„Martwa natura w rowie” na deskach Sceny na Woli

Teatr Dramatyczny jest niezwykle płodny w tym sezonie. W sobotę, 15 czerwca 2013 r., na Scenie na Woli odbyła się premiera „Martwej natury w rowie” Fausto Paravidino w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej.

Teoretycznie banalna, prosta historia kryminalna. Małe, spokojne prowincjonalne miasteczko, w którym na ogół nie dzieje się nic. To powolne miejskie tętno podnosi trup. Ciało młodej kobiety znalezione w rowie. Postacie, które zastajemy w oparach krążącego jeszcze w żyłach po intensywnej sobotniej nocy alkoholu, półprzytomne, nagle zaczynają wykonywać chaotyczne, nieprzemyślane, konwulsyjne niemal ruchy podszyte strachem. Świat realny zatraca się z tym na pograniczu szaleństwa i lęków. Szemrane typy, narkomani, dealerzy, prostytutki. I w tym, rzecz jasna, inspektor – skuteczny, władczy, trzymający rękę na pulsie i mający wszelką kontrolę nad tym przestępczym światkiem. Morderstwo budzi jego niepokój – czegoś nie dopilnował. „Gdzie byłem?” – zadaje sobie pytanie, przenosząc ciężar odpowiedzialności za zabójstwo na swoją osobę. Sprawa musi więc być pilnie rozwiązana. I nie wynika to wyłącznie z ogromnego zainteresowania nią mediów.

Presja czasu, brak snu, choroba wrzodowa, wszystko to predestynuje do tego, aby to on zniósł granicę ścierających się światów, a tymczasem jest jedyną postacią doskonale je odgradzającą. Wskazującą właściwe miejsce każdego z bohaterów. „Tak bym chciał, aby ta sprawa była typową. Aby okazało się, że oni niszczą się tylko w swoim środowisku, że to nie wykracza poza świat grupy ryzyka”. I poniekąd ma rację. Odziera bohaterów z powierzchowności, w którą chcielibyśmy ich ubrać. „Martwa natura w rowie” jest rodzajem lusterka przystawionego rzeczywistości. Uświadamia nam, jak bardzo nasze myślenie jest zarażone schematami, które narzuca telewizja. Sztuka gra z tymi schematami, z konwencją serialu kryminalnego – mówi reżyserka Małgorzata Bogajewska.

Scena symbolicznie podzielona taśmą policyjną. Dwa plany, dwa światy – ten uporządkowany, przyczynowo-skutkowy, moralny, z którym się identyfikujemy, i ten drugi, nieco obłędny, odległy, świat szumowin i „szaleńców”. Tylko jedna postać trwa konsekwentnie w tym pierwszym, choć otępiała z bólu wydaje się w nim zatracać. Przekracza taśmę dopiero, gdy powoli dochodzi do prawdy i okazuje się być równie winną jak pozostali. Winną zaniedbania wychowania córki. Wszystkiemu towarzyszą nieme lub szyderczo chichoczące postacie z zajęczymi głowami. Każda z tych postaci może w dowolnym momencie zdjąć maskę. Każdy może maskę przywdziać. Każdy, poza inspektorem Salti, co ponownie zwraca uwagę na szczególny charakter tej postaci w sztuce i jego kontroli nad przenikającymi się światami. Po rozwiązaniu sprawy świat wróci na nowo w swoje wyznaczone tory. „Nic tu się nie zmieni. Ot, jedna matka będzie żyć bez córki. Widzimy moment wycięty z rzeczywistości, gdzie granica między tym, co realne, żywe, przewidywalne, oswojone, a tym, co jest śmiercią, światem wyjętym z lęków dziecięcych, podszewką życia, na moment się zaciera” – mówi o spektaklu Małgorzata Bogajewska.

Dwojakie są również sposoby narracji w sztuce: bieżący tok akcji i stop klatka z aktorem komentującym zatrzymany kadr. Symbolika miesza się tu z obskurną. Wulgarny język naturalnie wpisuje się w akcję, jednak miejscami nie ma dla niego żadnego logicznego wytłumaczenia. Jestem zwolennikiem teorii towarzyszącej konfliktowi krytyków o Luisa Buňuel’a, że okrucieństwo w sztuce powinno być w pełni uzasadnione inaczej pozostaje wyłącznie okrucieństwem. I w tym przypadku dotykamy dokładnie tego samego problemu.

Aktorsko spektakl jest dobry, utrzymany na równym poziomie, bez szczególnych objawień. Ale i gatunek kryminału nie daje specjalnie takich możliwości. Wielbiciele twórczości Quentina Tarantino czy Guy’a Ritchie mają możliwość skonfrontowania powodzenia ulubionej formy w teatrze żywego planu.

Katarzyna Michalik-Jaworska

 

 

 

 

Dodaj komentarz