VIDEOTEATR POZA, czyli SIŁA KREACJI

Był 1985 rok. Zaczęło się od skandalu. Przedpremierowy spektakl prapremiery, czyli publicznego zaistnienia nowego teatru, obywał się w największej tajemnicy na małej scenie Teatru Powszechnego w Warszawie. Na ten tajny pokaz Zygmunt Hübner, ówczesny dyrektor sceny na Pradze, zaprosił starannie wyselekcjonowaną publiczność, a po spektaklu miała ona zdecydować czy to, co jej zaprezentowano, można nazwać teatrem i nadaje się do publicznego rozpowszechniania…


Zaprezentowany spektakl nosił tytuł „AKT-ORKA”. Złożyły się na niego fragmenty sztuk Helmuta Kajzara Paternoster, Gwiazda, Antygona. Zagrała w nim, jako jedyna aktorka w planie żywym i wirtualnym (kto wówczas używał tego słowa?!) Jolanta Lothe. Reżyseria, obrazy video i scenografia były autorstwa Piotra Lachmanna. Najwięcej obaw budziły owe „obrazy video”. To zapewne one tak zaniepokoiły Zygmunta Hübnera, wybitnego przecież reżysera teatralnego, rozumiejącego teatr jak mało kto. Ale może właśnie dlatego z nieufnością podchodził do teatru, który posiłkuje się… monitorem telewizyjnym!
Zapewne podzielał opinię sceptyków, którą z upodobaniem cytuje Piotr Lachmann, iż: „Mowy nie ma, żeby video odgrywało jakąkolwiek rolę”. Oczywiście w teatrze. Bo jakże to, monitor, obraz nagrany i odtwarzany, a nawet rejestrowany w czasie spektaklu i przetwarzany na oczach widzów miałaby stać się pełnoprawnym aktorem?!
– Hübner sądził, że nasz teatr nie zyska uznania, bo w tym czasie nasi potencjalni widzowie mieli w domu magnetowidy – opowiada Piotr Lachmann. – Nie rozumiał ogromnej różnicy między funkcją, jaką spełnia nasz magnetowid, a jaką domowy.
Niemniej ten pierwszy „tajemny” spektakl zakończył się dobrze. Obecny na pokazie Franciszek Starowieyski, nieżyjący już, wybitny artysta plastyk, performer, twórca jednoosobowego Teatru Rysowania, orzekł: „Fantastyczny spektakl!”. – Jego opinia przełamała lody – wspomina Piotr Lachmann.

ZMĘCZENIE

„Videoteatr Poza” (taką przyjął nazwę) stał się faktem. Stworzyli go Piotr Lachmann i Jolanta Lothe. On, urodzony w rodzinie niemieckiej w Gleiwitz (obecnych Gliwicach), poeta, tłumacz, eseista, krytyk, reżyser, dramaturg, erudyta. Ona, aktorka, przyszła na świat w Wilnie, jest córką wybitnej aktorki Wandy Stanisławskiej-Lothe.

Ich teatr narodził się z buntu i fascynacji. Z buntu wobec teatru tradycyjnego i z fascynacji możliwościami nowoczesnej techniki, szczególnie nagrywaniem i odtwarzaniem zarejestrowanego obrazu, montowaniem, przetwarzaniem.
– W tradycyjnym teatrze męczyło nas, że przez cały akt oglądamy tę samą scenografię, że – paradoksalnie – obserwujemy statyczne obrazy – wyjaśnia Piotr Lachmann.

Lachmann i Lothe stworzyli zatem teatr, w którym zderzają plan zarejestrowany na nośniku z planem żywym, czyli aktorem obecnym na scenie.
– Miał być rodzajem nawiązania do tego, co mnie w polskim teatrze zafascynowało najbardziej, czyli teatru poetyckiego i plastycznego – wspomina dzisiaj krystalizowanie się pomysłu na videoteatr Piotr Lachmann. – Byłem rozpięty między Szajną a Kantorem. Nie oznacza to jednak, że chciałem kontynuować, którąś z tych stylistyk – podkreśla.
Pierwszy – wspomniany – spektakl „AKT-ORKA”, opierał się na tekstach Helmuta Kajzara, przedwcześnie zmarłego reżysera, dramaturga, twórcy m.in. teatru metacodzienności, prywatnie męża Jolanty Lothe. Nawiasem mówiąc, Kajzar i Lachmann przyjaźnili się. Piotr tłumaczył twórczość Helmuta na niemiecki.

