Zgoda, a Bóg wtedy rękę poda?

Długotrwałymi owacjami na stojąco przyjęła publiczność premierowa Zemstę Aleksandra Fredry w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego na dużej scenie Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana. Premierą ta wraca Polski do najsłynniejszej naszej komedii, która w tym teatrze w różnych inscenizacjach grana była bodaj 1000 razy, choć, co ciekawe przed rokiem 1983 wystawiana tylko raz, w roku 1919 w reżyserii Aleksandra Zelwerowicza,. Za to począwszy od sławnej Zemsty Kazimierza Dejmka we wspomnianym roku 1983, kiedy to Dyndalski (Bogdan Baer) odczytywał ostatnie zdania o zgodzie, do której na scenie dochodziło, Fredrowska arcykomedia gościła na afiszu Teatru Polskiego jeszcze 3 razy, powtórnie w reżyserii Dejmka, a potem Andrzeja Łapickiego i Jarosława Kiliana) za każdym razem bijąc rekordy frekwencji.

 

Z tej buchalterii wynika, że Zemsta Jasińskiego jest szóstą w kolejności premierą tej komedii w Polskim, a siódmą w ostatnim 30-leciu. Obsadę ma wyśmienitą, w rolach zwaśnionych sąsiadów błyszczą Daniel Olbrychski (Cześnik) i Andrzej Seweryn (Rejent), rej wodzi Jarosław Gajewski jako wszędobylski Papkin, Lidia Sadowa i Paweł Krucz wyprowadzają z cienia Klarę i Wacława, zwykle w wystawieniach Zemsty szeleszczących papierem, jest też więcej smaczków w obsadzie, jak dawno nie widziany na scenie Stefan Szmidt w roli Dyndalskiego, czy wzruszająca para mularzy-nestorów, Henryk Łapiński i Bogdan Paprocki, przez wiele lat dyrektorujący w tym teatrze.

Wszyscy tu szanują wiersz, który brzmi doskonale, ubrani w piękne kostiumy z epoki, ale też nie zaniedbują kontaktu ze współczesnością. Krzysztof Jasiński kończy tę Zemstę w stylu Dejmkowskim, ręką Cześnika wyciągniętą do zgody, której jednak nikt nie podejmuje.

Jednym słowem: majsterska robota. Można tej Zemście wróżyć na scenie długi żywot.

(tm)

Dodaj komentarz