Ouo vadis, człowieku?

W warszawskim Teatrze Polskim wielkie święto. Na Scenie Kameralnej ożył z wielką siłą gęsty od znaczeń autorski teatrzyk Janusza Wiśniewskiego. Po przerwanej dyrekcji w poznańskim Teatrze Nowym (2010) mogło się zdawać, że teatrowi Wiśniewskiego przetrąciła kręgosłup lokalna władza przy obojętnym milczeniu „centrali”, że to już koniec najoryginalniejszego w Polsce teatru postdramatycznego, naznaczonego tradycją narracji plastycznej, a zarazem poetyckiego teatru wielkich pytań moralnych i metafizycznych. Jednak splot dobrych okoliczności sprawił, że najpierw mogliśmy (i możemy nadal) poddawać się wizji Siedmiu rad dla zmarłych na scenie teatru w Radomiu, a teraz Quo vadis. To świat znajomy, którego rytm dyktuje muzyka Jerzego Satanowskiego i choreografia Emila Wesołowskiego, a kształt plastyczny wiedzie ku obrazom Goyi, Boscha i niemieckich ekspresjonistów.

Ktoś, kto oczekiwał adaptacji dzieła Henryka Sienkiewicza, będzie zawiedziony opowieść pisarza jest jedynie pretekstem i szkicowym zarysem fabularnej ramy powieści, nasyconej nowymi kontekstami i odniesieniami. Rzecz zaczyna się od wielkiej mowy Heroda (prawdziwe studium tyrana Haliny Łabonarskiej), zachwyconego swoim dziełem, po drodze obserwujemy jego nieprawości, śmierć Petroniusza i Eunice, a na koniec św. Piotr (perfekcyjny, zarażający emocjaąWiesław Komasa) oddaje się bezwarunkowo Bogu. To jednak tylko konstrukcja nośna, na której rozpięta jest cała gama wątków, konfliktów, opowieści o samotnym losie człowieka i poszukiwaniach sensu w niezrozumiałym, zwyrodniałym świecie.

Tomasz Miłkowski

Dodaj komentarz