JAN DORMAN. LEGENDA WZBOGACONA SZCZEROŚCIĄ

Najbardziej cenię te książki o artystach, z których tchnie życie, w których są obecni nie tylko jako twórcy, ale i jako ludzie. Jak można być bardziej obecnym niż w listach? Listach szczególnych, z których wyłania się wyjątkowy artysta i opromieniony miłością człowiek. Czy miłość ta została „skonsumowana” czy też nie? Takie zakłady robią między sobą koleżanki p. Wiesławy Domańskiej, która owe listy wydała własnym nakładem w ilości 302 numerowanych egzemplarzy. Brak odpowiedzi, nawet sugestii, w tym względzie to dodatkowa zaleta tej książki. Jednoznaczność nigdy nie jest tak ciekawa jak wieloznaczność. Poza tym… Dopowiedzenie pewnych spraw zawsze je zubaża. Tu owa miłość do Marii Teresy Antoniny i do teatru (a może odwrotnie? Do teatru i Marii itd.?) mieni się bogactwem barw i odcieni. Jest w tych listach i artysta, wyjątkowy w świecie teatru, i człowiek – chyba równie wyjątkowy.

 

Autorem listów jest Jan Dorman. W zbiorach Fundacji im. Jana Dormana założonej przez jego córkę Iwonę Dowsilas znajduje się bogata korespondencja z ponad 200 pisarzami, poetami, kompozytorami, naukowcami, m.in. z Marią Dąbrowską, Agnieszką Osiecką, Krzysztofem Pendereckim, Marią Kownacką, prof. Stanisławem Szumanem, Gustawem Morcinkiem, Janem Sztaudyngerem i in. Te listy to wspaniałe bogactwo spuścizny po Janie Dormanie. Listy do Marii Teresy Antoniny to, naturalnie, listy z innego świata, pochodzą z prywatnych zbiorów Wiesławy Domańskiej, stanowią wybór z bogatej, niemal dwudziestoletniej korespondencji (1966 – 1985).

Wiesława Domańska dokonała wyboru listów według pewnego klucza. Ważne dla niej były nie tyle listy mówiące o uczuciach, ale i te o teatrze, o jego poszukiwaniach teatralnych, dociekaniach, rozterkach. To wszystko jakby się „samo zgrało” w wyjątkowy, poetycki wręcz, portret. Przedstawienia teatralne, także te dobrze udokumentowane, opisane czy nawet sfilmowane są śladem ulotnym. Listy są śladem trwałym. Domańska kierując się pragnieniem artysty, by zostawić po sobie ślady postanowiła ocalić od zapomnienia „twardy” dokument. List to zawsze jakiś wyimek z duszy i serca człowieka, jakiś skrawek jego osobowości i wrażliwości, jakieś odsłonięcie własnej intymności. O tym, że ta myśl nią kierowała świadczy motto Jana Dormana otwierające książkę: „i woda ma taką zaletę, że rzeźbi płynąc… chcę zostawić ślady i ja”.

We wstępie Wiesława Domańska pisze o tym, jak i kiedy poznała Jana Dormana. Był rok 1966, koniec czerwca. Wcześniej nie znała nie tylko twórcy, ale nawet jego przedstawień ani teatru, choć już mówiło się o nim głośno. Ale Będzin? Któż by specjalnie jechał do teatru lalek w Będzinie? W dodatku Dorman był twórcą kontrowersyjnym, wzbudzał zachwyt jednych recenzentów i ludzi teatru i zdecydowaną niechęć drugich. Jak o każdym niebanalnym artyście idącym własną drogą i nie kłaniającym się żadnym modom i módkom pisano o jego teatrze z uznaniem lub lekceważeniem.

