Henryk Talar – AKTOR CHCĄCY WIEDZIEĆ…

„Teatr jest miejscem, w którym spełnia się zarówno aktor, jak i widz. Będę grał w teatrze tak długo, jak długo owacje publiczności nie staną się dla mnie ważniejsze od granej przeze mnie roli”mówi Henryk Talar.

To, co najbardziej „talarowe” w budowaniu roli to zagłębianie się w siebie, szukanie fragmentów, cech postaci w sobie. Człowieku, nie aktorze. Jeżeli jest to postać przepełniona ludzkim złem, to aktor rozpoczyna poszukiwania od odpowiedzi na liczne pytania spoza siebie. A właściwie jedno zasadnicze, powtarzające się: dlaczego?

Potem jest etap „oczyszczania” postaci. Ze znalezionych odpowiedzi na wiele pytań. Z dotychczasowych wcieleń w tę postać innych aktorów, których widział na scenie, którzy wywarli na nim wrażenie. Z siebie. Z siebie prywatnego, naturalnie, nie z siebie aktora. Ten etap przychodzi na końcu. To „odwarstwianie” postaci prowadzi do skonstruowania szkieletu postaci… czystej? Na ile to możliwe to w pewnym sensie tak. Oczywiście, nie jest to preparowanie preparatu biologicznego jak w laboratorium. Każdemu etapowi towarzyszą refleksje, rozterki, dylematy, poszukiwania. To żmudna praca. Aktor uważa jednak, że obsadzony w nowym spektaklu (niekoniecznie w nowej roli, bo rola może się powtórzyć np. w innym teatrze, w innej reżyserii) musi ją za każdym razem wykonać od początku do końca. I gdy już ten etap „odwarstwiania” ma za sobą zaczyna na owym wyłonionym szkielecie budować. Najpierw powstaje jakaś całość, ogólny charakter postaci, potem jest drążenie w głąb. Tu już jest tylko on i postać, aktor i rola.

Jego praca nad rolą. Najpierw szuka tego, co złe, szatańskie, nieludzkie, by potem , w miarę swojego aktorskiego zbliżania się do postaci, jej rysunku, psychiki, charakteru ją nie wyszlachetnić, ale po ludzku uwiarygodnić. Po ludzku. Ale w sensie aktorskim, nie naturalistycznie ludzkim. „Mamy literaturę, mamy postać. Nie podchodzę do żadnej roli z punktu zerowego, czyli nie znam tekstu, czysta karta i zaczynamy. Nie. Nigdy tak nie rozpoczynam pracy na rolą. Przynoszę na próby cały bagaż doświadczeń – swoją przeszłość, całe dzieciństwo, swoje pochodzenie, swoją kulturę, przeczytane i nieprzeczytane książki, całego siebie. Początkowo robiłem to intuicyjnie, potem świadomie zrobiłem z tego potrzebę i walor mojego aktorstwa” – tłumaczy.
Talar to aktor myślący, nie ulegający żadnym urokom i ułudom tzw. prosperity, mody, fali. To aktor analizujący i weryfikujący swoje refleksje i emocje, bardzo wyczulony na to, by na scenę nie wnieść nic z atmosfery „u cioci na imieninach”. Częściej w swych aktorskich oczekiwaniach, wymaganiach, refleksjach wyrusza pod prąd niż płynie z prądem.

