Jestem kundlem – rozmowa z SZYMONEM SZURMIEJEM

Upalny letni wieczór, przytulna sceneria Teatru Żydowskiego i dyrektor Szymon Szurmiej szukający odrobiny chłodu w kolejnych pomieszczeniach. Siadamy przy stoliku i zastanawiam się, o co można zapytać człowieka, który skończył 90 lat, z czego większość na scenie, i o teatrze wie niemal wszystko. Z jednej strony pytania cisną się na usta, z drugiej jest pewna niezręczność w ich zadawaniu. Bo czy nie brzmi infantylnie pytanie o podsumowanie? Ale na tym mi zależy. Chcę poznać refleksje człowieka, który widział i dotykał przemian w teatrze przez niemal stulecie…

Jak się czuje jubilat?

Siedziałem na tym jubileuszu i zastanawiałem się, o kim oni mówią te wszystkie piękne słowa. Czułem się zupełnie obcy. Gdy wynosili pod niebiosa, przez cały czas chciałem się zapytać, o kogo tu chodzi.

Ma Pan 90 lat i ciągle aktywnie uczestniczy Pan we wszystkich projektach teatru. Jak Pan to robi? Nie jest Pan zmęczony?

Podczas pracy, w ferworze, to człowiek się nie zastanawia jak. Potem dopiero przychodzi jakieś zmęczenie. Ale wchodzę na scenę i wszystko mija. Jest jakaś magia w otoczeniu, scenie, ludziach, która nie pozwala na myślenie o zakończeniu pewnych rzeczy. Wiele razy już myślałem: „odpocznę”, ale odpoczynek od teatru odnosi u mnie zupełnie odwrotny skutek. To stres. Nawet teraz siedzę nad widowiskiem muzycznym „Powróćmy jak za dawnych lat”.

Obserwował Pan teatr przez 90 lat. Ma Pan bardzo szeroką perspektywę. Co się w teatrze zmieniło przez ten czas?

To jest piekielnie trudne pytanie. Bo czasami historia zatacza koło. Nie chciałbym jednoznacznie określać, co było dobre, a co złe. Ale boli mnie też takie odżegnywanie się od tego, co było. Spotkałem się z grupą bardzo młodych kolegów, którzy zachowują się tak, jakby niczego nie było do tej pory, tylko oni w tej chwili. A ja pamiętam powiedzenie mędrca żydowskiego: „wszystko już było”. Był także okres pojedynczego rozkwitu eksperymentu, to nie jest wymysł dzisiejszych czasów.

Co się zmieniło, hm… Miałem przyjaciół, których już nie ma. Byłem w bardzo dobrej komitywie z Konradem Swinarskim. Nie widziałem jego „Dziadów”. Marzę, żeby ktoś to wystawił. Nie tak jak on oczywiście. Ale tego nie doczekam.

W ogóle spotkałem w życiu wielu znakomitych ludzi teatru. Zwłaszcza we Wrocławiu, gdzie zaczynałem. Na moje szczęście był to teatr zesłańców. Jeśli ktoś coś przewinił, był wysyłany do Wrocławia. Reżyser i dyrektor – Wilam Horzyca, były poseł na Sejm. To on Schillera wyciągnął z więzienia. Wierciński. I zespół: Barbara Krafftówna, Ewa Krasnodębska, Karczewski. Cała grupa wielkich aktorów zesłanych – tych, co grali w teatrach polskich za okupacji. W tym tyglu zaczynałem swoją pracę. Patrzyłem, jak pracują starzy mistrzowie. Podziwiałem i uczyłem się. A dziś pełno takiego rozszczekania i pewności, że to, co proponują, jest najlepsze. Przyszedł do mnie młody chłopak, na pewno zdolny reżyser – zaczął mi opowiadać o kabale. Jest to dziedzina akurat przeze mnie bardzo znana i lubiana. Widzę więc, że on ją ledwie liznął, a to przecież nie jest taka łatwa zabawa. Przeszedł się parę razy z szaliczkiem i mówi: – Ja mam sztukę. 21 pytań. I na te pytania trzeba będzie odpowiedzieć. Mówię, żeby mi zostawił, a ja zobaczę, co to jest. Po tygodniu przychodzi, więc pytam: – Dobrze, to są pytania do publiczności. Sztuka pytań. A jak to widzisz w sensie inscenizacyjnym?. – To ja odpowiem panu za tydzień. Dzwoni do mnie po tygodniu: – Ma pan rację, to do dupy jest.