Domańska poznała Dormana na imieninowym kieliszku szampana, na który zaprosił aktorów i gości Jan Wilkowski w dniu zakończenia Konkursu na Indywidualne Występy z Lalką w Teatrze Lalka w Warszawie. „Jan Dorman – pisze . – Mężczyzna po pięćdziesiątce, niewysoki, szczupły, nordycki w wyrazie, niebieskooki, siwawy blondyn o starannej dłuższej fryzurze. Konwencjonalnie elegancki, zawsze w garniturze z kamizelką, obowiązkowo muszka albo fontaź przy koszuli, lakierki. Można by powiedzieć, że zaprojektował sam siebie…” I zaraz dalej: „Ale chyba najbardziej urzekała uroda jego głosu i styl wypowiedzi. Leciutkie muśnięcie śpiewnością i ciepła barwa, intonacja zdań pytających (…) O co? O wiele”. To pierwsze spotkanie opisuje Dorman w jednym ze swoich listów do Wiesławy Domańskiej, czyli Marii Teresy Antoniny (czyż już sam dobór imion nie jest pewnego rodzaju teatrem?).

Kieliszek noszony w ręce

ręce: waży ręka

oddaje drugiej

wino rozlane na wargach,

rozmowa

przebija nieufność

aż spacer

ławka w parku

milcząca cisza i śpiew ptaków

akord!

Często pisał jakby wierszem, rozkładając akcenty wedle ważności słów. Ważny był więc zawsze, w każdej chwili życia, rytm, układ słów, ich współbrzmienie wzajemne? „Towarzyszyła nam wprawdzie nie tylko milcząca cisza” – dementuje natychmiast Domańska. Przecież spacerowali, siedzieli na ławce, ale przede wszystkim gadali, gadali, gadali. Scenerią był Ogród Saski.

We Wstępie jest dużo o Dormanie jako człowieku teatru, o jego poznawaniu Warszawy, której nie znał wcześniej, bo tylko wpadał do stolicy, gdy coś załatwiał w Ministerstwie Kultury, o Krakowie, w którym studiował i „czuł się najbardziej sobą”, a przede wszystkim o wspaniałym podarunku ofiarowanym dzieciom w grudniu 1945 roku, czyli Międzyszkolnym Teatrze Dzieci w Sosnowcu. A potem o teatrze w Będzinie, który stworzył w roku 1950: Miejski Teatr Dzieci Zagłębia, autorski teatr Jana Dormana.

Bardzo szybko listy do Marii Teresy Antoniny stały się codziennym rytuałem Dormana. Pisał nieustannie:

To nieprawda, że pracuję,

To nieprawda, że piszę,

To nieprawda, że czytam.

Czekam!

Czekam na telefon.

Czekam na pospieszny warszawski.

Czekam!

Pisał na dworcach, pisał w pociągach, przy stolikach kawiarnianych. „bo dla nas pociągi tylko przyjeżdżają, nie chcemy uciekających (…) Dzieli nas długi pas szyn i tak dużo stukotów o szyny – od liczenia usnąłem i byłaś w tym śnie ta sama” (7 grudnia 1966).

Bardzo cenny jest ten Wstęp przeplatany miłością i teatrem. Świetnie napisany i skonstruowany. Spojrzenie na Dormana z dystansu (może sprawiała to i jego śmierć w 1985 roku i upływ lat), a jednocześnie z bardzo bliska. Domańska znakomicie wyważyła tu proporcje tego, co prywatne, intymne i spraw bieżących, głównie teatralnych. Tu, jak i w listach, Dorman jest żywy, niemal dotykalny, czujemy, że jeszcze moment i się odezwie…

Listy. Jak wspomniałam pełne czułości i miłości, nieustannego czekania i oczekiwania. I bólu przeniesienia wzajemnych relacji na inna płaszczyznę. I teatru pełne. Nie tylko tego będzińskiego teatru, w którym tworzył olśniewające swą urodą i bogactwem wyobraźni i polskich tradycji przedstawienia, w których poszukiwał autentycznych ludowych herodów, diabłów i aniołów, ale tego, o którym już Szekspir napisał, że świat to teatr, a ludzie to aktorzy. Dorman nie byłby ani pierwszym, ani jedynym twórcą, który w pewien specyficzny sposób teatralizował swoje życie. Teatralizował nie znaczy, że czynił je nieco sztucznym, nieco na pokaz i dla braw. Nie, jest w jego listach autentyczna i głęboka szczerość, ale jest teatralne patrzenie, patrzenie poprzez teatr. Spójrzmy choćby na pierwszy list otwierający zbiór: „Maria Teresa Antonina” (tak Dorman zaadresował kartkę do Wiesławy Domańskiej do Ministerstwa Kultury, w którym pracowała, gdy jeszcze nie znał jej nazwiska):