DEMIURG

Wchodząc w świat „Videoteatru Poza” widz jest zaskoczony jego prostotą i… wyrafinowaniem. Monitory z rozgrywającą się na nich akcją spełniają rolę pełnoprawnego partnera żywego aktora, a zarazem pełnią rolę scenografii. Kamera, chwyta kadry z akcji rozgrywającej się na scenie. Całą maszynerię obsługuje, zawsze, Piotr Lachmann. Kadry, nagrane i odtwarzane na monitorach, stają się kolejnym teatralnym planem, rozwijają akcję sceniczną, zaburzają ją lub popychają naprzód, ale zawsze stają się nową wartością spektaklu. Często, gdy patrzyliśmy na Lachmanna ukrytego w mroku, w ulubionym nakryciu głowy, operującego kamerą, monitorami, dźwiękami, muzyką, przychodził nam na myśl inny twórca teatru, też jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego, i którego Lachmann, jak deklarował, czuje się spadkobiercą, Tadeusz Kantor, który podobnie dyrygował swoimi spektaklami, chociaż mieściły się one w pojęciu tzw. teatru tradycyjnego. Nie było w nim kamer, monitorów, ale była ta sama siła stwarzania, kreacji.
„Teatr Lachmanna, podobnie jak przed laty Kantora, zmusza widza do refleksji intelektualnej i wymusza na nim reakcje emocjonalne. Obrazy, słowa, gra aktorów, muzyka to elementy polifonicznie działające na widza i zmuszające go do czynnego uczestnictwa w scenicznym działaniu. Lachmann, podobnie jak wcześniej Kantor, jest w swoich spektaklach demiurgiem, a nie vidżejem, jak skromnie określa swoją obecność między gwiazdozbiorem monitorów, aktorów i publicznością”, zauważał Andrzej Matynia, krytyk sztuki, w artykule „Lustra innego czasu” („Art & Business”, 3/2007).

TWARZE-MASKI

Teatr Piotra Lachmanna i Jolanty Lothe, jak każda dobra sztuka, pozwala widzowi na wielość interpretacji prezentowanego dzieła, na odnalezienie w nim siebie, ale też przypowieści o losie człowieka, stawiającego pytania egzystencjalne.
Niemniej żadne słowa nie oddadzą fenomenu „Videoteatru Poza”, chociaż kusili się o nie wybitni fachowcy. „Pytanie, czy nowe penetracje artystyczne Lothe-Lachmann to jeszcze teatr, czy już tylko jakiś przejaw videański, jakieś kameralne videania, obrzędy czynione przez multimedia nad duszą człowieka, obrazosłuchy-obrazowidy-słuchowidy (…)”, głowił się Marian Grześczak, wybitny nieżyjący już poeta, a zarazem miłośnik teatru Poza. A Roch Sulima, profesor UW, antropolog kultury, konstatował: „(…) To powrót do źródłowych kwestii teatru, do fenomenu ludzkiej twarzy, maski i repliki; odwołanie się do problemów tożsamości i sztuki aktora dziś; aktora, który może być modelem współczesnych kłopotów człowieka z wielością własnego „ja”, z naszą sytuacyjną egzystencją o „wielu twarzach””.

AKTORKA IDEALNA

Piotr Lachmann i Jolanta Lothe dokonali w teatrze rewolucji wizualno-intelektualnej. Ale musiała się też dokonać zmiana w sposobie istnienia aktora na scenie. Ponieważ aktorstwo z tzw. tradycyjnego teatru w „Videoteatrze Poza” byłoby fałszem, zgrzytem. Rozumiała to, i od pierwszego przedstawienia wcieliła w czyn, aktorka idealna tego teatru, jego współtwórca, Jolanta Lothe.
– Nie gram w innych teatrach, ten jest moim życiem – deklaruje. – Uwielbiam tę wielość niejednolitych obrazów, które mimo to nawzajem się uzupełniają. Dla mnie aktorki to emocjonujące współgrać z nimi – mówi Lothe.