Jakby jakaś fala zmyła wszystko. A ja wciąż czekam na aktualne do obecnej sytuacji (choć można powiedzieć, że to ja jestem kabotynem) „Wesele” Wyspiańskiego. I chyba poczekam, bo albo się boją kolegów, albo nie mają pieniędzy na większe widowiska.

Ale myśli Pan, że dziś „Dziady” Dejmka mogą wywołać jeszcze poruszenie?

A dlaczego nie? Czy komercja zabiła już wszystko? Nie jestem oczywiście ślepy, widzę, jak to w tej chwili wygląda i boli, że nie można sobie pozwolić na to, co się chce zrealizować, bo pojawia się natychmiast pytanie: „a ile to będzie kosztowało?”. Jednak konsekwencje tego oczywiście są. Wraz z kryzysem finansowo-politycznym wchodzi kryzys sztuki. I to są smutne refleksje z tych lat. Może ja za długo istnieję, w związku z tym za mną chodzi cały okres doznań, dokonań przedwrześniowych. Wspominam tych, którzy starali się pokazać coś innego. A w tej chwili mi tego brak. Z tym że ja nie chcę nikogo osądzać.

Coś Pani opowiem. Mnie oblano na egzaminach za reżyserię. Oblał mnie późniejszy mój przyjaciel, prof. Bohdan Korzeniewski. Ja wtedy już byłem reżyserem w Teatrze Polskim, już wystawiałem sztuki, już złapałem kilka recenzji i byłem taki dumny i blady. Na egzaminie w komisji siedział także prof. Bardini. I wtedy Korzeniewski zadał mi takie pytanie: – Panie Szymonie, z pewnością mi pan powie, kiedy była bitwa pod Dubienką? A ja przyszedłem z Czechowem… Wyjąkałem tylko: – Panie profesorze, zdaje się, żeśmy tam trochę w dupę dostali. Jeśli jednak będę chciał wiedzieć, kiedy była bitwa pod Dubienką, to ja sobie zajrzę do encyklopedii. – Więc niech Pan idzie, zajrzy do encyklopedii i przyjdzie, jak już będzie wiedział. I myśli pani, że to mi nie pomogło? To, że siedziałem, kułem, czytałem? Zresztą załatwił wtedy nie tylko mnie, ale i Hanuszkiewicza.

Dziś z perspektywy dochodzę do jednego wniosku. Choć może naiwne jest to, co teraz powiem – sztuka nie ma ani początku, ani końca. I nie jest to odkrywcze. To nie prawda, że na „tym” coś się skończyło, a „to” było złe czy dobre. Zastanawiam się tylko, co dalej? Nie ma też przecież w ogóle krytyki teatralnej. Krytycy, nawet kiedy nie mieli racji, byli potrzebni. Pamiętam jak Janek Kott napisał recenzję „Matki Courage” Brechta w reżyserii Idy Kamińskiej. U Idy to matka w chusteczce, idąca potulnie za tym wozem, z dzieckiem niemową – anty-Brecht kompletnie. Chciała usprawiedliwić markietantkę, która żyła przecież z wojny. I wtedy Janek napisał: „Żydowska matka Courage”… Dla niego była taka „żydowska”, to znaczy taka nieszczęśliwa w tym wszystkim. A jednak to byli krytycy, którzy naprawdę mieli fundamentalną wiedzę. Dziś jest tylko powierzchowność i arogancja.

To też jest efekt pewnej rzeczywistości. W szkołach teatralnych nie ma dziś zajęć w teatrze. To jest morderstwo! Powtórzę z mocą – to jest morderstwo! Szkolą prywatnie ludzi, a nie otwierają teatrów. Ja mam cały stos podań o staże, praktyki w teatrze. Rynek jest, jak się mówi w kapitalizmie, przesycony. Białystok, Poznań, Gdańsk, wszędzie prywatne kursy aktorskie. Trzeba się zastanowić, kierujący całym tym aparatem kultury, gdzie my idziemy, co jest potrzebne i w jaki sposób to rozpocząć. Obserwuję to na co dzień i jestem naprawdę przerażony, że ci młodzi ludzie nie mają żadnej pracy, nie mają żadnego oparcia. Chodzą od jednego teatru do drugiego, od jednej instytucji do drugiej. I ta powierzchowność. Bardzo tęsknię za wybitnymi inscenizacjami.

