Szkoła gustu: Tęsknota za happy endem

Dość niezwykły żal wyraził w najnowszym numerze „Przeglądu” (nr 49) Bronisław Tumiłowicz w ostatnim zdaniu swojej recenzji z Szekspirowskiej Burzy w warszawskim Teatrze Polskim: „Z kolei finał bez happy endu trochę zastanawia”. Z kolei ja przestrzegam autora przez oglądaniem Hamleta, Makbeta, a zwłaszcza Juliusza Cezara lub Titusa Adronicusa, ponieważ brak happy endu w wymienionych utworach Szekspira może wywołać jeszcze większe zastanowienie albo i wprawić w konsternację.

 

Sama recenzja jednak „trochę zastanawia”. W pierwszych słowach swojego tekstu autor zawiadamia, że przedstawienie Burzy w Polskim „z założenia jest przedstawieniem dla młodzieży, podaje bowiem najprostsze interpretacje zagadkowego dramatu”.

Prawdziwa w tym zdaniu jest ocena Burzy jako zagadkowego dramatu (zresztą każdy dobry dramat jest zagadkowy: jeśli dramat nie jest zagadkowy, nie może być ciekawy) – pozostałe tezy nie wytrzymują krytyki. Burza nie należy do lektur szkolnych, a więc młodzieżowy adres, jaki sugeruje recenzent, byłby jak w kulą w płot, zwłaszcza z taką sugestią, że jak coś jest dla młodych, to najpewniej muszą to być „najprostsze interpretacje”. Otóż nie ma żadnych dowodów, aby utrzymywać, iż młodzi widzowie gustują w uproszczeniach, ani też, że w tym przedstawieniu mamy do czynienia z najprostszymi interpretacjami. Wręcz odwrotnie.

Angielski reżyser Dan Jemmett pokusił się o całościową oryginalną koncepcję. Prospero (Andrzej Seweryn) nie jest tu władcą wyspy, na którą trafił wyzuty ze swego dziedzictwa przez żądnego władzy brata. Żadnej wyspy tu nie ma. Na scenie widzimy opuszczony, zaniedbany basen z od dawna nieużywaną skocznią, gdzie pomieszkuje kloszard ze swoją córką i podporządkowanym mu bez reszty drugim bezdomnym Kalibanem (notabene nasz recenzent tylko Kalibana uważa za kloszarda, kim są pozostali mieszkańcy basenu, przemilcza).

Recenzent ulega czarowi Ariela, chwali za tę rolę Lidię Sadową, ale zaraz dolewa octu, bo reszta koncepcji reżyserskiej odwołuje się wedle niego do „najprostszych, pospolitych, by nie rzec prostackich konotacji”. W czym się owo prostactwo objawia? A no w tym, że „wesołość wynika z alkoholu” (szkopuł w tym, że tak to Szekspir napisał), „potwór Kaliban jest kloszardem” (z tego wnoszę, że gdyby był solistą operetki, byłby w większej cenie), kostiumy rozbitków i muzyka odwołują się do lat 20. (to zapewne szczególnie prostackie i banalne, każdemu zapewne przychodzi do głowy). Na dobitkę, choć aktorstwo niezłe, to Miranda niewyraźnie mówi, a Andrzej Seweryn posługuje się „nienaturalnym głosem”.

Można nie akceptować pomysłów Jemmetta i myśli wiążącej całość spektaklu (nie dostrzeżonej przez recenzenta), ale przypisywanie mu wtórności i złego gustu to za wiele. Ta Burza odsyła do wielkiego dramatu wykluczonych, rozgrywającego się współcześnie na naszych oczach. Można udawać, że to lekcja wychowawcza dla młodzieży, choć to pełen smutku komentarz przypisany ludziom nieczułym na tragedię innych. Taki to happy end.

 

N.A. Czatach

Dodaj komentarz