Jezus Chrystus Zbawiciel Wysockiej/Zadary

Marzena Dobosz pisze na swoim blogu o spektaklu Jezus Chrystus Zbawiciel:

W piątkowy wieczór (15 lutego 2013 r.) na Scenie Przodownik w Warszawie Michał Zadara zaprezentował współczesną wersję opowieści o Jezusie, nauczycielu i buntowniku, twórcy nowego porządku, którego najważniejszym przesłaniem była – jak przypominają twórcy przedstawienia – bezwarunkowa miłość bliźniego. Nigdy niewystawiany u nas monolog Klausa Kinskiego, wybitnego niemieckiego aktora współpracującego między innymi z Wernerem Herzogiem, wypowiada na scenie Barbara Wysocka, a towarzyszą jej dwaj fenomenalni muzycy: perkusista Leszek Lorent (wirtuoz perkusji, doktor sztuk i wykładowca uniwersytecki, którego zachwycające solo pamiętamy z Orestei Zadary w Teatrze Wielkim) i gitarzysta Bartłomiej Tyciński, grający na akustyczno-elektrycznej gitarze wzmocnionej elektroniką. Jesteśmy więc świadkami czegoś w rodzaju koncertu muzyki nowoczesnej w Barbarą Wysocką w roli wokalistki, która niczym nabuzowana energią piosenkarka rockowa wykrzykuje swoją niezgodę na świat.

Wysocka opowiada o Jezusie. Opowiada słowami Kinskiego (w ciekawym tłumaczeniu Jana Kapeli), choć sam autor tekstu nie jest tu najważniejszy. Ważny jest tekst. Utkana z Ewangelii współczesna wersja historii życia Chrystusa. Buntownika, wywrotowca i anarchisty, który burzy ustalony porządek, ujmuje się za biednymi, bezdomnymi, poniżanymi, gwałconymi, represjonowanymi, skazanymi i wszystkimi, którzy czują się w jakiś sposób wykluczeni, którzy nie mieszczą się w normach, nie utożsamiają się, nie należą, nie popierają i się nie identyfikują… Mówi nam, zadowolonym i pewnym siebie: porzućcie wszystko, co was ogranicza i chodźcie za mną. Kochajcie, wybaczajcie, pomagajcie, wspierajcie, bądźcie bezinteresowni, szanujcie się wzajemnie, nie kłamcie, nie zabijajcie, nie walczcie, głoście pokój… Przecież to już było? Oczywiście. Tylko zdaje się, że przez te wszystkie lata nieco się zestarzało czy wypaczyło… Warto sobie przypomnieć te proste słowa. Chrystus, który przychodzi dziś, proponuje to samo, co głosił dwa tysiące lat temu: Bóg jest miłością. I tyle.

Spektakl Zadary pokazuje, że gdyby Jezus przyszedł do nas ponownie, trudno byłoby mu się przebić do nas ze Słowem Bożym. Jego głos ginąłby w rozmaitym hałasie, który nas otacza. Barbara Wysocka ma trudne zadanie (ale radzi sobie wspaniale) – niemal przez cały czas musi właściwie przekrzykiwać dźwięki, które produkują na scenie muzycy. Czasem są to czyste, piękne nuty, czasem szumy, trzaski, zakłócenia, jakieś brudy dźwiękowe. Co jakiś czas dodatkowo perkusista odwraca naszą uwagę od aktorki wokalistki, chodząc po scenie i zmieniając slajdy w tradycyjnych projektorach porozstawianych tu i tam na skrzynkach i stołach. Na niechlujnie poprzyklejanych do ścian białych kartonach wyświetlają się zdjęcia, które uporczywie przyciągają nasz wzrok, ale których oglądanie nie sprawia przyjemności – na fotografiach sylwetki starych i chorych ludzi, bezdomnych, meneli, jakieś niedoświetlone zaułki, brzydkie blokowiska… Skupiamy się na zdjęciach, próbujemy coś w nich dostrzec, a tymczasem monolog mówi się obok nas… Znowu coś przegapiliśmy… Słuchamy jednym uchem, bo Chrystus nie ma nam do zaoferowania niczego elektryzującego… Wymaga od nas, byśmy porzucili rodziny, domy, luksusy, intratne posady, majątki rozdali biednym i żebyśmy przestali skupiać się na ciele, żebyśmy pomyśleli o duszy. Przypomnieli sobie te proste prawdy. Gdybyśmy się nimi kierowali, świat wyglądałby inaczej.

Michał Zadara znowu zaskakuje. W kolejnych spektaklach raz za razem wywleka na scenę sprawy, które wydają się oczywiste, znane, oswojone i „przecież to jasne”, po czym przepięknie je nicuje i sprawdza, jak nam się spodobają takie przerobione i z jego metką. A podobają nam się bardzo, niektóre sceny zapadają mocno w pamięć i na zawsze już zmieniają nasze myślenie o słowach i gestach (takie jak wstrząsająca scena ze spektaklu Każdy/Każda w Teatrze Studio w Warszawie, w której Stanisław Brudny próbuje oszukać czekającą na niego Kostuchę i prosi przyjaciela, żeby umarł za niego, skoro już sam się zadeklarował, mówiąc kiedyś, że dałby się za niego pokroić…), niektóre przedstawienia wywracają nasze myślenie o roli reżysera teatralnego, inne zachwycają albo drażnią formą… Ale zawsze zmuszają do zajęcia stanowiska.

Marzena Dobosz
(http://teatruglodna.blogspot.com)

Dodaj komentarz