Gdy wieczór zamienił się w noc. Gdy koniak rozmoczył usta.

Gdy uśpienie ogarnęło wrażliwość – ona powiedziała wszystko.

Powiedziała to – co zawsze kobieta mówi, gdy jej nie zależy

na nim.

Takie mówienie z oczyma w suficie jest bolesne.

 

Może nad Tobą rozłożę wczorajsze sklepienie kościoła.

Może ustawię kolumny, skręcone uciekające od modlitwy.

Może wyrzucisz mnie z pokoju. To zrobisz na pewno.

 

Wyrzuciłaś.

Fotel jest miękki. O nie. Takie siedzenie na

wyczekiwaniu rzeczy stokroć więcej – niźli klęczeniem przed Tobą.

 

Wypaliło się wszystko.

 

Zmęczenie przynosi spokój. Maria Teresa Antonina odniosła// nowe zwycięstwo.

 

Pokój coraz jaśniejszy. Obcy, podarowany kwiat jak pudel, śmieje

się z mojej rozpaczy.

 

Merkurowe noce.

Merkurowe dni.

Merkurowe czekanie

I ucieczka w głąb ciszy.

 

Na zawikłanych i splątanych ścieżkach życia udało się Wiesławie Domańskiej i Janowi Dormanowi ocalić coś ważnego. „Była to milcząca bliskość”, jak pisze Domańska. – Istniała między nami zawsze i łączyła mnie i Jana Dormana, silna więzią i emocją. Czas, sprzymierzeniec zapomnienia, nie zatarł konturu sylwetki tego niezwyczajnego Artysty i Człowieka”.

I list ostatni, z będzińskiego szpitala (16 grudnia 1985). Przytoczę tylko fragment:

SZANOWNA PANI

– tylko bez kochana

Bez Maria

Bez Teresa

Bez Antonina

Piszę ze szpitala. Czyli Dorman na łożu śmierci. Nie!

Jeszcze nie! Ale Dorman wciąż ten sam – szalony.

(…)

Nie dam rady robić Krystianowskiemu „Fausta” to wszystko

Przerwał szpital. Nagle! Nieoczekiwanie!

 

Serce!

Nie, po co? Jest już zmęczone i nie potrafi chorować.

To moje, Dormanowe serce potrafi jedynie przestać bić.

Serce Jana Dormana przestało bić 21 lutego 1986 roku.

Listy niemal z 20 lat. 20 lat zamkniętego w słowach, rytmach, układzie fraz życia i uczuć dwojga ludzi. Był rok 1972. „Po powrocie ze Zwardonia do Warszawy – pisze Domańska – wiedziałam, że muszę zdobyć się na podjęcie bolesnej i trudnej decyzji. Tak dla mnie, jak i dla Jana Dormana. Byłam urzeczona Dormanem. Istniałam jednak w innej rzeczywistości uczuciowej”… Mimo przejścia w inny obszar wzajemnych relacji wzajemna bliskość pozostała do końca.

Warto też zwrócić uwagę na niezwykłą staranność wydania. Książka jest po prostu piękna! I graficznie i edytorsko. Wydawnictwo prosiło o anonimowość. Szkoda.

Justyna Hofman-Wiśniewska

Listy Jana Dormana do Marii Teresy Antoniny 1966 -1985. Wybór; opracowanie graficzne: Radosław Pazdrijowski, wyd. nakładem własnym Wiesławy Domańskiej; Warszawa 2013

Dodaj komentarz