KORCZAK – pamiętnik festiwalowy

W październiku Warszawa już 16 raz gościła Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży „Korczak”, organizowany przez ASSITEJ (Polski Ośrodek Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży). Na scenach teatrów Powszechnego i Rampy warszawska publiczność miała niepowtarzalną okazję zobaczenia najlepszych spektakli zawodowych z całej Polski, skierowanych do młodych widzów, które konkurują o laur „Złocistego”. Szerszej publiczności mogli zaprezentować się również przedstawienia dziecięce i amatorskie, często grane przez ludzi wykluczonych – z zakładów poprawczych, karnych, przez ludzi chorych. Rangę festiwalu podnoszą wybitne spektakle z różnych zakątków Europy, których najpewniej nie zobaczylibyśmy, gdyby nie festiwal. Warszawskie przedstawienia, które wzięły udział w konkursie, to spektakle Teatru Baj, Guliwera, Lalki, i Żydowskiego.

[n/z: XL z Belgii]

Sobota, 6 października

 

Najmniejszy Bal świata

Teatr „Baj Pomorski” Toruń

Przedstawienie zagrane na Dużej Scenie Teatru Powszechnego

Bal bez prądu

XVI Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży ruszył pełną parą. Obie sceny Teatru Powszechnego otworzyły swe podwoje, a publiczności nie wykurzył z teatru nawet brak prądu, który próbował przerwać przedstawienie z Torunia „Najmniejszy Bal świata” Maliny Prześlugi wyreżyserowanego przez Pawła Aignera. Awaria tak pięknie wkomponowała się w rytm spektaklu, że kiedy jeden z artystów zapowiedział chwilową przerwę „w programie”, nikt z nas nie pomyślał nawet, że dla wykonawców jest ona zaskoczeniem. Rzecz dzieje się w studio, gdzie nagrywany jest program telewizyjny o trudnych dzieciach. Dzisiaj jego bohaterem jest dziewczynka Migawka. Zbuntowana, arogancka, niegrzeczna wobec rodziców i ekipy telewizyjnej, nagle na planie zostaje sama. Szczęśliwa, że uwolniła się od mamy i taty, potrzebuje tylko chwili, by za nimi zatęsknić. Ale powrót rodziców okazuje się nie być prosty i oczywisty. Migawka wyrusza na ich poszukiwania, ale musi się wiele nauczyć i pokonać dużo spośród swoich słabości, by odzyskać „mamusię i tatusia”. Widownia, która oczywiście staje się widownią programu telewizyjnego, sekunduje dziewczynce, jej karkołomną wyprawę w głąb siebie, obserwując na ekranie i scenie zarazem. To niepowtarzalna okazja do śledzenia żywego planu, czy podejrzenia technik telewizyjnych i filmowych. Nad publicznością co jakiś czas słychać było odkrywcze: „A więc tak to się robi…”A Migawka wkładając dużo pracy i samozaparcia, z rozwydrzonego i niesfornego dziecka, staje się wyważoną dziewczynką, znającą wartość szacunku, zaufania i miłości do drugiego człowieka. Przedstawienie mądre, prowokujące do myślenia tych, którym adresowane, czyli starszych spośród młodszych. Zaaranżowane przez reżysera Pawła Aignera w innej, niż proponowana przez autorkę rzeczywistość jest ciekawą, multimedialną propozycją.

 

