33 Warszawskie Spotkania Teatralne, czyli co rozczarowało, co uwiodło

Wybrzmiały 33 Warszawskie Spotkania Teatralne. Zakończył je spektakl Titus Andronicus Szekspira w reżyserii Jana Klaty.

Jest to przedstawienie bardzo nierówne. Są w nim sceny wspaniałe, wzruszające, robiące wrażenie na widzu i trywialne, płaskie, by nie powiedzieć – prostackie.

 

Taką wielką sceną jest ta rozpoczynająca inscenizację, gdy – przy wtórze zapierającej dech w piersiach muzyki – główny bohater wnosi na scenę 21 czarnych skrzyń. To trumny, w których spoczywają ciała jego synów zabitych na wojnie. Mistrz ceremonii pogrzebowej odlicza kolejną ofiarę – liczba wyświetla się na ekranie. Po złożeniu ostatniej skrzyni-trumny, licznik odlicza jak oszalały – setki, tysiące, miliony…
Ta scena staje się wielką alegorią śmierci niezliczonych zastępów żołnierzy ginących w niezliczonych wojnach, które ludzkość prowadzi od jej początków.

 

Titus Andronicus – historia wielkiego wodza, który zwyciężył Gotów, wziął ich w niewolę, a potem odmówiwszy przyjęcia tronu cesarza Rzymu, padł ofiarą okrucieństwa swoich wrogów – jest dla Klaty pretekstem opowiedzenia o przemocy wojny, o wyzwalaniu przez nią zła zarówno w zwycięzcach, jak i zwyciężonych. Ale staje się też sposobem na wpisanie w nią ułamka historii niemiecko-polskiej.
Titus…
powstał we współpracy wrocławskiego Teatru Polskiego i Staatsschauspiel w Dreźnie. Rzymian grają aktorzy niemieccy, Gotów – polscy. Już kostiumy zdają się określać ich charakter, kulturę, duchowość… Niemcy-Rzymianie noszą ciemne spodnie, wojskowe oficerki i białe t-shirty z nadrukiem m.in. najbardziej wstrząsających fotografii z czasów II wojny światowej, np. hitlerowskie wojska niszczące szlaban na granicy polsko-niemieckiej we wrześniu 1939 roku, czy rozstrzelanie matki z małym dzieckiem na ręku.
Polacy-Goci noszą krzykliwe, pseudohawajskie koszule i dresowe tandetne spodnie. Podczas czytania listu od Adronicusa, którego Goci nie rozumieją, reżyser pokazuje ich jako ludzi prymitywnych, chamskich, plugawych w zachowaniu. I to jest jedna ze scen, o których wspominaliśmy – zbędna i trywialna.
Wydaje się, że słabością spektaklu Klaty jest nadmierna liczba sensów i znaczeń, które stara się wpisać w tragedię Szekspira. Widz gubi się w tej symbolice, zaczyna być znużony rozgrywaniem niektórych scen, m.in. wspomnianej – czytania listu. Zdaje się jakby reżyser nie całkiem ufał tekstowi tragedii Szekspira, dlatego stara się go „uatrakcyjniać”, „podrasowywać”. Ma także problem czy tworzyć z tragedii Titusa uniwersalną historię o ludziach uwikłanych w wojnę, czy zawężać ją do opozycji, która stworzyła się z racji spotkania aktorów niemieckich, posługujących się swoim językiem, i polskich, mówiących swoim… Może dlatego jego inscenizacja traci rozmach i jasność przesłania.
Realizacja Titusa Andronicusa Jana Klaty to jedno z naszych największych rozczarowań tegorocznych 33 WST. Zwłaszcza kiedy ma się w pamięci jego fenomenalną Trylogię.

Ludzie marionetki
Przedstawieniem niesatysfakcjonującym jest także Wiśniowy sad (Teatr Polski im. H. Konieczki, Bydgoszcz). Jego reżyser, Piotr Łysak, nim aktorzy weszli na scenę, już obwieścił widzom – poprzez scenografię (świetną, autorstwa Barbary Hanickiej) – że oto znajdujemy się w miejscu, w którym coś się skończyło, przestało funkcjonować…

Scenę ograniczają dwie zbiegające się ściany z dużą liczbą drzwi. Na środku, tego swoistego korytarza, ustawiono stos krzeseł – jedne na drugich, jakby miano je za chwilę wynieść…