Talar będący na scenie zawsze chce wiedzieć po co na niej jest. Nie dla oklasków i ukłonów przecież, nie dla podbudowania swego aktorskiego – i ludzkiego – ego. Teatr to dialog. Bardzo specyficzny. Dialog między sceną i widownią, między aktorem i widzem. „Podstawowym warunkiem tego dialogu musi być świadomość , że aktorstwo to nie nauczenie się tekstu i przyjemność w ukłonach. Więc może nie od razu rąsia, buzia, kop, ale dyskusja, nawet przy maksymalnej różnicy zdań w teatrze z nadzieją, że jej bazą będzie wybitna literatura, nie „pele mele duperele”. Bo coraz częściej gubimy się nie wiedząc naprawdę, czy jesteśmy w teatrze, czy u cioci na imieninach. Może trzeba by na nowo nazwać i ustalić te zasady, dać sobie szansę poczucia, że warto być uczestnikiem tego dialogu. W moim przypadku, że warto być aktorem sprawia warunek odezwanie się w sprawie, przekonanie, że jest to ważna wypowiedź.” – mówi aktor. – Po co? Coraz częściej zadaję sobie to pytanie. Mam coraz mocniejsze poczucie odpowiedzialności za ten czas, który jeszcze jest mi dany, a długości go nie znam. To głównie odpowiedzialność wobec samego siebie. Może to egoistyczne podejście, ale chyba ludzkie. Nie już oczekuję wielkich wyzwań, lecz odpowiedzialnych wyzwań. Wyzwań aktorskich „w sprawie”. Od początku mojej pracy aktorskiej nie chodziło mi o to, żeby za każdym razem zdawać egzamin z umiejętności technicznych. Teraz coraz bardziej dokucza mi to, że wychodzę na scenę „nie w sprawie”. Nie aż tak źle, żebym sobie zadawał pytanie po co w ogóle wychodzę na scenę. Nie. Wiem, że jestem w mikrokosmosie jakiejś małej sprawki tylko chciałbym jeszcze powiedzieć – i dowiedzieć się – o czymś ważnym”.

Jest aktorem wsłuchanym w autora (jakże to w dzisiejszym teatrze de modé!), reżysera, publiczność. Jest aktorem wsłuchanym nie w swoje aktorskie „ja”, lecz w zespół. Myśląc o postaci, którą gra, wchodząc na scenę ma pełną świadomość faktu, że jest cząstką całości. Bardzo ważną, ale cząstką. Toteż nie ma w jego aktorskie nic z gwiazdorstwa, z chęci dominacji, próżności („no, próżność, przynajmniej jakaś jej cząstka, to cecha charakteru każdego, kto jest aktorem” – komentuje Talar), tego jakże częstego i pustego „tiepier ja”. „Aktor jest (znaczącą) cząstką teatralnej układanki. Mówię o Aktorze (przez A – aktor, nie a – tokarz), Aktorze, który ma świadomość , że jest Aktorem, ale tylko aktorem” – podkreśla Henryk Talar.

Nie ma w jego aktorstwie pozy, nie ma sztuczności, nie ma fałszu. Czy to znaczy, że Talar utożsamia się ze swoją postacią, że się nią staje? I tak, i nie. W jakimś sensie utożsamiać się z nią musi, co nie oznacza, naturalnie, że kreowana postać to Pan Henryk prywatny. A staje się postacią – i tylko nią – podczas spektaklu. „Aktorstwo to jest jedno wielkie ryzyko. Na aktorstwie tak, jak na medycynie, znają się wszyscy i wszyscy mają prawo wydawać opinie. Jesteśmy do obijania, czasem lekceważenia, czasem opinii uznającej, ale… W moim odczuciu, po czterdziestu latach pracy, człowieka naprawdę uznają za to, co ma w środku, czyli pokazanie czy odkrycie człowieka w aktorze” – mówi. To brzmi może niejasno, ale w próbach opisu teatru, a w tym i aktorstwa, wszystko zawsze brzmi nieprecyzyjnie i niejasno.

„Teatr – pisał Zygmunt Krzyżanowski – redukujący całą przestrzeń świata do maleńkiego, na 10 arszynów, powietrznego sześcianu sceny, jest też bliski wierze, iż nasz świat – to świat „rzęsny”, istniejący na odległość równą długości rzęsy, i jeśli technika teatru wysubtelni się, to może uda mu się dowieść, że wszystkie pozorne głębie i długości świata miar nie są większe od długości rzęsy. Iluzjonizm, rozszerzając się, porzucił niską celę filozofa: teraz jest równy wzrostem kopule teatru i ledwo mieści się pod nią, zamknięty hermetycznie ślepymi ścianami teatru; ale żadne zamki nie utrzymają go wewnątrz zamkniętych ścian: fantomy i fantazmaty, przeniknąwszy przez nie, wcześniej czy później wkroczą do życia, do światów, przykróciwszy się do długości rzęsy, wkroczą do wewnątrz naszego „ja”. Słońca rozbłysną po tej stronie powiek; wielka spłaszczona sferoida ziemi, przecisnąwszy się przez źrenicę, skryje się w maleńkim kulistym kryształku”. Dla mnie takim aktorem „rzęsnym” jest Henryk Talar. Tworzy postać na odległość rzęsy, kryjącą się pod powieką, postać, która przenika do wewnętrznego świata odbiorcy i tam – niekiedy na długo – pozostaje umotana w teatr i rzeczywistość. Bo przecież takich ludzi, jakich tworzy na scenie aktor spotykamy w życiu, niektóre z cech postaci posiadamy sami. Nie w takim nasyceniu cech, nie w tak ostrym rysunku, ale oni są, żyją obok nas i w nas. Postać sceniczna, teatralna, to taka składanka: literatura i obserwacja życia. Z tego tworzywa aktor buduje określonego człowieka na scenie. I ze swojego „ja”, bo przecież niemożliwe jest, by było inaczej.

