Nosorożce za progiem

Premiera Nosorożca w Dramatycznym nie była planowana jako komentarz do warszawskiej ulicy w dniu Święta Niepodległości. Ale jak to w teatrze bywa, to co za progiem teatru gwałtownie aktualizuje teksty nie tylko te pisane kilkadziesiąt lat,a le i kilkaset lat temu. Tak właśnie się stało. Epidemia nosorożycy (jak pomysłowo nazywa wirus zdziczenia tłumacz Piotr Kamiński) szerzy się, zbierając zatrute owoce, toteż nie pierwszy raz tragikomedia Ionesco, zaliczana do teatru absurdu, objawia swoje hiperrealistyczne oblicze.

 

Tyszkiewicz miał więc wyczucie czasu, nawet jeśli wspomniany zbieg okoliczności dodatkowo pracował na jego korzyść. Ale przede wszystkim miał pomysł, który sprawił, że sztuka sprzed pół wieku osadziła się bez trudu we współczesnych realiach. Już początek , kiedy para bohaterów dialoguje o sylogizmie w typowy dla Ionesco paradoksalny sposób, a dialog odbywa się za pomocą SMS-ów, wyświetlanych z dymkami i sygnałami dźwiękowymi, sprawia, że znajdziemy się w typowej sytuacji, charakteryzującej przestrzeń komunikacji, Co więcej, nieco zwietrzałe już dowcipy, dzięki temu zabiegowi odzyskują świeżość, a zastosowany nawias, cytat z cytatu nabiera smaku.

Przedstawienie rozgrywa się w przestrzeni biurowej typu „open space”, z królującymi ekranami komputerów, drukarkami, biurkami, wszystko ergonomiczne i niemal bezcielesne. Ekrany są jednak martwe, nic na nich nie miga i jak przypuszczam to nie tylko kwestia kosztów inscenizacyjnych,a le celowy zabieg, to rodzaj dopisanego komentarza do urągowiska pracy zautomatyzowanej, ukazywanej zresztą jak koszmarny balet urzędników i ich sprzętu.

Szerzenie się nosorożycy, czyli coraz częstszych przypadków pojawiania się nosorożców na ulicach miasta, a niebawem okaże się coraz częstszych przypadków przemiany ludzi w nosorożców zostało ukazane sugestywnie, dzięki dyscyplinie inscenizacyjnej (doskonale zsynchronizowane efekty ataku nosorożców, destrukcja pomieszczeń biurowych) i zespołowej grze aktorów. W obsadzie kilka osób nadawało ton: Magdalena Smalara jako przejmująca w swoim szaleństwie Pani Boeuf, pierwsza ofiara nosorożycy i następnie jako zarażeni infekcją zdziczenia: Jean (Krzysztof Ogłoza) i Dudard (Sławomir Grzymkowski). W ich rolach uwagę zwraca precyzyjne operowanie ciałem, zresztą w całym spektaklu perfekcyjny dopracowany ruch (w dużej mierze to zasługa choreografa Macku Prusaka) stanowi istny walor, podkreślając dziwność istnienia i zrazem dając przenikliwy portret rutyny. Przerażenie i bezradność ostatniego człowieka, który nie chce poddać się stadnym zachowaniom, wiarygodnie oddał Paweł Domagała. Jego Bereniki jest zwykłym człowiekiem, ani wielkim, ani szczególnie odstającym inteligencją od pozostałych, a jednak jest w nim jakaś szczątkowa siła oporu, Słabego. Coraz słabszego? To bodaj największa przestroga płynąca ze sceny: epidemia zbiera straszne żniwo, kultura pada pod ciosami przemocy, łatwo ulec destrukcyjnej radości niszczenia. Co nam to przypomina?

 

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz