W jego świecie istniała tylko muzyka i rodzina

 

Z Haliną Szpilman rozmawia Ewa Sośnicka-Wojciechowska

 

 

W tym roku mija setna rocznica urodzin znanego i cenionego, szczególnie w XX wieku, pianisty i kompozytora, Władysława Szpilmana. W Warszawie będzie ona hucznie obchodzona w dniach 22-26 września. Projekt nosi tytuł „Pianista Warszawy”. Z Halina Szpilman rozmawia Ewa Sosnicka-Wojciechowska Jest to określenie ze wszech miar słuszne, ponieważ po studiach muzycznych w Berlinie ( wcześniej uczył się w konserwatorium warszawskim) 01.04 1935 roku został etatowym pianistą Polskiego Radia w Warszawie i pracował tam z sukcesem również po II wojnie światowej. Artysta sprowadził do Warszawy rodziców wraz z rodzeństwem, oprócz występów w radio (wówczas wyłącznie na żywo) komponował muzykę klasyczną, filmową i piosenki. Ta twórczość już przed wojną przyniosła mu popularność. Tragiczne przeżycia podczas wojny zostały przez niego opisane i wydane ( w oprac. Jerzego Waldorffa) najpierw w 1946 roku (z dużymi okrojeniami cenzury) – książka nosiła tytuł „Śmierć miasta”. Po pięćdziesięciu dwóch latach syn Szpilmana, Andrzej, doprowadził do wydania pełnej wersji książki na zachodzie i tym razem „The Pianist” stał się światowym bestsellerem (przetłumaczona obecnie na 32 języki). W 2002 roku Roman Polański nakręcił wg tej książki film „Pianista” (jak wiadomo : Złota Palma w Cannes i trzy Oskary).

Po wojnie objął stanowisko szefa działu muzyki rozrywkowej w Polskim Radio, koncertował jako pianista z repertuarem klasycznym, komponował muzykę symfoniczną i – a to mało znany fakt – 1947 roku skomponował sygnał Polskiej Kroniki Filmowej. Można sądzić, że w późniejszych latach, mimo napisanych wielu wielkich piosenek – hitów to właśnie ten skrawek melodii był najbardziej znanym przebojem Władysława Szpilmana. (Dla młodych czytelników wyjaśnienie: kronika filmowa produkowana w odcinkach była wyświetlana obowiązkowo, jako świetny instrument propagandowy, przed każdym seansem w kinie). A w 1950 roku założył rodzinę; wziął ślub ze studentką Akademii Medycznej w Krakowie – Haliną Grzecznarowską.

– Pani Halino, jak się Państwo poznali?

W Krynicy w 1949 roku. Jak się później okazało, mąż widział mnie tam już rok wcześniej i bardzo chciał poznać, ale okazało się to niemożliwe ( w tamtych czasach wielkim faux pas byłoby podejście samotnie do panny i przedstawienie się jej). A tym razem przyjechałam z ojcem – posłem i w Domu Zdrojowym przebywało wielu jego znajomych. Władysław został mi przedstawiony, a potem bardzo szybko dowiedziałam się od niego, że mogę wyjść za mąż…

– Szybka decyzja! Co na to Pani rodzice?

Z początku szczególnie mama nie była zachwycona. On był ode mnie 16 lat starszy, studiowałam… Zupełnie inaczej wyobrażała sobie moją przyszłość. Prawdę mówiąc – ja też. Ani mi w głowie było w tym momencie małżeństwo.

– Mówił Pani o swoich przeżyciach wojennych?

Tak, ale nie musiał mi opowiadać, bo przeczytałam wcześniej jego książkę. Jednak jej autor, poznany osobiście kompletnie nie kojarzył mi się z tamtym bohaterem: był towarzyski, wesoły, dowcipny…

– Słychać w Pani glosie : to była miłość!

Tak, oczywiście. W 1951 urodził nam się pierwszy syn Krzysztof. A ja postanowiłam – to był rodzaj ambicji – że nie rzucę studiów. Wszyscy sądzili, że po zamążpójściu moja edukacja się skończy. O nie ! Przeniosłam się tylko na studia do Warszawy. Gdy pojawił się na świecie Krzysiu, trzeba było wszystkie obowiązki łączyć. Bywały sytuacje tragikomiczne : mój mąż zostawiony rano w domu z kaszką dla dziecka nie może jej podać, bo tak zgęstniała przy podgrzewaniu … itp. Muszę oddać mojej mamie, że z czasem bardzo zmieniła zdanie o Władysławie: najlepszy mąż, najlepszy ojciec… Tak go później widziała.

– Gdzie Państwo mieszkali w Warszawie?

Na Wilczej 11, w Domu Radiowym. Vis a vis mieszkał Jerzy Wasowski. To był jeden pokój z łazienką, a w nim mieścił fortepian, tapczan, komoda, stół z czterema krzesłami i koszyk z dzieckiem. A na parapecie stała dwupalnikowa kuchenka elektryczna, na której przyrządzaliśmy ową kaszkę. Cóż, trzeba było się cieszyć, że w ogóle mamy gdzie mieszkać. Zanim pojawił się drugi syn, Andrzej, zamieszkaliśmy już w dwupokojowym mieszkaniu na Wiktorskiej. To był luksus! Można było się rozejrzeć za jakaś pomocą domową…

– No tak, Pani skończyła studia i rozpoczęła pracę, robiąc po drodze specjalizację i doktorat, mąż również intensywnie pracował. Kto odpowiadał za dom?

Żyliśmy w dwóch światach zawodowych, ale mąż nie uchylał się od obowiązków takich, jak np. zakupy – szczególnie, że właściwie wszystko trzeba było zdobywać, a nie normalnie kupować. Jednak od organizacji w domu byłam ja. Podejrzewam też, że nie bardzo wiedział, do której szkoły chodzą synowie. Jednak w jego świecie istniała tylko muzyka i rodzina. I może dlatego, gdy trzeba było któregoś z chłopców ukarać – zostawiał to mnie. Tu się uchylał.

– Mąż napisał po wojnie ok. 500 piosenek, ale… niektóre pod pseudonimem. Dlaczego?

Po prostu: jeśli się mu jakaś kompozycja własna mniej podobała, wydawał ją pod pseudonimem Allegro. Dla niego ważne było komponowanie muzyki poważnej. Natomiast piosenki… nawet nie wiadomo, kiedy je komponował. Robił to bardzo szybko, błyskawicznie i jakby mimochodem. Jakiś temat zapisany na paczce papierosów, szybko zrealizowany i zapomniany. Nie przywiązywał do tego wagi. Ale piosenki to nie jedyny przypadek przybierania pseudonimu. Występował w radio w „Kwadransie jazzowym”, gdzie improwizował na różne tematy i robił to naprawdę wspaniale. Potem zagrał w Katowicach koncert Brahmsa i pojawiła się pogłoska, że Szpilman ma „jazzowe uderzenie”. Wtedy w „Kwadransie” zaczął grać pod pseudonimem Karwiński, ażeby już jego nazwiska nie kojarzono z jazzem.

– W 1963 roku mąż odszedł z radia (wymuszono na nim tę decyzję za pomocą obrzydliwego donosu) i założył Kwintet Warszawski, który zaczął robić furorę szczególnie za granicą. Jak Pani wspomina ten czas?

Och, to były przede wszystkim trzy olbrzymie tournee po Stanach Zjednoczonych. Przyjmowani byli fantastycznie. Kwintet miał aż trzech agentów i do 1986 roku zagrał ponad 2000 koncertów na całym świecie. Mnie się udało pojechać na ich koncert do Paryża i bardzo milo wspominam ten cały pobyt. Tak sobie myślę, że może wtedy u tej Very Gran, która też przebywała w Paryżu i być może śpiewała w jakiejś podrzędnej knajpce, spotęgowała się zazdrość i zawiść wobec mojego męża.

– Mówi Pani o jej oskarżeniu męża o kolaborację z hitlerowcami?

Tak, mówię o jej chorych majaczeniach, w których obrzuca mojego męża błotem. W 1946 roku, gdy wyszła jego książka, żyło jeszcze wielu ludzi, którzy przeżyli Getto i gdyby cokolwiek takiego miało miejsce, podniosłyby się w Warszawie protesty z ich strony. Wystąpiliśmy do sądu przeciw Wydawnictwu Literackiemu, które wydało książkę „Oskarżona Vera Gran” i reklamowało ją jako „drugą stronę – nieopowiedzianą – historii Władysława Szpilmana”. Cała ta sprawa jest dla mnie i całej mojej rodziny bardzo przykra.

– Kim są teraz Państwa synowie?

Starszy Krzysztof w wieku 18 lat wyjechał na kilka tygodni do Londynu i nie wrócił. Skończył filozofię, potem japonistykę i zrobił doktorat w Yale. Obecnie mieszka w Japonii i jest profesorem historii nowożytnej tego kraju. Często mnie odwiedza. Mieszkający w Szwajcarii Andrzej jest stomatologiem, ale ma również wykształcenie muzyczne i czasem komponuje. Jego dzieci to Daniel – lat 19 i Alina – lat 14, oboje mówią po polsku, a Daniel w zeszłym roku był tu wolontariuszem przy Konkursie Chopinowskim. Biegał tam od rana bardzo sumiennie i na pewno był pomocny, bo zna kilka języków.

– Jak się Pani żyje po śmierci męża?

Smutno mi, że go nie ma i nie widzi, co się teraz dzieje wokół jego osoby – mówię o zainteresowaniu na skalę światową z powodu książki i filmu. Podejrzewam, że byłby tą sytuacją zaskoczony i traktował ją z przymrużeniem oka. Natomiast ja nadal jestem osobą zajętą, bo wciąż jeszcze zgłaszają się pacjenci, a poza tym jestem zapraszana na różne uroczystości związane z działalnością mojego męża i to nie tylko w Polsce. Nikt o tym nie pisze, ale 8 lat temu została ufundowana przez Uniwersytet w Lüneburgu (Niemcy) nagroda imienia Hosenfelda – Szpilmana i jest ona przyznawana osobom, które zajmują się problemami polsko-niemieckimi, historią ratowania ludzi podczas wojny. Hosenfeld, oficer niemiecki, został uhonorowany nie tylko za pomoc mojemu mężowi pod koniec wojny, ale za pomaganie wielu ludziom w Polsce od 1939 r. Ostatnio tę nagrodę otrzymała muzykolog, dr Katarzyna Naliwajek-Mazurek za wystawę „Muzyka w czasie okupacji”. Wystawa była prezentowana również w Berlinie i w Warszawie. Cieszę się, że tym razem nagrodę Hosengelda-Szpilmana otrzymał ktoś z Polski.

Dziękuję za rozmowę

Ewa Sośnicka -Wojciechowska

Dodaj komentarz