Trumna pełna niespodzianek

Tomasz Miłkowski pisze o Kabarecie warszawskim w Nowym Teatrze na łamach Przeglądu:

Czy jest w Warszawie dobry teatr? – pyta w końcowej partii Kabaretu warszawskiego Jacek Poniedziałek, uwodzący publiczność rolą transseksualnej piosenkarki Justine. Potem następuje jeszcze cała sekwencja pytań, spuentowanych wątpliwością, czy tu (to jest w Warszawie) ktoś jeszcze naprawdę kocha. To jedyne słowa o tytułowej Warszawie, jakie padają ze sceny podczas tego pięciogodzinnego spektaklu, w którym brawurowe widowisko miesza się chwilami z niedogotowaną zupą, barokowe rozbuchanie z ascetycznym dystansem, jaskrawość z banałem. Warlikowski zawsze był specjalistą miksowania i łączenia wyrafinowanych i niesmacznych kawałków, choć nie zawsze wychodził z tego mieszania zwycięsko. Także i tym razem wynik nie jest jednoznaczny. Bo choć przesłanie spektaklu jest jasne, uwaga: „zagrożenie weimarskie” wisi nad Warszawą, to argumenty już nie tak przekonujące.

Spektakl więcej obiecuje w pierwszej części, niż zdoła zaoferować w drugiej. Prawdopodobnie łatwiej jest opowiadać historię już nieźle zdiagnozowaną i co do swej istoty rozpoznaną. Sięgając po wątki sławnego filmu Kabaret, Warlikowski porusza się po terytorium poznawczo już opanowanym, choć, trzeba przyznać czyni to odkrywczo pod względem formalnym i wykonawczym – aktorzy Nowego pokazują w tej części swoje możliwości i wprost trudno się zdecydować, kto nie był najlepszy. Wspaniałe, mocne kreacje tworzą Stanisława Celińska i Magdalena Cielecka, powalają na kolana solówki Redbada Klinstry i wysmakowana konferansjerka Zygmunta Malanowicza. Zbiorowe pokazy gimnastyki i kabaretowego tańca to prawdziwa majsterska robota.

Po zachwycającej pierwszej części nabiera się apetytu na drugą. Ale tu następuje rozczarowanie. Warlikowski czyni woltę, ucieka od kabaretowej konwencji, przenosząc akcję Nowego Jorku w czasie ataku na wieże WTC i zastępując kabaret nieprzekonywającym performansem.

Druga część wygląda na katalog niedopasowanych seksualnie par. Nie brak tu, oczywiście, smakowitych pomysłów, ale budzi wątpliwość teza, że właśnie seksualne niespełnienie i odrzucenie społeczne na tym tle to najczulsze oznaki wykluczenia, zapowiadające zamordystyczny zwrot, jaki ongiś nastąpił w Berlinie. Najwyraźniej brakuje w tej części odwagi zmierzenia się z zagrożeniem wolności, jaki wyzwoliła reakcja na terrorystyczny zamach 11 września. Uczyniwszy taki unik, Warlikowski czyni swój obrazoburczy spektakl bardzo bezpiecznym dla władzy i dla tych, którzy chętnie by tę władzę przejęli, aby przytrzymać za mordę. Kto ma uszy do słyszenia, a oczy do patrzenia. na pewno to zauważył, bez wątpienia zauważył to też Warlikowski. Żartując – w tekście spektaklu – że pewnie mu/im ten teatr zamkną (za nieposłuszeństwo) – może być spokojny, że tak się nie stanie. Seksuolożki-terapeutki, która wreszcie sama osiągnie swój pierwszy wyzwalający orgazm (świetnie granej przez Maję Ostaszewską), nikt się nie wystraszy. Władza nie przestraszy się też trumny, do której pod koniec widowiska kładą się na moment wszyscy wykonawcy, tytłając się w brokacie, choć wbrew kabaretowemu charakterowi sceny ten finałowy akcent brzmi najbardziej złowieszczo. Kto wie, czy w trumnie nie spoczywają nasze nadzieje.

 

Tomasz Miłkowski

 

KABARET WARSZAWSKI w reż. Krzysztofa Warlikowskiego, scenografiałgorzata Szczęśniak, dramaturgia Piotr Gruszczyński, muzyka oryginalna Piotr Mykietyn, reż. światła Felice Ross, ruch Claude Bardouil, animacje, Kamil Polak, Nowy Teatr w Warszawie, premiera 23 września 2013

Dodaj komentarz