Romana Kłosowskiego przymierze z Krappem

Widziałam ich dwóch. Obaj przetrawili tę rolę w sposób szczególny. Niezwykli, osobni, warsztatowo perfekcyjni.

Tadeusz Łomnicki sięgnął do Ostatniej Taśmy Krappa jakby na przekór własnym problemom kardiologicznym. Krążąc szlakiem Beckettowskiej wiwisekcji kumulował oddech, zagęszczał gest. Służyła temu każda wyciągnięta sylaba, każdy centymetr lokalizowanej przestrzeni, każde uchwycone drgnienie ciała. Nie było narkozy. Była operacja na żywym organizmie pamięci prowadzona wzdłuż i wszerz fizjologii. Fruwały bebechy, szalał skalpel, wibrowała omotana rechotem bolesna świadomość nieuchronnego epilogu.

Odmiennie, bo introwertycznym trybem, poruszał się Krapp Zbigniewa Zapasiewicza. Rzadziej pokazywał, ciął – bardziej otwierał, sygnalizował. Szedł tajemnicą, znakiem zapytania, dawkowanymi sugestiami. Chwyciwszy trzon emocji, pomijał ostateczny werdykt. Mistrzowsko rozpoznając rewiry sensu i ciszy, przekraczał kolejne enklawy czasu. Niczego nie tłumaczył. Za nic nie karał. Natomiast w finalny odsłuchiwaniu taśmy dotykał wizerunku śmiertelnie znużonego człowieka…

Dwie kreacje. Tadeusz Łomnicki – Zbigniew Zapasiewicz, których w Beckettowską smugę cienia zaprosił Antoni Libera. I teraz On. Krapp – Kłosowski. Rocznik 1929. Postępująca choroba oczu. Szczególny splot uwarunkowań stanu zdrowia i kondycji psychofizycznej bohatera. Klamra obciążona medialnym wizerunkiem Kłosowskiego – Maliniaka.

Piekielne zadanie. Bardzo osobista projekcja. Dwie strony lustra. Krapp – choleryk, egoista, narcyz, złośliwiec. A równocześnie – fantastyczny kpiarz, autoironiczny komentator, bezbronny, schorowany twórca. Summa summarum facet ludzki aż po trzewia wad i zalet. Z tym, uwikłanym we własne ja, bohaterem Kłosowski precyzyjnie lepi rozmowę. Taśma buduje plan swoistej „słuchaniny- gadaniny”. Dystans charakterystyki wciąż się kurczy. Pauzy łapią demony przeszłości. Dialog Krapp z Krappem nabiera formy monologu, w którym się przegląda Krapp Kłosowski.

A taki węzeł już in statu nascendi budzi sympatię, która prowadzi w kierunku gorzkiej zgody na odchodzenie. Stąd krok nie tylko do wczorajszych zaniechań, ale i do trwałych smaków życia. Kłosowski nie broni Krappa. On go rozumie. Jest w tym źródło prawdy i znakomicie stymulowana ekspresja.

Głęboka, wielopłaszczyznowa spowiedź rozwija się w ścisłym związku fikcji i rzeczywistości. Wyciągnięty z prywatnych zbliżeń aktora ostrożny krok czy chrypa natychmiast podlegają dyrektywom roli. Pauzę tłumaczy gest, słowo uzasadnia grymas. Półuśmiech, trzepnięcie palców, lekki skłon tułowia wstrzymują gniew, bunt i zbliżają moment przymierza z samym sobą. Ten Krapp intryguje, wzrusza, a jednocześnie oswaja memento mori.

Tak ekspresyjny i tak wyważony skrót pojawił się gościnnie na deskach Gorzowskiego Teatru imienia Juliusza Osterwy przy okazji 60-lecia pracy artystycznej Romana Kłosowskiego (marzec 2013). Kształtowaną wokół osoby Krappa inscenizację Krzysztofa Prusa dopełniają trzy miniatury. Akt bez słów, Komedia, Oddech. Wybór klarowny, spójny reżysersko, bowiem wszędzie opis współ-dotyka atrofii funkcji życiowych bohaterów. Tylko żal, gdy porządek obrazów ulega technicznemu wektorowi. A to widać w Akcie (wyk. Jarosław Książek), zdominowanym sterylnym układem pantomimicznej etiudy, gdzie właśnie ostra kreska tłumi głębię. Również wśród efektownych warsztatowych ćwiczeń zaciera się dramaturgiczny trzon Komedii. Poza dykcyjną poprawność (Beata Chorążykiewicz, Leszek Perłowski), najczęściej wychodzi Kobieta Druga Anny Łaniewskiej. Oglądałam tę aktorkę w Trzy razy Piaf (prem. Gorzów 2007, reżyseria Artur Barciś) kiedy wspaniale rzeźbiła Milorda, Prawo do miłości czy Mój Boże. Teraz Łaniewska klucząc torem czysto werbalnych replik wydobywa plan tragigroteski. Brawo !

No cóż, gdy zewnętrzna poprawność obciąża Akt i Komedię, wraca przestroga Stanisława Grochowiaka: „Wolę brzydotę, jest bliżej krwiobiegu”. Lecz akurat tutaj sformalizowana rysa natychmiast blednie, skoro rząd dusz przejmuje niezwykły Krapp-Kłosowski, zaś cały spektakl wieńczy Oddech, w którym szczególną gamę odcieni tworzy pulsująca przestrzeń scenograficzna autorstwa Marka Mikulskiego. Metafora okrąża poezję. Nadzieja ujarzmia absurd. Głos ma wielki Beckett. I to proszę państwa trzeba zobaczyć. A będzie szansa, skoro gorzowski teatr wizytuje z przedstawieniem rozmaite miasta. Zatem do rychłego obejrzenia!

Jagoda Opalińska

Dodaj komentarz