Nieudany futuryzm Krakowskich Reminiscencji

 

Ewelina Drela pisze po krakowskich Reminiscencjach:

 

Wydawałoby się, że otwierający sezon teatralny festiwal, który odbywał się już po raz 37., będzie wielkim wydarzeniem w życiu teatralnym, że powinien przecierać ścieżki dla teatrów instytucjonalnych, pokazywać nowe trendy, wnosić odrobinę świeżości. Okazało się, że rzeczywistość po raz kolejny jest zgoła inna – po raz kolejny sprowadzono rzeszę artystów z zagranicy, którzy nie bardzo potrafili przekonać do siebie krakowską publiczność.

Krakowskie Reminiscencje Teatralne, w tym roku odbywające się pod hasłem „Miasto, Masa, Marzenie”, przeszły do historii. W założeniu Festiwal miał nawiązywać do działalności, programu i osiągnięć Krakowskiej Awangardy z czasów dwudziestolecia międzywojennego.

 

Całość zapowiadała się bardzo ciekawie. Poruszenie kwestii techniki, urbanistyki, nowoczesności i przyszłości wydawało się strzałem w dziesiątkę. Licznie zaproszeni zostali zagraniczni artyści, a dodatkowym gwarantem jakości miała być opieka zarówno ministra kultury, jak i marszałka województwa małopolskiego. Plan festiwalu wyrażał pragnienie i odwagę eksperymentu, deklarowaną przez futurystów, eksperymentu dość trudnego, bo prowadzonego nie tylko w teatrze, ale również filmie, tańcu, a nawet w przestrzeni miejskiej. Uczestnicy mieli zostać przeniesieni do świata przyszłości, wymarzonego i wyśnionego, pod wieloma względami idealnego, spełniającego nasze oczekiwania i pragnienia.

Projekty interaktywne, spektakle taneczne prezentacje bioart, filmy bioart, debaty o mieście, a nawet podróż w przyszłość – wszystko to zapewnić miało ogromne wrażenia, zachwyt i emocje. Dla chętnych serwowano również kolację performatywną – gratulacje dla tego, kto się odważył. Blichtru wszystkiemu miało dodać międzynarodowe towarzystwo twórców, artystów i zaproszonych gości.

Wszystko to „miało być”, ale nie wyszło. W tych pięknych planach zabrakło podstawowego pytania: „Czemu służyć ma tak zorganizowany festiwal?”, „Po co i dla kogo się go organizuje?”, „Dlaczego akurat taka tematyka?”. To jeden z wielu, ale jakże znaczący brak. Okazuje się, że nie wystarczy już sprowadzić artystów zagranicznych, aby zadowolić polskiego odbiorcę. Jednak nie to było najgorsze.

To, co uderzyło najbardziej, to stale powracające pytanie, gdzie w tym wszystkim jest człowiek? Gdzie jest jego miejsce? Czy istoty ludzkie będą miały w ogóle prawo bytu w tym wyśnionym, nowoczesnym świecie? Przez cały czas trwania festiwalu, podczas prezentacji bioart, spacerów, spektakli tanecznych, wciąż zastanawiałam się kim i po co tam jestem? Nie było żadnego porozumienia, więzi pomiędzy twórcami i odbiorcami, nie było miejsca dla człowieka, jego uczuć, emocji i potrzeb. A przecież właśnie m.in. po to jest teatr, żeby pokazywać prawdziwe emocje, uczucia, relacje. Wydawało się, że może będzie inaczej w czasie spektaklu tanecznego Emmanuela Eggermonta, ponoć jednego z najciekawszych przedstawicieli młodego pokolenia wśród francuskich tancerzy. Opis spektaklu „1/8” mówił, że „jest to rzadko spotykany pokaz tanecznej finezji”. Niestety, tancerz przez prawie godzinę wił się w dziwnych konwulsjach, zupełnie jakby zaszkodziła mu kolacja performatywna. Pisano w zapowiedziach, że „Eggermont jest tancerzem cechującym się skupieniem godnym mistrza zen, które udziela się widowni”. Tym razem widowni udzieliło się jedynie zerkanie na zegarek i koniec tego spektaklu.

To jednak jeszcze nie było najgorsze. Kulminacją była projekcja filmu „Misja Auropol” polskiego reżysera Jacka Simona. Pierwotnie i w zamierzeniu film miał opowiadać historię wyjazdu grupy polskich artystów do utopijnego miasta na południu Indii – Auroville. Osada została założona w 1968 roku pod duchowym przywództwem Matki (pochodzącej z Paryża Mirry Alfassa’y). W założeniu Auroville miało być miejscem eksperymentu nad nowymi formami świadomości i kształtem instytucji społecznych. Tymczasem film był chyba eksperymentem wytrzymałości i cierpliwości widzów. Nie opowiadał o niczym, nie miał żadnej myśli przewodniej, niczego nie wnosił. Ot tak, zrobiona sztuka dla sztuki.

Wydawałoby się, że otwierający sezon teatralny festiwal, który odbywał się już po raz 37., będzie wielkim wydarzeniem w życiu teatralnym, że powinien przecierać ścieżki dla teatrów instytucjonalnych, pokazywać nowe trendy, wnosić odrobinę świeżości. Okazało się, że rzeczywistość po raz kolejny jest zgoła inna – po raz kolejny sprowadzono rzeszę artystów z zagranicy, którzy nie bardzo potrafili przekonać do siebie krakowską publiczność. Pokazano świat, może ciekawy, ale pozbawiony tego, dla kogo i czego istnieje – człowieka, jego prawdziwości, emocji, uczuć. Pokazano sztukę o niczym. Jeżeli tak ma wyglądać ten futurystyczny, piękny świat, to ja chyba wolę zostać w teraźniejszości, bez względu na to, jak niedoskonała, komiczna i trudna potrafi być.

Ewelina Drela

Dodaj komentarz