Niedziela, 7 października

Słowik

Teatr Guliwer Warszawa

Inny słowik

Andersen o „Słowiku” wie swoje, ale autor sztuki, która powstała w oparciu o tę baśń, Frantisek Pavlicek obdarzył znanego nam wszystkim chińskiego cesarza wiele głębszą mądrością. To otaczający go poddani zarażają ograniczeniem w myśleniu i stają się złym doradcą. Sam cesarz pyszny co prawda i łasy na atrybuty władzy, nie ugina się jednak pod naporem mało światłych dworzan. Gdy japoński pisarz goszczący na cesarskim dworze, najbardziej ceni tu śpiew słowika, budzi powszechne oburzenie. Cesarz chce posłuchać tego cudownego ptaka. Tylko kochającej naturę pomywaczce udaje się sprowadzić na dwór słowika. Ale mądry władca mimo aplauzu gawiedzi, nie chce dla niego klatki, nie pozwala zatrzymać siłą. Dostrzega piękno w tym wolnym stworzeniu, które raczy swym cudnym śpiewem tylko wtedy, kiedy chce. Nawet złoty mechaniczny słowik, dar od japońskiego cesarza, nie budzi w nim takiego, co w dworzanach zachwytu. Cesarz pozostaje zamyślony i niepewny własnych odczuć. Rozkochany w urokliwym dźwięku prawdziwego słowiczego głosu, pozbywa się pozytywki i swych niemądrych dworzan. Spektakl wyreżyserowany przez Ewelinę Pietrowiak, jest wyprawą w nieznane chińskie klimaty. Aktorzy mówią i poruszają się w charakterystyczny dla mieszkańców tej części naszego globu sposób. Kostiumy, scenografia, muzyka konsekwentnie utrzymują publiczność w nastroju tej egzotycznej dla nas Europejczyków kultury. Brawa za to! Mój syn, który wstał dziś lewą nogą i do teatru pójść nie chciał, z przedstawienia wyszedł zachwycony i powiedział, że jeszcze takiego spektaklu w Guliwerze nie widział.

 

Kabaret na strunach

The Fifth Wheel/Niemcy

Spektakl gościł na Małej Scenie Teatr Powszechnego

Tańczyć każdy może

Dziś pierwsi goście zza granicy zawitali na festiwalowe deski. Byłam świadkiem spektaklu, który można by nazwać wisienką na torcie. „Kabaret na strunach” Teatru The Fifth Wheel z Niemiec w reżyserii Petra Vasilieva dał pokaz wirtuozerii… marionetek. A właściwie aktorów, którzy w nie tchnęli nie tyle życie, co umiejętności taneczne, jakich pozazdrościć. W rytm znanych rytmów i szlagierów, kilkanaście marionetek robiło ze swym ciałem co chciało, przecząc prawom fizyki i naszym, ludzkim ograniczeniom. Konferansjer nie roniąc ani słowa, zapowiadał kolejne występy i nie było wątpliwości, z jakiego rejonu świata utwór przed nami. Z zapartym tchem czekaliśmy na gorące meksykańskie rytmy, hiszpańskie flamenco, taniec brzucha z dalekich Indii, koncert rockowy czy show Michaela Jacksona z Moonwalk oczywiście. Przy tym ostatnim przyznaję, popłynęła łza. Wzruszenie szybko ustąpić musiało jednak rozbawieniu, kiedy na scenę wjechał rozśpiewany cygański wóz. Aplauz widowni podczas każdego kolejnego występu tancerzy i śpiewaków, mówił sam za siebie. Fantastyczny pomysł, dopracowany w najdrobniejszym szczególe, ze smakiem i humorem. Trudno było nie zauważyć przyjemności, z jaką aktorzy grali, ale i ogromu ich pracy, bo stanęli oko w oko z najtrudniejszymi marionetkami. Te wymagające precyzji i wysiłku cuda o mrugających oczach i poruszających ustami, wyszły spod ręki aktora i reżysera spektaklu Dmitra Nomokonova. Publiczność po spektaklu nie chciała wypuścić artystów ze sceny, a najmłodsi teatromani mieli tyle pytań do wykonawców, że nie dali dojść do słowa dorosłym widzom. Tylko jednej osobie udało przebić się przez tłum zafascynowanych dzieciaków i zdołała zadać pytanie, kiedy znów będzie można zobaczyć zespół w Warszawie. To też mówi samo za siebie…

 

Poniedziałek, 8 października

Pomnik „Starego Doktora”

Park przy Teatrze Lalka

Z kwiatami do Korczaka

Złożenie kwiatów pod pomnikiem Korczaka nikogo nie dziwi. W końcu mamy rok korczakowski, w końcu trwa XVI Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży „Korczak”. Ale zasypanie Korczaka kwiatami… Teatr Lalka jak co roku podczas festiwalu, na chwilę zamienił się w kwiaciarnię, a festiwalowi współpracownicy w niezbyt znające się na biznesie kwiaciarki… W wazonach mieli tylko słoneczniki i… chętnie rozdawali je dzieciom… Każdy młody widz, który pojawił się w teatrze, obdarowany złocistym słonecznikiem, symbolem festiwalu, biegł do parku, gdzie stoi Korczak z gromadką dzieci. „Stary Doktor” kwiaty dostał dosłownie. Nikomu nie przyszło do głowy składanie ich pod pomnikiem. Mali teatromani wspinali się i utykali słoneczniki wielkiemu pedagogowi w dłonie, pod pachami, wtykali w buty, w kieszenie płaszcza. Dopiero kiedy Korczak nie radził sobie już z naręczem kwiatów, rozczarowane dzieci zaczęły układać je pod pomnikiem.