Henryk Talar to aktor, który potrafi i chce znaleźć więź z publicznością. Jakże byłoby to możliwe gdyby wcześniej w samym sobie jedności różnych składników swojego „ja” nie odkrył? Tego najgłębszego związku serca, ciała i umysłu, głowy i mięśni, totalnego języka, w którym ręka jest znakiem, ciało tańcem, a słowo jednym z instrumentów w wielkiej orkiestrze, jaka stanowi ludzka jednostka – aktor.

Jest aktorem, który, mimo tak wysokiej pozycji w zawodzie, tak ogromnego doświadczenia, tak wielu ról i kreacji ciągle odczuwa ból bycia aktorem, życia na scenie. „Ból dotyka wszystkich jednakowo – mówi – I jednakowo się na ten ból reaguje. Tak samo boli kopnięcie w kostkę na meczu super ligi czy C klasy. Ten ból, który mnie dotyka jest, oczywiście, bólem intelektualnym. Boli niemożność realizowania marzeń czy pragnień, boli brak kontaktu. Ból dla mnie jest związany z czymś najbardziej żywym i nie jest doznaniem negatywnym. Jest trampoliną, z której się wybijam. Wiem, że jestem aktorem i tylko aktorem, i z tej pozycji chcę wziąć teraz to, co jest dla mnie do wzięcia. Chcę wziąć teraz tyle, ile jest to możliwe, ale z pozycji moich czterdziestoletnich osiągnięć, a nie kogoś, kto dopiero zaczyna”. Aktor nie jest niezależny. Musi mieć teatr, musi mieć scenę, musi mieć okazję do powiedzenia od siebie i po swojemu tego, co dlań najważniejsze. A to nie zależy tylko od niego. Jak i repertuar. Nie zawsze, oczywiście, aktor gra wszystko, co mu proponują, ale też nie zawsze, a właściwie nieczęsto, gra role, które psychicznie doń przylegają, o których myśli, które są jakby dla niego stworzone. Talar miał to szczęście, że wiele tych przylegających ról zagrał, jak choćby Prospera w „Burzy” mówiąc tylko o ostatnich kreacjach. Ale stale tkwi w nim Marzenie. Wielkie jak ocean. O konkretnej roli? Tak, o konkretnej także. „Jest taka jedyna rola, do której chciałbym powrócić. I – być może – się to uda. To rola w „Zbrodni i karze” Dostojewskiego. Grałem z Maciej Stuhrem. On grał Raskolnikowa, a ja wszystkie postacie, które wokół niego krążą, łącznie z tekstem Soni. Spektakl reżyserował Bogdan Ciosek w roku 2001 w Teatrze Rozrywki w Chorzowie” – marzy… Nie jedna rola, ale 10 w jednym. Prospero. Kim jest Prospero Talara? „To i przeszłość, i teraźniejszość. To stwierdzenie, na ile można marzyć mając za sobą jakiś etap, oraz refleksja, co z tych marzeń pozostanie, kiedy już zabraknie sił…” – mówi. Marzyć, ciągle, zawsze marzyć. Ale w jego marzeniu, jakby jego drugiej warstwie, jest też oczekiwanie na tę rolę najważniejszą, najbliższą spełnienia się jako aktor, jeszcze nigdy niezagraną. Ciekawe, że nigdy nie marzył o zagraniu np. Hamleta. A tyle w nim jest hamletyzmu!