To odczucie rozpadu, zakończenia czegoś przypieczętowuje pojawienie się bohaterów. To nie są ludzie z krwi i kości – aktorzy grają raczej informację o nich – są śmiesznymi figurami, prawie marionetkami. Nie prowadzą rozmów, tylko wygłaszają swoje kwestie. Nie słuchają się nawzajem. Nie prowadzą ze sobą rozmów, są obok siebie… Najwyraźniej widać to w scenie, gdy Jepichodow próbuje wytłumaczyć Lubow Andrejewnej Raniewskiej, tragiczną sytuację ekonomiczną jej i rodzinnego majątku. Ona w czasie jego wykładu jest mocno zajęta zabawą, w którą z bratem igrali w dzieciństwie. Nie dociera do niej ani jedno słowo.
Raniewska w przedstawieniu Łysaka jest nierozsądną trzpiotką, kobietą niezdolną do głębszej refleksji, bez empatii, raczej mało przejętą swoimi bliskimi.

Grająca ją Anita Sokołowska dobrze wywiązuje się ze swojego zadania, tyle że to nie ona powinna odtwarzać Raniewską. Nie dlatego, że jest złą aktorką. Przeciwnie. Bardzo cenimy jej dokonania na bydgoskiej scenie, łącznie z monodramem poświęconym poetce Marii Komornickiej.
Anita Sokołowska jest do roli Lubow Andrejewnej za młoda! Obsadzając ją w roli głównej bohaterki, reżyser wypaczył wymowę dramatu. Tragedią Raniewskiej, jaką nakreślił Czechow, jest jej wiek. Lubow Andrejewna jest z innej epoki, która właśnie mija. Ona tego nie zauważa. Więcej, nie rozumie, że nadchodzi nowy czas, a ona do niego nie przylega, nie jest przygotowana na zmiany, nie rozumie nowego ekonomicznego myślenia. W dodatku rolę Łopachina też gra młody aktor (Piotr Stramowski). W zderzeniu z młodą Raniewską nie stwarza się żadna opozycja, kontrastująca młode pokolenie ze starszym… Dramat Raniewskiej nie wzrusza, zmarnowane życie jej bliskich nie wzrusza. Nie żałujemy ich, bo – jak pokazują swoją postawą – nie zasługują na współczucie.

Oczarowanie
Serce wciąż bije nam szybciej natomiast, na wspomnienie tragedii króla Leara, wyśpiewanej przez Teatr Pieśni Kozła (Wrocław).
Jego Pieśni Leara, ktoś z teatromanów nazwał „czarnym koniem” tegorocznych WST. I miał rację. Ten spektakl całkowicie zawładnął widzami. Jego reżyser, Jacek Bral, prowadzi nas przez życie słynnego króla i jego córek – przez pychę, dumę, miłość, rozpacz, bezradność, nienawiść, upadek, klęskę, śmierć. Wszystkie te uczucia oddają aktorzy wyłącznie poprzez śpiew lub melorecytację.
Jest ich dwanaścioro – sześć kobiet i sześciu mężczyzn. One w czarnych sukniach, oni w czarnych koszulach i spodniach. Siedzą półkolem na czarnych drewnianych krzesłach. Jedno z nich podaje ton pieśni, który podchwytują inni. Soliści wychodzą na środek sceny. Czasami dołącza brzmienie prostych instrumentów, pojawia się też ruch, który jest nie tylko rodzajem akcji scenicznej, ale także dodatkową melodią, rytmem spektaklu, sugestywnym środkiem wyrazu.
Wrocławski zespół funkcjonuje jak najprecyzyjniejszy mechanizm. Ich skupienie jest wprost niewiarygodne, bo brzmienie pieśni musi być tak czyste, tak wyraźne w melodyce, dramatyzmie, emocjach, że chwila nieuwagi sprawiłaby, iż cały spektakl runąłby jak kostki domina.

Owo skupienie udziela się publiczności. W czasie trwania przedstawienia miało się wrażenie, że widzowie niemal wstrzymali oddech. Ale bo też „Pieśni Leara” niosą emocje, których próżno szukać w innych inscenizacjach Szekspira prezentowanych na tegorocznych WST.

Majstersztyk
To zaś, co uczynił reżyser Mariusz Grzegorzek ze współczesnej sztuki Sarah Ruhl Posprzątane (Teatr im. Stefana Jaracza, Łódź), można chyba bez przesady nazwać majstersztykiem. Łatwo bowiem ten dramat popchnąć w banalną farsę.
Grzegorzek stworzył piękną metafizyczno-alegoryczną opowieść o ludzkich lękach, przed którymi uciekają w obsesyjnie powtarzane czynności; o samotności, tęsknocie za przeszłością, za miłością; o miłości spełnionej, poświęceniu, bez którego nie ma człowieczeństwa, o umiejętności wzniesienia się ponad własny egoizm, o śmierci i pokorze, której nas uczy – słowem – o życiu.