A to nieproste, umieć nie pogubić się między akcją rozgrywaną na monitorach, traktować obraz jak partnera, dialogować z nim. Ale to właśnie w „Videoteatrze Poza” jest ekscytujące. Świetnym przykładem spektaklu z trzema aktorami, gdzie tylko jeden był na scenie są „Akt-orki” (1999). Jolanta Lothe zagrała z Janem Peszkiem i Marią Peszek, i chociaż tylko Lothe jest na tzw. żywym planie, „Akt-orki” należą do przedstawień wręcz doskonałych „Videoteatru Poza”.

– Spektakl z aktorami nieobecnymi, z Janem i Marysią Peszek, i Jolą na scenie, był dla mnie wymarzonym modelem teatru, do którego dążyłem – stwierdza Piotr Lachmann.
Ale w trakcie trwania tego przedstawienia za każdym razem przydarzało się coś, co można by chyba nazwać przeżyciem metafizycznym, dotyczącym samego Piotra, tego reżysera, animatora-demiurga, obsługującego kamery i video.

– Doszedłem do najdawniejszej tajemnicy teatru – zwierza się. – Pierwszy raz w swoim życiu, nie będąc aktorem, poczułem tremę. Każde przedstawienie było tragedią tremy, którą miałem za tych nieobecnych aktorów, tych którzy pojawiali się tylko na ekranach. Dzięki temu spektaklowi doszedłem do odkrycia, co to jest trema. To jest lęk kozła ofiarnego, czyli tego pierwszego aktora, który był zabijany w tragedii. To jest strach przed śmiercią, i on dotykał mnie wielokrotnie, w każdym przedstawieniu – mówi Lachmann. – Graliśmy „Akt-orki” ponad sto razy, a moja trema wciąż się pogłębiała. To było tak silnie i fascynujące przeżycie, że poświęciłem mu książkę.

Inną próbą użycia aktora były „Wyspy Galapagos” (2007). Na scenie grało czterech aktorów. Okazało się, że ich fizyczność nadmiernie rozpierała maleńką scenę „Videoteatru Poza”, w salce Pałacyku Szustra w Warszawie, gdzie „Videoteatr Poza” ma swoją siedzibę. Nie wszyscy z występujących zrozumieli także, iż trzeba posłużyć się innego rodzaju środkami wyrazu artystycznego od tych, jakie sprawdzają się w kilkuaktowym dramacie.
– Wiemy już, że gdy w spektaklu jest za dużo aktorów, gubi się jego sens – ocenia Piotr Lachmann.
W „Videoteatrze Poza” aktor często jest znakiem, nośnikiem idei, symbolem… Doskonałym tego przykładem jest spektakl „Hamlet gliwicki” (2006), w którym – obok Jolanty Lothe – aktorem niemal idealnym okazał się Zbigniew Konopka.
– Zbyszek bezbłędnie zidentyfikował się z naszym teatrem, z jego ideą. Świetnie ją zrozumiał, bez specjalnych tłumaczeń – mówi Jolanta Lothe.

Dzięki przekonującej kreacji Konopki w „Hamlecie gliwickim”, stało się coś jeszcze. Piotr Lachmann, autor dramatu, przyznaje, że rozprawił się z własnymi widmami przeszłości.
– Patrząc na Zbyszka Konopkę, który w spektaklu cudownie poczuł się jako Hamlet i jako ja, przeżyłem katharsis – wyznaje Piotr Lachmann. – Rozliczyłem się z własną traumą nie tylko tożsamości, ale także gwałtu psychicznego jakiego dokonała na mnie moja matka, posyłając mnie, niemieckie dziecko, niewładające polskim językiem, do polskiej szkoły, zupełnie nie przewidując, co się we mnie, w mojej psychice będzie działo! – mówi Lachmann.
– Dzięki „Hamletowi gliwickiemu”, zrozumiałem i wybaczyłem mojej matce!

