Godne polecenia: Irydion; Ożenek; Ja, Feuerbach

Niemal dzień po dniu mieliśmy okazję obejrzeć trzy spektakle, których premiery odbyły się niedawno na scenach stołecznych teatrów. Każdy z nich – powiedzmy od razu – zasługuje na polecenie teatromanom. Każdy z nich zadaje kłam tu i ówdzie pojawiającym się narzekaniom, że w repertuarze warszawskich teatrów królują jedynie farsy i lekkie komedie, że brak dramatów klasyki polskiej i obcej, czy wartościowych sztuk współczesnych. Irydion, Ożenek, Ja, Feuerbach, nie są zresztą jedynymi propozycjami z tych gatunków…

[Na zdj. Piotr Fronczewski, Grzegorz Damięcki, próba spektaklu „Ja, Feuerbach”, fot. B. Warzecha]

 

 

IRYDION
Teatr Polski w Warszawie obchodzi 100-lecie istnienia. Swoje podwoje dla publiczności otworzył 29 stycznia 1913 roku. Na inaugurację sceny przy Karasia 2, jej pomysłodawca, budowniczy, antreprener, wieloletni dyrektor, reżyser Arnold Szyfman (w setne urodziny Teatrowi Polskiemu nadano jego imię) wystawił Irydiona Zygmunta Krasińskiego. W tę niezwykłą rocznicę obecny dyrektor, aktor, reżyser, Andrzej Seweryn, pokłonił się założycielowi Teatru Polskiego, wystawiając Irydiona. Akcja dramatu rozgrywa się w starożytnym cesarstwie rzymskim, którym rządzi cesarz Heliogabal, ale wielkość Rzymu zaczyna blednąć. Za chwilę z podziemi wyjdą chrześcijanie, wyznawcy Jezusa, narodzi się nowa era…

W czasach, kiedy dramat powstawał, osadzenie go w starożytności, było tylko pretekstem, kostiumem, pod którym kryła się aluzja do ówczesnej sytuacji Polski po klęsce powstania 1831 roku. Podobnie jak myśl o zemście na agresorze, którą nosi w sobie Irydion, Grek, syn podbitego narodu. I właśnie zagadnienie zemsty, która niczym drogocenny spadek zostaje przekazana przez ojca głównemu bohaterowi, staje się motywem inscenizacji Irydiona Andrzeja Seweryna. Reżyser stawia pytania o jej granice i cenę. Czy jest powinnością ponad wszystko? Czy warto jej podporządkować życie? Czy usprawiedliwia każdą podłość? Czy warto poświęcić dla niej wszystko, co najdroższe, bo cel uświęca środki? Te pytania wracają w każdym pokoleniu, bez względu na jego sytuację polityczną. Zemsta za coś, mimo czegoś, lub w imię czegoś raz po raz popycha ludzi do działania.

Tytułową rolę, Irydiona, reżyser powierzył Krzysztofowi Kwiatkowskiemu. Ten wychowanek krakowskiej PWST (2009) od swoich pierwszych kroków na scenie zbiera dobre recenzje. Zdążył już zagrać główną rolę w Sonacie Belzebuba w Teatrze Stu, szekspirowskiego Hamleta, Konrada z Wyzwolenia Wyspiańskiego na tejże scenie. W Warszawie debiutował w Teatrze Studio rolą Genezypa w Nienasyceniu. Postać Irydiona-mściciela Kwiatkowski może dodać do swojego teatralnego dorobku, jako rolę udaną. Dał jej należną młodości energię i zapał, ale nie omieszkał ściemniać jej barwy, gdy jego bohater spostrzega skutki swojego postępowania – ofiary, jakie – na daremno – złożył ze swoich bliskich. Może tylko brakuje mu nieco charyzmy, która przekonałaby widza, że jest w stanie porwać za sobą innych mścicieli.

Charyzmy nie brakuje natomiast Jerzemu Schejbalowi, grającemu Masynissę, temu upostaciowaniu złego ducha, szatana, wciąż stąpającemu za plecami Irydiona. Aktor buduje swoją postać oszczędnymi środkami, powściąga emocje. Tylko raz, czy dwa podniesie głos, ale właśnie w tym uspokojeniu, ściszeniu jest złowieszczy, osaczający. Irydion to dramat postaw, często artykułowanych w długich tyradach bohaterów. Wymagających od aktorów nie tylko doskonałej artykulacji, ale przede wszystkim rozumienia wykładanych racji, by również ze zrozumieniem odebrała je widownia. Większość występujących w inscenizacji te kryteria spełnia ze szczególnym wskazaniem na Olgierda Łukaszewicza (Wiktor), Leszka Teleszyńskiego (Ulpianus) i Szymona Kuśmidra (Eutychian).

