdy się boryka. To samo jest z telewizją. Dawniej serial w telewizji coś znaczył.

Coś Pan o tym wie.

Prześladuje mnie, pozytywnie!, serial, to znaczy „Czterdziestolatek”, ten Maliniak, który za mną krąży. Ale to był wybitny serial. To był serial, który w trudnym okresie odmalowywał rzeczywistość humorystycznie, ale i ostro. Choćby ten mój Maliniak. Tak negatywna postać jest tak lubiana przez ludzi,

Panu to zawdzięcza, jak Lulek „kup pan cegłę” z filmu Ewa chce spać...

Ewa chce spać Tadeusza Chmielewskiego to rzeczywiście był początek mojej szalonej popularności. Musiałem na ulicach się ukrywać, chodzić w ciemnych okularsch, wszyscy mnie rozpoznawali, a nie byłem przyzwyczajony. To w dużej mierze zasługa Hłaski, on umiał pisać. A ja miałem szczęście zagrać we wszystkich jego filmach: Baza ludzi umarłych, Pętla, Ósmy dzień tygodnia, Sonata marymoncka. Baza ludzi umarłych to moim zdaniem wybitny film. Jest tam kawałek rzeczywistości, a poza tym wybitni aktorzy.

Ma mroczną atmosferę. Bardzo. Grali Emil Karewicz, Leon Niemczyk, Zygmunt Kęstowicz, Tadek Łomnicki i ja.

Pańskie role, te w teatrze i filmie, to swoista kronika minionych dziesięcioleci, w której przegląda się świat.

Trafnie to pan ujął. Rzeczywiście, od pierwszych kroków socjalizmu do upadku.

Zaczął Pan w roku 1953 w Szczecinie, w mieście, gdzie kilka lat wcześniej proklamowano realizm socjalistyczny jako obowiązującą doktrynę estetyczną, i debiutował w sztukach, które nie miały nic wspólnego z tą doktryną. Szczęście Frania?

Szczęście Frania. Podwójnie dobrze to wspominam. Bo to były początki mojego teatru, udane początki, szczęśliwe, ale też udane w moim życiu prywatnym, bo tam poznałem moją żonę, z którą byłem 58 lat.

Tam Pan odrzucił rolę Romea.

Skąd pan wie?

Z książki.

Dojechałem do Szczecina jako ostatni z 9-osobowej grupy młodych aktorów, którzy zostali zaangażowani przez wicedyrektora, i wtedy przedstawiono mnie dyrektorowi Chaberskiemu. Popatrzył się na mnie i powiada: Wygląda pan nie najlepiej, ale może jakoś to będzie.

I było.

Przez Frania. Zgrałem w szczęściu Frania Perzyńskiego i od razu stałem się bardzo popularny i lubiany w Szczecinie. I tenże pan Chaberski wezwał mnie do siebie pod koniec mojej pracy w tym teatrze i mówi: Słuchaj, kochany, mam dla ciebie pewną propozycję. Co myślisz o Romeo i Julii. Bardzo piękna sztuka, odpowiadam. Chciałbym, żebyś zagrał Romea. Panie dyrektorze, mówię, niech mnie pan nie krzywdzi. W zespole teatru szczecińskiego była wówczas moja znakomita przyjaciółka, Nina Traczykówna, która była autentyczna Julią – zagrała ją potem w Dramatycznym w Warszawie, a ja zagrałem wówczas Pietrka, służącego Niani.

Bardzo zmienił się Pan przez te lata?

Fizycznie na pewno, ale nadal w tym, co robię, jest Kłosowski, który nie stracił swego żaru. Ciągle myśli, żeby się nie dać. Żeby nie stracić swojej twarzy i móc spojrzeć na siebie w lustrze.

Tekst opublikowany w „przeglądzie|” 2014 nr 2 pt. „Maliniak za mną krąży”

Dodaj komentarz