Klemens Krzyżagórski. Wspomnienie

Klemensa Krzyżagórskiego poznałam we Wrocławiu, w czasach, gdy był redaktorem naczelnym „Odry”. Poznałam go dzięki mojemu ojcu, rzeźbiarzowi. O dziennikarstwie mi się wtedy jeszcze w ogóle nie śniło. Od czasu do czasu odwiedzałam Klemensa z ojcem w redakcji, czasami Klemens wpadał do Klubu Związków Twórczych. Pamiętam ich rozmowy, pamiętam spory o sztukę i rzeczywistość. I swoje zasłuchanie w melodię języka. Piękną polszczyznę, którą Klemens posługiwał się nie tylko pisząc reportaże, scenariusze, szkice teatralne, recenzje, ale i po prostu rozmawiając

 

Ogromną miłością darzył teatr lalek, w którym widział nie tylko kwintesencję teatru, ale i rzeczywistości, może nawet życia. Kukły i marionetki fascynowały go w sposób szczególny. Niby martwe, a żywe. Niby lalki, a nie – lalki. Niby nieprawdziwe, a wręcz przejmująco prawdziwe. Kiedyś powiedział: Justynko Roztomiła, pokochaj teatr lalek. On jest najprawdziwszy. W nim widać najwyraźniej i najgłębiej to, co w człowieku jest pięknego i paskudnego. Pokochałam lalki, a Klemens stał się dla mnie kimś niezwykle ważnym. Po prostu wreszcie dorosłam do rozmów z nim. Odtąd zwracał się do mnie Justyno Roztomiła.

Klemens wyjechał do Białegostoku. Ja jeszcze byłam we Wrocławiu. Został redaktorem naczelnym „Kontrastów”, jednego z najlepszych czasopism w tamtych czasach. Zaproponował mi współpracę. Wiedział, że zaczęłam pisać o teatrze, że moje teksty są publikowane. No, to pisałam do „Kontrastów”. O teatrze, o książkach o teatrze. Bywałam w Białymstoku. Właściwie wtedy na dobre uświadomiłam sobie, kim naprawdę był dla mnie Klemens. Jakby drugim ojcem. I takim pozostał do końca. Dlaczego aż tak blisko? Przede wszystkim dlatego, że mogłam na nim polegać jak na Zawiszy, że chciał – a może i potrzebował? – ze mną rozmawiać, że moje życie go interesowało, że łączył nas teatr, zwłaszcza teatr lalek dla dorosłych. Dopiero po iluś latach uświadomiłam sobie, że Klemens w jakimś sensie mnie ukształtował. Nie tylko jako osobę patrzącą tak, a nie inaczej na teatr, ale i w pewnej mierze charakterologicznie. Wpoił mi głęboko bezkompromisowe oddzielanie ziaren od plew, potrzebę posiadania własnego zdania i wyrażania opinii, pewną surowość ocen, ale z odcieniami szarości, potrzebę szukania zawsze nawet w najgorszym przedstawieniu czegoś pozytywnego. Nie namawiał mnie do doszukiwania się czegoś pozytywnego na siłę, ale miał rację, że nigdy nic nie jest do końca absolutnie schrzanione, a za każdym słowem, gestem, myślą w teatrze stoi żywy człowiek. Powtarzał mi zawsze, że jeżeli jako recenzentka wiem lepiej, jak należy zrobić spektakl, to mam go sama zrobić, a nie oczekiwać od obcych i odmiennych ode mnie ludzi, żeby zrobili przedstawienie tak, jak ja bym chciała. Nie chodziło, oczywiście, o żadną taryfę ulgową, lecz o rzetelność, uczciwość, odpowiedzialność za słowo. Recenzja nie ma być popisem twojej elokwencji, dowcipu, złośliwości i wiedzy, lecz rzetelną, odpowiedzialną oceną tego, co zobaczyłaś – podkreślał.

Rozmowy. Wielogodzinne. O wszystkim. O teatrze, o medycynie, o zdrowiu, o przyjaźni, o życiu, o trudnej, szczególnie w ostatnich latach, naszej polskiej rzeczywistości. Za te przegadane godziny, bardzo Ci dziękuję. Wracam do nich jak do myśli najserdeczniejszych, ale i mądrych. Stale w myślach toczę z Tobą spór o teatr, przerzucamy się argumentami, dyskutujemy o książkach o teatrze, które nas poruszyły. Miałeś napisać obszerną książkę o teatrze lalek. Namawiałam Cię do tego, zgromadziłeś dużo materiałów, notowałeś refleksje, przemyślenia albo telefonowałeś do mnie i starałeś się skonfrontować swoje spostrzeżenia z moimi, zderzyć z kimś po prostu młodszym. Przezornie robiłam notatki z tych rozmów. Niestety, odszedłeś i książka pozostała w planach jedynie.

Jakaś cząstka mnie umarła wraz z Tobą. Nie tylko mnie. Gdy zawiadomiłam Profesora Jana Kurowickiego o Twojej śmierci, napisał: Nie wiem, co powiedzieć. Coś mnie ubyło. Gdy zadzwoniłam z tą smutną wiadomością do Krzysztofa Raua, usłyszałam: Jakbym stracił starszego brata… Wiesław Hejno podobnie: Był mi niemal bratem, kimś bardzo bliskim…

Justyna Hofman-Wiśniewska

Dodaj komentarz