Sześć papierosów z tajemnicą

„Wraki” w reż. Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej w Teatrze WARSawy w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

Tyle właśnie papierosów wypali owdowiały Edward Carr, aby opowiedzieć historię swojego życia i miłości. Od lat nie może się pozbyć nałogu, ale na raka umarła jego ukochana żona Mary-Jo. Zaiste. Nie przypadkiem pojawiło się tu stówko „zaiste” – bohater bowiem często je powtarza, kiedy z pewną dozą ironii odnosi się do obyczajów funeralnych. Sam zachowuje się powściągliwie. Ale to nie znaczy, że żegna się z ukochaną żoną, starszą od niego o 15 lat obojętnie. To była prawdziwa, namiętna miłość, trwający ćwierć wieku związek, owiany tajemnicą, która wychodzi na jaw pod koniec spowiedzi Carra. Wtedy uwalnia się od ciężaru, który przytłaczał ich oboje przez tyle lat.

 

Spektakl zaczyna się już w holu byłego kina Wars, gdzie królują ołtarzyk pożegnalny z fotografią Mary-Jo i urna z prochami. Między widzami przechadza się Jacek Poniedziałek – w przepisowym czarnym garniturze, w czarnych lakierkach i ciemnych okularach. Widzowie, nieco zdezorientowani, pytają, kto to umarł, ale po chwili wątpliwości się rozwiewają, bo przed urną stoi tabliczka z datami urodzin i śmierci – ta ostatnia data to rok 2015, a więc w porządku, czas przyszły, jesteśmy w teatrze. Kiedy jednak Jacek Poniedziałek zapala po bokach ołtarzyka dwa znicze, ludzie poddają się sile rytuału i zatrzymują w milczeniu, aby po chwili wejść do dawnej sali kinowej. Wystarczyło kilka zabiegów, aby nadać wnętrzu charakter domu pogrzebowego – widownia została odwrócona i teraz publiczność siedzi tyłem do ekranu, mając przed sobą pustą przestrzeń, zamkniętą ciemną ścianą z dyskretnie powieszonymi krzyżami, wieńcem i rzędem kilku ciemnych krzeseł. W tym pustym wnętrzu – Edward Carr, współwłaściciel firmy wypożyczającej używane samochody, tytułowe wraki, którymi może byli/są/mogli być również jego ukochana i on sam, porzucony przez matkę jako niemowlę, tułający się po rodzinach zastępczych, współczesny Edyp szukający matki i swojej przystani.

Opowieść bohatera rozwija się powoli i bez objawów emfazy. Edward przygotowuje się do mowy pożegnalnej. Opowiada o swoim życiu zwyczajnie, niemal bezkolorowo. Nawet cierpienia dziecka pozbawionego ciepła domu rodzinnego nie stają się powodem szczególnego rozżalenia, jedynie odejście żony pozostaje trudną do przebolenia stratą. Carr wspomina wspólne chwile, gestami przywołuje np. intymny taniec z ukochaną. Mimo oszczędności środków, swego rodzaju wyciszenia i subtelnych zmian w linii emocjonalnej aktor przykuwa uwagę, pobudza emocje i wyobraźnię. Prawdziwie wzrusza, kiedy opowiada o pewnym pogodnym wtorku, dniu, w którym odeszła Mary-Jo, wyznając wreszcie swoją tajemnicę i znajdując pojednanie z prawdą.

Chociaż dobiegają nas tony melodii pożegnalnych, opowieść tchnie mimo wszystko optymizmem – jest wyznaniem wiary w ocalającą siłę miłości, bez względu na to, kogo ona połączy. To także przestroga przed roztrwonieniem rzadkiej szansy, jaka bywa nam dana, kiedy można żyć pełnią życia, kochając i będąc kochanym. Współczesny Edyp nie spróbuje w rozpaczy wyłupić sobie oczu. Przeciwnie, zdejmie ciemne okulary i będzie patrzył nam w oczy bez lęku. Zaiste.

„Pięć papierosów z tajemnicą”
Tomasz Miłkowski
Przegląd nr 29/15.07
16-07-2013

Dodaj komentarz