EKSPERYMENT

Dobrym przykładem celności idei „Videoteatru Poza” jest też najnowsze przedstawienie „Hommage a Różewicz” (2012). Jego głównym aktorem jest ten, któremu spektakl jest poświęcony, wybitny poeta, dramaturg, pisarz Tadeusz Różewicz, który w zeszłym roku obchodził 90. urodziny (!). Z ekranu opowiada o życiu, twórczości, czyta swoje utwory, komentuje je i często – autoironicznie – siebie twórcę… Dwójką aktorów na żywym planie są Jolanta Lothe i Jarosław Boberek.
– „Hommage…”, to był wielki eksperyment – konkluduje Piotr Lachmann. – Dlatego, iż dyskurs jest w tym spektaklu równorzędny z akcją (na którą złożyły się fragmenty dramatu „Stara kobieta wysiaduje” Tadeusza Różewicza oraz fragment sztuki „Gwiazda” Helmuta Kajzara – przyp. red.). – Autor, Tadeusz Różewicz, prezentuje coś, co nazwałbym aktorstwem myśli, ale nie są one tłumaczeniem sensu sztuki, którą aktorzy grają na scenie, a mimo wszystko ów dyskurs i fragmenty dramatu tworzą spójną całość.

Ma rację Piotr Lachmann. Od pierwszych słów, od pierwszego pokazania się na ekranie Wielkiego Poety widz jest uwiedziony siłą jego myśli, intelektu, twórczości i niemal zapomina, że Tadeusz Różewicz występuje tylko na monitorze. Staje się on pełnoprawnym personae dramatis sztuki „Stara kobieta wysiaduje”, którą oglądamy na scenie. A dokładnie jej fragmenty. Jednak tak perfekcyjnie wybrane, zestawione, zagrane i zgrane z obrazami na monitorach, że wydaje się jakby w „Videoteatrze Poza” wystawiono cały Różewiczowski dramat. Jolanta Lothe stworzyła tu wielką kreację.
– Jola stworzyła coś, co Lorca nazywa duende – rodzaj błysku, nowego ducha – wykreowała inny byt sceniczny – ocenia Lachmann. – Stworzyła kobietę, która jest poza wiekiem, a zarazem jest upostaciowaniem wszystkich kobiet, w każdym wieku – od młodości po starość. To jest jej cudowna kreacja. Ja byłem skupiony na Różewiczu (Piotr Lachmann montował rozmowy z poetą – przyp.red.), a Jola za moimi plecami wykreowała sobie piękną rolę – śmieje się.

Podobnego zdania jest Aneta Mancewicz, która w artykule „Różewicz wielokrotnie i wieloznacznie” („Didaskalia” 109-110/2012), tak pisze o roli Jolanty Lothe: „(…) Lothe tworzy w „Hommage…” kreację starej kobiety na podstawie rozległą skalę emocji. Aktorka przedstawia wyraziste zachowania, od zdziecinniałego uporu po zmysłowe uwodzenie. Precyzyjna, momentami przerysowana mimika i gestykulacja Lothe przekracza ramy realizmu, nadając jej działaniom symboliczny charakter (…)”.

– Widziałam wiele przedstawień dramatu „Stara kobieta wysiaduje” – mówi Jolanta Lothe. – Grałam też w spektaklu reżyserowanym przez Helmuta Kajzara w Teatrze Narodowym, Piękną Dziewczynę, niemą rolę, bardzo zabawny epizod, ale do głowy mi nie przyszło, że kiedyś zagram Starą Kobietę. Wydaje mi się, że w naszym spektaklu uchwyciliśmy istotę człowieczeństwa. Zdołaliśmy pokazać, jak człowiek z upływem czasu zmienia się zewnętrznie, a wewnętrznie wciąż nie jest gotowy do pogodzenia się z przemijaniem, z odchodzeniem – ocenia Lothe.
Nie można nie docenić w „Hommage a Różewicz” także aktorstwa Jarosława Boberka. Pięknie i świadomie współgra na scenie z Jolantą Lothe. Wspólnie z nią, upostaciowaniem Starej Kobiety, wyraziście, chociaż nienachalnie buduje opowieść o ludzkim życiu, o kobiecie i mężczyźnie, o miłości i nienawiści, nadziei i rozpaczy, narodzinach i śmierci…