Opowiem Pani bardzo ciekawą historię, co znaczy czasem intuicja i krytyka. Wystawiłem w teatrze we Wrocławiu „Makbeta”. Dekoracja – maszyna do grania. I schody ruchome, które szły aż do góry wraz z popełnianymi zbrodniami. Z chwilą wejścia na szczyt, władca spada w finale dramatu. Przyszedł cenzor, krytyk teatralny i powiedział: – Zdejmujemy sztukę. – Ale czemu, co się stało? – Już ty nie bądź taki cwany. – Jak to? Nie rozumiem. On był mądrzejszy ode mnie i stwierdził, że to o Gomułce. Odczytał to jako aluzję do kolejnej odnowy, frakcyjnych walk o panowanie. Swoją drogą tak się skończyło z Gomułką. Te schody władzy, one stały się symbolem. Nie pomyślałem nigdy o tym.

Który z tych licznych przystanków w życiu uważa Pan za najważniejszy?

Wrocław. Tam miałem do czynienia z prawdziwymi aktorami, wielkimi aktorami: Ewa Krasnodębska, Stanisław Jasiukiewicz, Halina Mikołajska, Ignacy Machowski, Stanisław Zaczyk, Ludwik Benoit. To była dla mnie nauka zawodu. Poza tym ten przystanek był dla mnie tak istotny, bo coś nam się chciało. Na przykład: siedzieliśmy z grupą przy stoliku i kombinowaliśmy: – Posłuchajcie chłopcy, nudy na pudy. W tej chwili nie ma nic do roboty, zróbmy jakiś musical. – Z kim? – Pogadam, może ktoś zechce. Wystawiłem „Zemstę nietoperza” bez grosza! Porozmawiałem z dyrektorem opery, on spojrzał na mnie jak na wariata. Czasem szaleństwo jest potrzebne obok talentu. Pogadałem i wystawiliśmy. Tańczyli u mnie Witek Gruca i Baśka Bittnerówna. I to za darmo…

Kultura na szczęście nie była aż tak mocno naciskana w PRL-u. Choć pamiętam, jak minister Sokorski wystąpił z przemówieniem, na czym polega realizm socjalistyczny i dlaczego tylko on jest dozwolony, a wszystko inne jest zakazane. I dawał przykłady – Xawerego Dunikowskiego, wybitnego rzeźbiarza siedzącego wówczas na widowni. Przedmiotem krytyki była jego rzeźba górników w Katowicach. Twierdził, że autor jest formalistą itp. Dunikowski wpadł na scenę i zapytał: – Panie ministrze, czy pan wie, kto to był Rodin? – Oczywiście! Wybitny rzeźbiarz. – A czy pan wie, kto był wtedy ministrem? – Nie. – No widzi pan. O panu nikt nie będzie pamiętał wówczas, gdy o mnie będą mówili wszyscy. I zszedł ze sceny. Artyści mieli wtedy odwagę postawić się władzy. A dziś jest myślenie „business is business”.

Jednak można dostrzec i pozytywne zjawiska. Norwida grają po 30 latach.

U Żydów jest taka powiastka, że Mojżesz udał się do gorejącego krzaka, aby porozmawiać z Bogiem i zostawił naród ze swoim bratem, Aaronem. I gdy wrócił z czterema tablicami, zastał naród modlący się do złotego cielca. Wtedy roztrzaskał dwie. Tak patrzę na tę przypowiastkę w tej chwili bez przerwy widzę tego złotego cielca. Każda złotówka się liczy. I ten pęd.