Ciekawe jest wprowadzenie do spektaklu muzyki wykonywanej na scenie na żywo, która staje się rodzajem aktora, spełnia rolę – można by rzec – swoistego chóru – poprzedzając, bądź komentując akcję sceniczną.

Walorem Irydiona w reżyserii Andrzeja Seweryna jest też prosta, funkcjonalna scenografia (Magdalena Maciejewska) i kostiumy (Dorota Kołodyńska), które tylko lekką kreską zaznaczają epokę, one też dodatkowo podkreślają zalety ponadczasowej przypowieści, którą oglądamy na scenie Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie.
OŻENEK
Na Ożenek Mikołaja Gogola w reżyserii Iwana Wyrypajewa teatromani stolicy czekali z niecierpliwością. Te oczekiwania wiązały się z ciekawością jak też ten współczesny Rosjanin, ale i dramaturg (zdążyliśmy już docenić jego realizacje sceniczne własnych dramatów Lipiec, Taniec Delhi, czy UFO.Kontakt), wyreżyseruje Rosjanina, klasyka, kiedyś z powodzeniem goszczącego na polskich scenach. W Ożenku Wyrypajewa, wystawionym na scenie Teatru Studio, nie ma rodzajowości i psychologizmu, który zaznaczał się w polskich wystawieniach Gogola. To raczej groteskowy teatr marionetek, ocierający się wręcz o komedię dell`arte, prowadzony w niezwykłym tempie z przerysowanym ruchem i sposobem mówienia, a także kostiumem i charakteryzacją.

Postaci na scenie są jak karykatury wycięte z pisma satyrycznego. Akcja, biegnąca żwawo wśród bieganiny, szybkich dialogów, chichotów swatanej, staje się rodzajem scenicznej zabawy z widzem, ponieważ nie ma w tym Ożenku tzw. czwartej ściany. Aktorzy często zwracają się bezpośrednio do widowni, nawiązują z nią kontakt, zmuszają do reakcji.
Reżyser niemal nie różnicuje wiekowo Gogolowskich postaci. Najstarszy w obsadzie jest Mirosław Zbrojewicz (Jajecznica), resztę bohaterów – nawet swatkę (Monika Pikuła), która nazywana jest przecież w tekście Gogola „staruchą”, czy ciotkę (Maria Kania), grają ludzie młodzi, nawet bardzo młodzi, bo w Ożenku Wyrypajew obsadził trójkę adeptów krakowskiej PWST (Maria Kania, Julia Sobiesiak, Radosław Walenda), z którymi niedawno zrealizował spektakl Ufo.Kontakt, pokazywany zresztą na scenie Teatru Studio.
W ten sposób Wyrypajew również podkreśla, że nie o wiarygodność rodzajową idzie, ale o znak, symbol, owo groteskowe przerysowanie, jaki niosą z sobą poszczególne postaci.
Inscenizacja Iwana Wyrypajewa niewątpliwie zaskakuje polskiego widza, jednak nie sposób nie stwierdzić, że w tym szaleństwie jest metoda. Brak rodzajowości nie odbiera jej satyrycznego ostrza. A groteskowość postaci, nie ujmuje niczego z ich charakterystyki. Raczej właśnie dodatkowo dookreśla kim są…

Butni i przerażeni, ulegający namowom bliźnich, uwięzieni w konwenansie, głupi i bezczelni, kłamliwi, nerwowi, zapalczywi, folgujący zachciankom, podszyci strachem, czyli tacy jak my, bo historia ewentualnego ożenku Podkolesina (Marcin Bosak) z Agafią Tichonowną (Karolina Gruszka) jest zwierciadłem, w którym wciąż się przeglądamy i odnajdujemy.
Pewną słabością spektaklu jest nieco za długa pierwsza część, co sprawia, że niezbyt wyraziście wybrzmiewają jej pointy. Niemniej Ożenek w reżyserii Iwana Wyrypajewa, to kolejna interesująca – po Annie Kareninie – propozycja repertuarowa Teatru Studio.

JA, FEUERBACH

Piotr Fronczewski jest aktorem wybitnym, i jednym z niewielu aktorów, któremu nie zaszkodził udział w komercyjnych przedsięwzięciach. Jego role teatralne, telewizyjne, a i filmowe zapisały się już w historii polskiej kultury.