 

Emil i detektywi

Teatr Dziecięcy Branka Mihaljevica/Chorwacja

Spektakl gościł w Teatrze Lalka

Emil – po chorwacku i polsku brzmi tak samo

Dziś drugi dzień tygodnia i drugi spektakl zza granicy, czyli gość specjalny uświetniający Festiwal Korczak. „Emil i detektywi” w reżyserii Nikoli Zavisic Teatru Dziecięcego Branka Mihaljevica z Chorwacji to przedstawienie dla wytrawnych widzów. Jest prowadzący narrację chór, jest zupełny brak scenografii. Stanowią ją jedynie wnoszone na scenę przez aktorów walizki, które stają się schodami, wierzą telewizyjną, Bramą Brandenburską, bankiem, czy więzieniem. Poczułam się, jak na spektaklu dla dorosłych. Widać, że artyści traktują widza śmiertelnie poważnie i robią po prostu dobry teatr. Bez taryfy ulgowej. Nie umknęło mojej uwadze, że na scenie wielokrotnie padało nazwisko autora powieści, na motywach której powstała sztuka. To piękny ukłon w stronę tych, którzy w teatrze dostrzegani są najmniej, a bez których spektakl nie mógłby powstać. Dziś widzem były przedszkolaki i dobrze się stało. Myślę, że dla nich bariera językowa po prostu nie istniała. Dialogi można odesłać na drugi plan, gdy obrazy na scenie są tak sugestywne. A kto inny, jak nie małe dzieci, potrafią czytać między słowami i skupić się na sensie przekazu, pomijając zwykłą komunikację… Organizatorzy Festiwalu, zapraszając ten spektakl na swe deski, pokazali, że wierzą w warszawską publiczność i nie pomylili się. Słyszałam, jak te maluchy, wychodząc z teatru mówiły między sobą, że „to było super”… Bo jakie, jeśli nie super, skoro mały jeszcze Emil jedzie sam do Berlina. Wiele razy słyszy, by pilnował pieniędzy. Trafia do ogromnego, obcego miasta, gdzie od razu jest… okradziony. Boi się zgłosić sprawy na policję, bo… kto by się nie bał, gdyby niedawno pomalował kredą pewien pomnik… Szybko znajduje więc przyjaciół, którzy chętnie pomagają mu ująć złodzieja. Czy im się udało… trzeba będzie pojechać do Chorwacji…

 

Wtorek, 9 października

XL

Compagnie Irene K./Belgia

Spektakl gościł na Dużej Scenie Teatru Powszechnego

Żale grubasów

We wtorkowy poranek festiwalowi widzowie mieli okazję zobaczyć spektakl belgijskiego teatru „Compagnie Irene K.” o jednoznacznym tytule „XL”. Scenariusz napisała założycielka grupy, Irene Kalbusch. Troje aktorów, o dopasowanych do puszystego rozmiaru kształtach, zatańczyło wszystkie żale grubasów. „Wy myślicie, że my wciąż tylko jemy, przyglądacie nam się ukradkiem, dziwicie naszym ciałom, a my zupełnie, jak wy, lubimy się bawić, zawieramy przyjaźnie, zakochujemy… Jesteśmy tacy sami…” Motywem przewodnim przedstawienia jest jabłko, symbol grzechu. Grubasy noszą je w spodniach, bawią się nimi, całują je. Dla nas to powszedni, dla nich zakazany owoc. Bo tym owocem pożądania jest normalność. Chcą jej i potrzebują, jak każdy, jak my wszyscy. Podczas spektaklu nie podało ani jedno słowo, a wszystko było jasne. Brzydota, nieforemność, nieatrakcyjność to nie cechy charakteru człowieka, a fizizs, która zawsze pozostanie tylko zewnętrznością. W ostatniej, bardzo symbolicznej scenie, aktorzy zdejmują z siebie kilogramy, a pod spodem kryje się piękno i niepowtarzalność każdego z nich. Ich wnętrza nie miały nadwagi, były jedyne w swoim rodzaju i… piękne.