Sam też muszę myśleć, co dalej robić, bo mi brakuje na realizację. A ja mam dość trudny teatr. Jest to w tej chwili jedyny teatr na świecie, który przekazuje przesłanie ”tego narodu nie ma„. Bo naród żydowski w Polsce nie ma nic wspólnego z Żydami w Ameryce czy innymi. Ta silna więź to efekt specyfiki obydwu narodów, bitych ze wszystkich stron. Polska była rozrywana z jednej i drugiej strony, dlatego była tolerancyjna wobec tych, którzy mieli podobne przejścia. W innych krajach Żydzi wtopili się w kulturę danego kraju, a tu bardzo wyraźnie w niej współuczestniczyli. Współtworzyli. Bez Tuwima czy Słonimskiego, o ileż uboższa byłaby kultura polska. Polscy Żydzi w różnych dziedzinach – nauce, sztuce, biznesie budowali Polskę. I czuli się z Polską bardzo związani. Pamiętam, jak spotkałem się w Kanadzie z Singerem. Spytał, jak wyglądają Nalewki. – Mistrzu, Nalewek już nie ma, odpowiedziałem. Oburzył się okrutnie. – Jak to nie ma, co mi za głupoty opowiadasz. Więc ja mu zacząłem opowiadać o Nalewkach, które on opisał. Jaki był szczęśliwy. On mentalnie nie wyjechał z Polski nigdy.

Jak powiedziano przy nim, że żydowska kultura jest martwa, on zaprzeczył! Powiedział, że jest to kultura umarłych. A ja to z czasem poprawiłem i powiedziałem, że jest to kultura zamordowanych. Przecież apogeum kultury żydowskiej to rok 1939. Wtedy właśnie powstały najznakomitsze dzieła jej twórców. Ta kultura już się nie odrodzi. Trudno jest pracować z taką perspektywą. Jednak pozostaje w człowieku dążenie, aby przekazać ją nowemu pokoleniu.

Dostrzega pan w młodszym pokoleniu potencjał? Jest komu tę misję dalszego kultywowania tradycji powierzyć, kiedy Pan już nie będzie miał sił?

Jak Pani znajdzie kogoś takiego, chętnie go przyjmę.

To nie brzmi optymistycznie…

Bo to nie jest łatwa sprawa. Do mnie przyjeżdżają z całej polski autokary. Z maleńkich miasteczek, bardzo odległych. Pełna widownia. Śmieją się, bawią. Bardzo lubią humor żydowski, który jest taki niedopowiedziany. I może w tym tkwi siła jego rażenia. Na przykład: na synagodze jest napis „wchodzić do synagogi bez czapki, to jest tak samo jak cudzołożyć”. Na drugi dzień ktoś dopisał – „próbowałem jednego i drugiego, kolosalna różnica!” I ten humor trzeba umieć pogodzić ze sprawami naprawdę ważnymi. Teraz przysłali mi informację, że w Kijowie ma być sesja o antysemityzmie. To jest paskudna sprawa, bo dzisiejsze pokolenia niewiele wiedzą o historii. O tym, że w esesowskich oddziałach byli Litwini czy Ukraińcy. Niemcy w niektórych zbrodniach nawet nie musieli brać udziału. Ustawiali całe oddziały SS nie niemieckie. Zamordowali 120 tys. Polaków w moim mieście na Wołyniu. Nie chcę być prorokiem, ale z niepokojem patrzę na odradzanie się nacjonalizmu. W dodatku przykrytego patriotyzmem. Uderzające. Wtedy jest mi smutno…

Szukam przez cały czas pewnego usprawiedliwienia dla siebie samego, ażeby odpocząć. Ale nie widzę innego wyjścia, niż stać się tą żydowską matką Courage i ciągnąć ten wózek…

Zarzuca się Panu bardzo często, że Teatr Żydowski utknął w miejscu, że nie idzie do przodu. Jest tylko dla jednej publiczności, ciągle tej samej. Inni tam nic dla siebie nie znajdują.

Ja się nie boję nowości czy eksperymentu. Tylko nie każdy teatr musi być eksperymentalny. Jest jeszcze seks po Bożemu. A misja Teatru Żydowskiego, moja misja, jest jasna. Przekazać kulturę, przekazać historię. Pokazać, że było coś wcześniej. Ja jestem uparty. Ja jestem kundlem. Ojciec Polak, matka Żydówka, zamordowana właśnie na Wołyniu. Wyrosłem na Wołyniu, w wielokulturowym tyglu. Znam język rosyjski, ukraiński, polski, żydowski i niemiecki. Te języki, zmieniały się tam w rozmowie co piętnaście minut, w zależności od tego, z kim się rozmawiało. Wszyscy tam się szanowali, dbali o swoje święta. Ta wielokulturowość, w której wyrosłem, nie była bez znaczenia dla decyzji o zostaniu dyrektorem Żydowskiego.