Czy grana postać, grane postacie łagodzą ten odczuwany stale aktorski ból? „Dają możliwość zrozumienia go. Dają możliwość popatrzenia na siebie z zewnątrz i zadanie sobie pytania: co dalej? Prospero coś wypuszcza z rąk, coś mu się udaje, coś mu się nie udaje, coś przekombinował. Pilnuję granicy, żeby nie przekombinować, ani w życiu osobistym, ani aktorskim. Aby nie przekombinować należy brać to, co mnie w tej chwili raduje. A najbardziej raduje mnie kontakt z wielką literaturą” – dopowiada aktor. Zawsze fascynowała go wielka literatura. W niej, bowiem, jest możliwość wypowiadania się we własnym imieniu, ale bazą jest problem ogólnoludzki. Mały, większy, ale ogólnoludzki. „Za tym tęsknię i tego mi coraz bardziej w dzisiejszym teatrze brakuje. A te 10 postaci krążących wokół Raskolnikowa mnie fascynuje. Dzisiaj zagrałbym je pewnie nieco inaczej, ale… Chciałbym zagrać je jeszcze raz”…

Mówią o nim „trudny aktor”. Dlaczego? Bo zadaje pytania? Bo chce wiedzieć? Bo ma wątpliwości? Bo broni własnej postawy? Bo jest aktorem osobnym? Jego cały dorobek aktorski świadczy o tym, że warto być „aktorem trudnym”. I aktorem osobnym. „Jestem aktorem nie do braw, nie do ukłonów. Jestem aktorem, który uważa, że sens istnienia w tym zawodzie to musi być sens zmagania się z warstwą intelektualną, emocjonalną, duchową, a nie z możliwościami warsztatowymi. Coś mnie w tym zawodzie trzyma, ale mam wiele rozterek, wątpliwości. Z wiekiem coraz więcej. Zagram wszystko jeżeli mnie to interesuje. Zgadzając się na uczestnictwo w jakimkolwiek zdarzeniu aktorskim czy spektaklu muszę mieć ten, jak to nazwałem, własny kąt, z którego mogę wystartować. Kiedyś Zbyszek Zapasiewicz, z którym spotkałem się w radiu, spektakl reżyserował Andrzej Rozhin, powiedział, że jestem dobrym partnerem. Zapytałem: dlaczego? Na czym to polega? – Ty umiesz słuchać – odpowiedział. Tak, to jest mój walor. Nie tylko umiem słuchać, ale lubię słuchać. Jestem człowiekiem słuchającym. Zadając pytania słucham odpowiedzi. Zadaję pytanie nie po to, żeby kogoś uwodzić, kokietować, czarować, ale aby się dowiedzieć”. Kiedyś Andrzej Falkiewicz wysłuchując jego narzekań, wahań, wątpliwości i rozterek, powiedział mu: „Henryku, a ty a ty zerknąłeś tam do siebie u siebie? Może ty jesteś pozamykany? Może trzeba się otworzyć?” To w nim pozostało. Trzeba się otworzyć… Zawsze, na każdą rolę. I szukać odpowiedzi na pytania. W sobie, w życiu, w innych ludziach. To otwarcie się oznacza też poszukiwanie w każdej postaci czegoś dobrego. Także np. w Stalinie. „Nie zakładam z góry, że zagram Stalina broniąc go. Przychodzi nagle moment, gdy szukam motywacji, uzasadnienia działania postaci. To coś dobrego, bo przecież nie ma ludzi tylko złych, często jest gdzieś na samym dnie. I mnie właśnie to interesuje, to, co na dnie. Także w ludziach.” Szukanie człowieka. Jak wołał niegdyś André Malraux: „odnajdźcie człowieka wszędzie tam, gdzie znaleźliście to, co miażdży”. Jak w Stalinie czy Hitlerze odnaleźć człowieka? „W pytaniu dlaczego. Dlaczego dla Stalina ludzie znaczyli tyle, co mięso? Jak próbować zrozumieć człowieka, który z podrzędnego urzędniczyny nagle stał się ojcem narodu – z akcentem na „ojciec” – i jak on ten swój naród traktował? Co było przyczyną? Tu szukam odpowiedzi na to pytanie. Coś musiało się stać – jakieś skrzywienie w jego wnętrzu, w jego osobowości, że tak postępował, jak postępował. Co skrywał? Czy złym człowiekiem stał się w dzieciństwie? I jak to się stało, że tak go wypaczyło? Bycie aktorem dla mnie ma sens, gdy rzeczywiście się sięga głębiej niż można” – odpowiada aktor. Tak, tylko w teatrze można pokazać, unaocznić niemożliwe.

Justyna Hofman-Wiśniewska

Dodaj komentarz