Fredro idzie na ratunek Teatrowi TV

Jak trwoga to do Boga – Fredro idzie na ratunek Teatrowi TV, który wychwalany na wszelkie sposoby przez kolejnych prezesów telewizji publicznej, ledwie dycha. Wprawdzie nie udało się jeszcze dobić festiwalu Dwa Teatry, ale odbywa się on niemal cudem, bo produkcji telewizyjnych jak na lekarstwo. Wczorajsza transmisja trzech jednoaktówek Fredry z trzech ośrodków telewizyjnych było kołem ratunkowym rzuconym Teatrowi TV, walczącemu o egzystencję.

Oczywiście, czasy, telewizji na żywo, osobliwie premier na żywo dawno minęły, ale jednak – przynajmniej dla widzów – mają niecodzienny smak. Może to ze szkoda dla tzw,. Ostatecznego szlifu technicznego, może przy spiętych nerwach, ale w zamian oferowało to, co w teatrze i telewizji najcenniejsze – naoczność.

 

Fredro się obronił, choć bez modnego dziwaczenia – może najbardziej puszczał oko do nowoczesności Mikołaj Grabowski, ale ze szkodą dla komediowej lekkości Zrzędności i przekory. W trójmeczu Katowice-Kraków-Warszawa opowiadam się za Katowicami (Świeczka zgasła, reż. Jerzy Stuhr) i Warszawą (Nikt mnie nie zna, reż. Jan Englert) za lekkość, finezję, a w Warszawie swobodę w wykorzystaniu obecności widzów, dowcipnie acz nie namolnie w akcję wciąganych. Brawo dla reżyserów, specjalna nagroda za charakteryzację Piotra Adamczyka (Marek Zięba w Nikt mnie nie zna). Brawo też za mówienie wierszem (Warszawa), staranny rysunek wszystkich postaci (Warszawa), a Maciejowi Stuhrowi za przejście z rejestrów odętego mizantropa w zauroczonego czarem spotkanej kobiety mężczyznę.

To był udany wieczór, jak na święto przystało. Wyprawiono bowiem hurtem 60 urodziny TVP i 220 rocznicę urodzin Aleksandra Fredry. Oby tylko Teatrowi TV świeczka nie zgasła.

Tomasz Miłkowski

PS. Moja admiracja dla Nikt mnie nie zna jest całkowicie zrozumiała, co spieszę wyjaśnić. Otóż w warszawskim Liceum im. Tadeusza Czackiego prowadziłem z kolegami teatrzyk, a w nim wystawiliśmy tę komedię z Andrzejem Prusem w roli Marka Zięby. Oczywiście, tamto szkolne przedstawienie, które reżyserowałem, było niezrównane. Mógłbym więc zapytać Jana Englerta jak Kazimierz Dejmek Krystynę Skuszankę, kiedy po premierze Marki za miarkę spytała kolegę Dejmka, jak ocenia jej spektakl i doczekała się odpowiedzi: – A widziałaś moją Miarkę? (obie Miarki miały premiery w pamiętnym roku 1956).

Dodaj komentarz