Koncert gry w łódzkiej inscenizacji dają Gabriela Muskała, Marieta Żukowska i Justyna Wasilewska, młoda aktorka (w 2009 roku ukończyła filmówkę), która w podejmowanych przedsięwzięciach zawodowych nie idzie na skróty. W „Posprzątane” dotrzymuje kroku swoim bardziej doświadczonym koleżankom. A nie jest łatwo. Zarówno Muskała jak i Żukowska stworzyły kreacje.

Gabriela Muskała została wyróżniona paroma nagrodami za rolę Virginii w tym spektaklu. Słusznie, bo gra wspaniale. Niemniej nie można przeoczyć – chociaż krytyka chyba trochę nie doceniła – Mariety Żukowskiej jako Lane. Aktorka ma zadanie trudniejsze, bo jej bohaterka jest mniej efektownie nakreślona. Mimo to wnosi do roli całą gamę człowieczych barw. Nawet gdy Lane dowiaduje się o zdradzie męża, aktorka swoją grą ani przez chwilę nie prowokuje widza do taniego współczucia. A jednak wiemy, iż cierpi. Ze sceny na scenę jej Lane nabiera barw i niuansów, staje się coraz bardziej intrygująca. Pięknie zagrana rola.

Rytm hip-hopu
Na wyróżnienie zasługuje też Paw królowej, mimo iż nie jest tak doskonały jak wyżej omówione inscenizacje. Należy mu się jednak dobre słowo ze względu na sprawną robotę reżysera i aktorów.

Czwórka młodych ludzi – dwie kobiety, dwaj mężczyźni – ubrani w białe sportowe stroje (szorty, koszulki polo, trampki) znajdują się w pomieszczeniu o zielonych ścinach z wysoko usytuowanymi oknami i lustrami. Wnętrze przywodzi na myśl blaszany kontener lub łazienkę. Młodzi wydają różne nieartykułowane dźwięki, jakby rozgrzewali aparat mowy. Może i tak jest, gdyż tempo oraz długie tyrady, jakie wygłaszają w rytmie zbliżonym do hip-hopowej piosenki, będące kwestiami spektaklu, wymagają sprawności artykulacyjnej. I kondycji fizycznej. Udaje im się i jedno, i drugie.

Paw królowej (Narodowy Stary Teatr im. H. Modrzejewskiej, Kraków) w reżyserii Pawła Świątka – zrealizowany na podstawie prozy Doroty Masłowskiej pod tym samym tytułem, jak to bywa z dziełami z gatunku groteski, pastiszu – serdecznie bawi. To kpina ze współczesnego szołbiznesu, ze sposobu w jaki zostaje się celebrytą, idolem, kpina z miałkości umysłowej pseudoartystów.

To szyderstwo z mass mediów, a i z portali społecznościowych, które robią ludziom – szczególnie młodym – wodę z mózgu.
Aktorzy spektaklu – Paulina Puślednik, Małgorzata Zawadzka, Szymon Czacki, Wiktor Loga-Skarczewski – celnie trafiają w ten ton ćwierćinteligencki, półknajacki dzisiejszego polskiego szołbiznesu, który wyobraża sobie, że jest elitą, kimś lepszym.

Słuchając opowieści o piosenkarzu i jego perturbacjach życiowo-miłosnych uśmiechamy się z wyższością zadowolenia. Tyle, że gdy wybrzmiewają ostatnie słowa Pawia…, nie wiadomo dlaczego – robi nam się trochę mniej wesoło…
***
Każda edycja Warszawskich Spotkań Teatralnych, od początku ich istnienia, przynosi rozczarowania i oczarowania. I to – o ironio – jest ich solą.
Najbardziej podnieca konfrontacja własnych opinii o obejrzanych spektaklach z opiniami krytyki, które się śledziło, czy nawet z famą, jaką wokół „spotkaniowych” inscenizacji tworzyli ci, którzy mieli szczęście oglądać je w rodzimych teatrach.
Zarówno przedstawienia udane, jak i te słabsze są informacją o kondycji współczesnego polskiego teatru. A ta z perspektywy 33 Warszawskich Spotkań Teatralnych nie jest najgorsza…

Grażyna Korzeniowska

Dodaj komentarz