 

Brzdęk, puk, stuk

Theater o.N./Niemcy

Spektakl gościł na Małej Scenie Teatru Powszechnego

Kamień jak wygląda, każdy wie

Jeśli jest ktoś, kto uważa, że trzeba mieć kilka lat, żeby nadawać się na widza, przykro mi, myli się. Spektakl „Brzdęk, puk, stuk” – cienie głosów i kamieni…w domu, na naszej ziemi… według scenariusza Dagmar Domros przyjechał z Niemiec do najmniejszych z najmniejszych. Powitała ich sama pani reżyser Bernd Sikora. Na widowni widziałam maluchy w nosidłach. Artyści zaprosili swoich małych teatromanów do bardzo dobrze znanego im świata matki natury… do królestwa kamienia. Nawet, jeśli ktoś nie zdążył jeszcze poznać kamienia osobiście, to pamięć komórkowa, która w każdym z nas przecież drzemie, podpowiada, że to odwieczny element naszego naturalnego otoczenia. Nasi przodkowie żyli przecież w jaskiniach, kamieniami wskrzeszali ogień, a ich dzieci bawiły się niczym innym, jak… kamykami. Aktorzy z dziecięcą wręcz spontanicznością grali na kamieniach, niczym cymbałach, wydobywając dźwięki, o które nie podejrzewała bym tych szarych, pospolitych mieszkańców ziemi. Ale z kamieni powstała też twarz i wcale nie była kamienna… przybierała każdy wyraz, dzięki brwiom… z kamienia oczywiście. Artyści budowali to, co małe dzieci budować lubią najbardziej – wierze, które po osiągnięciu rekordu swej wysokości, waliły się z łoskotem na sceniczne deski. Była waga, z kamieni naturalnie, na szali której wstrzymując oddech dokładano po jeszcze jednym kamyczku… I wszyscy czekaliśmy, co się wydarzy. Artyści bawili się, jakby ten magiczny świat poznawali po raz pierwszy. A maluchy te proste obrazy przyjmowały z zaskoczeniem i zachwytem dla ich nowej perspektywy. Bo same kamienie przecież, obce im nie są. Po przedstawieniu mali widzowie mogli dotknąć i pobawić się… niczym innym, jak kamieniami.

 

Środa, 10 października

Mnemotechniki

Stowarzyszenie Praktyków Kultury-Warszawa

Spektakl zagrany na Małej Scenie Teatru Powszechnego

Mnemotechnika to zapamiętywanie

Festiwal Korczak to nie tylko stające do konkursu o miano najlepszego, spektakle teatrów zawodowych i zagraniczne przedstawienia grające, jako gość honorowy na warszawskich deskach. To również zjawiska teatralne, zdarzenia i warsztaty. Miałam dziś przyjemność zobaczenia spektaklu określonego mianem zjawiska teatralnego. Nie powstał on na profesjonalnych deskach, artystami nie są aktorzy. „Mnemotechniki” w reżyserii Leny Rogowskiej to projekt zrealizowany przez Stowarzyszenie Praktyków Kultury – Warszawa z udziałem… kobiet. Aktorkami są tu i gimnazjalistki i panie dojrzałe, dziewczyny z warszawskich osiedli i z poprawczaka. Kobiety z różnych środowisk, w różnych życiowych sytuacjach, z różnym bagażem doświadczeń i różną przyszłością. Śpiewają w rytmie rap niepowtarzalne opowieści, jak niepowtarzalne są historie każdego człowieka. Ich historie. Wspomnienia szczególne tylko dla odkopującej je z pamięci osoby, zderzają się ze wspomnieniami poruszającymi, chwytającymi za gardło. Największe wrażenie zrobił na mnie występ chóru, który zaśpiewał wspomnienie strachu jednej z dziewczyn przed przedszkolem. Tak bardzo się bała przekroczyć próg szatni, że zostawała w niej i czekała, aż mama wróci. „Nie chodziłam do zerówki. Chodziłam do szatni.” „Mnemotechniki” to spektakl multimedialny. Nie wszystkie z dziewczyn biorące udział w przedsięwzięciu stanęły na teatralnych deskach. Niektóre nagrały swe przemyślenia i postawiły kropkę nad „i”. Spójne, interesujące przedstawienie na prawdę wysokim poziomie. To dowód, że nie trzeba kończyć teatralnych szkół, by być autentycznym i przekonać do swojej historii. Słowa uznania należą się również Davidowi Sypniewskiemu, autorowi wizualizacji. Dawno nie widziałam tak nienachalnego i niebanalnego zarazem multimedialnego dopełnienia całości. Po przedstawieniu młodzież na widowni zadawała artystkom pytania. Ciekawiło wszystko – jak się spotkały, czy historie opowiadają we własnym imieniu, ile wysiłku kosztowało przygotowanie takiego przedsięwzięcia. Kobiety chętnie opowiadały, jak powstawał spektakl, ale to już inna historia…