Tak było i jest, że nie wszystkim się to podoba. Po spektaklu „Dla mnie bomba”, w którym śpiewam piosenkę laureata Tworek (napisał Tuwim), kończąc, odwracam się, a z tyłu mam napis „ojciec dyrektor”, przyszedł do mnie jeden pan w wieku 40 lat i mówi: – My pana bardzo lubimy, pan jest porządnym człowiekiem. Niech pan zdejmie tę koszulkę. – Dlaczego? – Bo my lubimy ojca Rydzyka. – Ale nie pozwalacie, abym ja go nie lubił.

Odwraca się wszystko bardzo nieciekawie. A jeżeli ktoś mówi, że nie było Polski, że dopiero teraz się ona zaczęła, no to wtedy się wkurzam do imentu. Tak nie można. Na takich strunach grać nie można. Ten, kto nie myśli o przeszłości, nie ma prawa na przyszłość!!! Olbrzymie wartości w ten sposób giną.

Czy Pan jest spokojny myśląc o Teatrze Żydowskim? Bo przyjdzie taki moment, kiedy stwierdzi Pan, że jest zmęczony i ma dość.

Boję się nawet nad tym zastanawiać. Boję się spojrzeć w dal. Nie ma sensu w tej chwili się nad tym rozwodzić, bo człowiekowi robi się smutno. Zaczyna myśleć: „po co ci, na co ci, a mogłeś się tak urządzić”…

Kim jest zatem Szymon Szurmiej dzisiaj?

Sztukmistrzem…

Czyli dalej kabała?

Tak jest.

A czy zostało jeszcze coś do zrobienia?

Gdybym nie miał, to bym był już na emeryturze. Przecież mogłem się urządzić zupełnie inaczej. W sensie materialnym. Może pani uwierzyć lub nie – ciągle tłumaczę, że pieniądze po tamtej stronie nie chodzą. W związku z tym nie mam tego pędu. Ale z drugiej strony przyglądam się kolegom, którzy się wygodnie usadowili i nie interesuje ich to, o czym my cały czas rozmawiamy. Odpowiadają – daj mi spokój, ja mam pieniądze, ja gram, ja nawet prowadzę teatr. Taka żądza wygody, ustabilizowania się. U nas dzieje się to, co od dawna obserwujemy w Stanach Zjednoczonych. Albo się ten wózek ciągnie, albo się ginie i do widzenia. Z tym że znalazł się piekielny przeciwnik dla rozwoju sztuki – telewizja. Sitkomy pochłaniają gospodynie. I wyznaczają nową „jakość”, bo ludzie tam są zupełnie nie przygotowani do grania. Następuje takie uproszczenie wszystkiego. Jak pytam kolegów, czemu to robią, słyszę, że mają dom do postawienia. Że liczy się oglądalność.

Ale wracając do pytania, co mam jeszcze do zrobienia – chcę zrobić tryptyk. Znalazłem książkę niejakiego pana Grzeli, „Bagaże Franza K. – czyli podróż, której nigdy nie było” [Remigiusza Grzeli, dop. red.]. Chciałbym ją zrobić. „Kafka tańczy” jest pierwszą częścią – dotyka przemiany człowieka w potwora. Druga to właśnie wspomniana książka, a trzecia, to zrobiona dla mnie przez Petera Steina inscenizacja „Procesu” – najważniejszej dla mnie jego książki.

O! I takie mam jeszcze marzenia. Aby jeszcze to zrobić…

 

To jeszcze bardzo ambitne marzenia. Będziemy w takim razie kolejne jubileusze na scenie długo obchodzić. Jest jeszcze tyle do zrobienia…

Dużo jeszcze do zrobienia… Dużo…

 

Rozmawiała: Katarzyna Michalik-Jaworska

Dodaj komentarz