Teraz Piotr Fronczewski zadebiutował jako reżyser. Na scenie Teatru Ateneum wystawił dramat Tankreda Dorsta Ja,Feuerbach, obsadzając się też w roli tytułowej, Feuerbacha, doświadczonego aktora, który po siedmiu latach „pauzowania” – jak mówi – chce powrócić do teatru, do aktorstwa. Ma się zaprezentować dyrektorowi teatru, ale zamiast niego na przesłuchaniu zjawia się młody asystent. Asystent okazuje się niewykształconym, nie znającym historii teatru, ignorantem, który do teatru trafił przez przypadek. Jest głęboko znudzony swoją funkcją i faktem, że musi zajmować się kimś takim jak Feuerbach, który według niego jest rodzajem teatralnego dinozaura i nudziarza. Człowiekiem z przeszłości, i chyba bez przyszłości…

To spotkanie staje się głęboko upokarzające dla aktora, który stara się je w różny sposób oswoić, mając nadzieję, że w końcu zjawi się właściwy człowiek teatru i doceni jego kunszt aktorski, talent, doświadczenie, starania.

Nie dziwi, że Piotr Fronczewski sięgnął po sztukę Tankreda Dorsta, ponieważ zapewne i jego, chociaż wciąż czynnie uprawia aktorstwo, dotyczą problemy poruszone w dramacie, gdy doświadczony aktor mierzy się z nowym, młodym pokoleniem wkraczającym do teatru. Kiedy nagle okazuje się, że jego dorobek, kreacje pamięta coraz mniej osób… Kiedy zaczyna się tlić konflikt między młodymi a starszymi. Młodzi wchodzą bowiem do przybytku Melpomeny bez kompleksów, uważają, że teraz oni są jej solą, że doświadczeni aktorzy i ich sposób wykonywania zawodu jest anachroniczny, że powinni już zrobić miejsce następcom.

Z taką postawą polemizuje Dorst, pokazuje, jakże się mylą. Jego sztuka to wspaniały wykład o istocie aktorstwa – wprost fantastyczny jest fragment, mówiący o tym, że aktor bez względu na wiek i doświadczenie zawodowe, za każdym razem, gdy przystępuje do pracy nad nową rolą, znów staje się debiutantem, bo aby ją zagrać musi zapomnieć o tym, czego się dotychczas nauczył, musi pracować nad nią w taki sposób, jakby była jego pierwszą, a to operacja bolesna, wymagająca ogromnego wysiłku intelektualnego i psychicznego.
Ja Feuerbach to rzecz o zawodzie, za którego uprawianie płaci się sobą, własnym życiem, często szaleństwem. „Jego charakter nie wytrzymał jego geniuszu” – mówi Feuerbach o jednym ze swoich kolegów, wybitnym aktorze, który popadł w alkoholizm. On, Feuerbach zapłacił załamaniem psychicznym. Ale przedtem obaj zapisali piękne karty teatralnej kariery i wciąż jeszcze mogą poruszyć widza kunsztem swojego aktorstwa… I to udowadnia dramat Ja, Feuerbach, który jest właściwie koncertem na jeden instrument – tytułowego bohatera.

I taki koncert gry daje Piotr Fronczewski. Bez jednego fałszu w geście, w intonacji głosu, w spojrzeniu, w ruchu (zachwycająca jest opowieść o drzewie i ptakach; tylko dla tej etiudy aktorskiej warto przyjść na Ja, Feuerbach) buduje swojego bohatera z całą jego psychiczną złożonością. Poznajemy jego życie, namiętności, pasje, marzenia, załamania i klęski, a także jego mistrzostwo zawodowe. Feuerbach to piękna, poruszająca rola Piotra Fronczewskiego.
Lecz nie można nie wspomnieć o bardzo dobrze partnerującym mu Grzegorzu Damięckim w roli młodego asystenta. Gra u boku Fronczewskiego bez kompleksów, ale z pewną dyskrecją, umiejętnie podkreślając opozycyjność swojej postaci wobec starszego aktora, zarówno poprzez dialog jak i wyrazistość postawy, fizyczność.

Jedynym mankamentem spektaklu jest wprowadzenie postaci kobiety (Maria Ciunelis). Jej pojawienie się niepotrzebnie rozbija narrację. Aktorka ze swojego epizodycznego zadania wywiązała się bez zarzutu, lecz dla sensu sztuki jej obecność nie ma znaczenia, raczej odwraca niepotrzebnie uwagę od głównego bohatera i jego zmagania z asystentem.
Nie ma też znaczenia dla widza, bo – i bez niej – już wiemy kim są obaj mężczyźni, jaką grę prowadzą.

Niemniej, przy tym zastrzeżeniu, serdecznie rekomendujemy inscenizację Ja, Feuerbach na scenie Teatru Ateneum w reżyserii Piotra Fronczewskiego i z kreacją Piotra Fronczewskiego!

Grażyna Korzeniowska

Dodaj komentarz