 

Czwartek, 11 października

Królowa Śniegu

Teatr Baj Warszawa

Stara królowa

Szósty dzień Międzynarodowego Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży i kolejny spektakl, który stanął do konkursu o laur „Złocistego”. Królowa śniegu zrealizowana i zaprezentowana została w Teatrze Baj. Każdy zna tę piękną baśni Jana Chrystiana Andersena. Słowacki reżyser Kamil Ziska również uległ jej urokowi i napisał adaptację, która nie odbiega od zamysłu autora. W swym spektaklu przeprowadza młodych widzów przez dobrze nam znaną historię dwojga przyjaciół Gerdy i Kaja. Do oka chłopca wpada okruch z rozbitego lustra zła Królowej Śniegu. Staje się złym dzieckiem, które zaczyna nienawidzić wszystko i wszystkich, których kochał. Szybko trafia do lodowego królestwa. Niezniechęcona odmianą przyjaciela Gerda wyrusza, by wyrwać go z rąk złej królowej. Silna swą miłością do przyjaciela dziewczynka, przezwycięża trudności i odnajduje zamek królowej śniegu. Zamrożone na lód serce Kaja nie chce przyjąć pomocy przyjaciółki, ale dobro i czystość, które Gerda niesie ze sobą, pomagają rozpuścić lodowe dyby, w których ugrzęzło serce chłopca. Stara baśni o walce i zwycięstwie dobra nad złem, zrealizowana w iskrzącej się, plastikowo białej scenerii spod ręki Mariety Golomehovej.

 

Piątek, 12 października

Farfalle

Compagnia TPO/Włochy

Motylem byłam

Co w trawie piszczy każdy wie, ale ani ja, ani z szacunkiem nikt z Państwa, nigdy wielkości robaka nie był i z tak zielonej perspektywy na świat nie patrzył. Choć jest garstka wybrańców. To ci, którzy w przedostatni dzień XVI Międzynarodowego Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży „Korczak” 2012, przyszli do Teatru Powszechnego. Artyści Compagnia TPO z Włoch, pozwolili człowiekowi być kimś szczególnych, w odpowiednim ku temu miejscu. Motylem. Każdy wie, jak kruche i ulotne jest to piękno. Aktorzy nie dość, że zatrzymali je dla nas w urzekającym widowisku „Farfalle”, to uszczknęli rąbka tajemnicy, co znaczy takim stworzeniem być. Na naszych oczach rozegrał się piękny dwuosobowy taniec, współgrający z żywym obrazem, dziełem najnowocześniejszej technologii. W słońcu i wiatrach, wśród łąkowych szelestów i dźwięków, błyszczących robaczków świętojańskich, babiego lata, natura chowa w kokonach przed światem motyle. Brzydkie larwy nie spodziewają się nawet cudu, jaki ich czeka, gdy dostaną skrzydeł. Pomalują wszystko swymi barwami. Mały człowiek zostaje zaproszony do tej krótkiej przygody i staje obok aktorów na teatralnych deskach, a raczej w liściu kapusty, na chybotliwym źdźble trawy, kamieniu. Dzieciaki miały okazję uciekać przed żarłocznymi larwami, omijać pajęczyny, skakać z rośliny na roślinę, umykać przed kroplami deszczu, zupełnie pochłonięte motylim życiem, tańczyły, zostawiały za sobą kolorowe ślady. Wielkie uznanie dla efektów ciężkiej pracy graficzki Elisy Mersi i informatyka Rossano Monti. To jedyne w swoim rodzaju multimedialne widowisko. Choć grupa specjalizuje się właśnie w tego rodzaju przedsięwzięciach, każde jest inne i niepowtarzalne. Jeden z reżyserów i autorów scenariusza, bo projekt ma aż dwóch ojców, skromny Francesco Gandi, zaskoczony był tak gorącym przyjęciem spektaklu przez młodych widzów, choć przyznał, że praca nad przedstawieniem trwała dwa lata. To długo, jak na krótkie motyle życie.

Zuzanna Talar

Dodaj komentarz