MOŻE MARIONETA

Formuła „Videoteatru Poza” pozwala na ciągłe poszukiwania. Jednym z marzeń Piotra Lachmanna jest wprowadzenie na scenę mechanicznej lalki, marionety…
– Gdy byłem dzieckiem – wspomina – moja mama ze swoją siostrą stworzyły z siebie rodzaj kukły. Z dwóch żywych ciał powstał jakby samodzielny, oddzielny twór. Śpiewały, a ja nie wiedziałem, kto jest kim. Nie umiałem znaleźć granicy między ludzką postacią a tą sztuczną. Ta kreacja zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Nie była to wprawdzie marioneta, bo kryły się w niej żywe postaci, ale to był rodzaj odejścia od realnego aktora – opowiada Piotr Lachmann. – To mnie zafascynowało.
Pamięć przedziwnej ludzkiej marionety, tkwi w Piotrze do dzisiaj.
– Moim marzeniem byłoby stworzenie sztucznego aktora – mówi. – Wyobrażam sobie coś w rodzaju robotów o, na przykład, antropomorficznych kształtach.
To marzenie o aktorze-kukle, już niemal się zrealizowało, chociaż trochę przez przypadek. „Videoteatr Poza” pojechał na gościnne występy do Chorzowa. Grali na scenie Teatru Muzycznego o wiele większej od tej, na której występują w Warszawie. Piotr był zachwycony.

– Okazało się, patrząc z perspektywy widza, że duża przestrzeń sceny sprawiła, iż aktorzy wyglądali na niej jak marionetki – wspomina. – Byli tacy mali, jak chciałem, żeby byli, ale ponieważ grali wśród monitorów, wystarczyło użyć zoomu, by dowolnie ich powiększać – opowiada Lachmann.
To nie jedyne dążenie twórców teatru Poza.
– Każdy artysta w swojej twórczości, także my, zmierza do doskonałości – uśmiecha się Jolanta Lothe. – Chociaż zdajemy sobie sprawę, że zawsze będzie to tylko dążenie… Dla mnie najważniejsze jest tworzenia z siebie samej rodzaju dzieła artystycznego, w dobrym tego słowa znaczeniu.

JEDYNY NA ŚWIECIE

„Videoteatr Poza” istnieje już od niemal 30 lat. Prezentuje swoje spektakle w małej salce na poddaszu w Pałacyku Szustra przy Morskim Oku w Warszawie, na gościnnych scenach w kraju, a także poza jego granicami. A mimo to trudno pozbyć się wrażenia, że wciąż jest niedoceniany, wciąż jakby trochę na uboczu.
Nieco w tym winy samych twórców „Videoteatru Poza”, gdyż niezbyt nachalnie reklamują swoje dzieło, ale sporo też winy wynikającej z ludzkiego lenistwa umysłowego, myślenia schematami, z góry założonych tez.
Większość potencjalnych widzów, znajdując w tytule teatru słowo „video” sądzi, że zobaczy coś na kształt teatru telewizji – spektakl na ekranie.
Piotr Lachmann wspomina, jak przez kilka lat działalności „Videoteatru Poza”, rodzima krytyka podejrzewała, że ich pomysł na teatr został skądś zapożyczony. „Zaskoczeniem było dla mnie, że za granicą błyskawicznie zauważono zasadniczą cezurę, autentyczną modelową propozycję, podczas gdy w Polsce podejrzewano nas o wtórność, powielanie obcych wzorów (…)”, notował.
Dopiero słowa profesora Richarda Demarco, który zachwycił się kreacją teatru Lothe-Lachmann na Festiwalu „Fringe” w Edynburgu (1989), stały się patentem potwierdzającym oryginalność i pionierskość „Videoteatru Poza”. „Nie ma najmniejszych wątpliwości, że choćbym przemierzył cały świat, to nigdzie nie znajdę nic, co w najmniejszym stopniu przypominałoby dzieło Piotra Lachmanna i Jolanty Lothe”.

Grażyna Korzeniowska

Dodaj komentarz