Widz nie jest klientem

Trwa ożywiona wymiana zdań po głośnym proteście artystów teatrów wobec niepolityki kulturalnej części samorządów, ogłoszonym w trakcie Warszawskich Spotkań Teatralnych, a ponownie wzmożona po decyzji Rady Warszawy o połączeniu Teatru na Woli i Teatru Dramatycznego i mianowaniu na stanowisko dyrektora połączonych instytucji (wraz ze sceną Przodownik, d. Laboratorium Dramatu) Tadeusza Słobodzianka. Wyczerpano bodaj wszystkie argumenty, ale warto przypomnieć felieton Tomasza Miłkowskiego z majowego numeru miesięcznika „Tak Po Prostu ” – pt. Widz nie  jest klientem.

 

Na deskach

Widz nie jest klientem

 

Po wszystkich przedstawieniach Warszawskich Spotkań Teatralnych czytany był na scenach list środowiska teatralnego, będący wyrazem protestu przeciw błędnym decyzjom, niedoinwestowaniu i braku wyraźnych kryteriów polityki teatralnej. Słowem, rodzaj protestu przeciw niemrawej z jednej strony, a zaskakującej z drugiej strony praktyce zarządzania teatrami. Rzecz była skierowana głównie w stronę samorządów, a bezpośrednią przyczyną ogłoszenia listu była zmiana statutów teatrów dolnośląskich, mająca umożliwić mianowanie menadżerów na stanowiska dyrektorów naczelnych (w miejsce artystów) i trwający pat w sprawie obsady stanowiska dyrektora Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Apel czytali znani aktorzy i reżyserzy, m.in. Magdalena Cielecka, Mariusz Bonaszewski, Jan Klata, a więc lekceważyć tego głosu nie uchodzi. W apelu znalazły się słowa mocne, świadczące o przywiązaniu artystów do społecznej misji teatru: „Teatr nie jest produktem. Widz nie jest klientem” oraz przekonanie, że to kultura, a teatr w szczególności stanowi o sile promocyjnej Polski. Ta ostatnia uwaga nawiązuje do decyzji samorządu Warszawy, który znacznie zwiększył fundusze na promocję miasta, a jednocześnie znacznie uszczuplił dotacje na teatry, a to daje do myślenia.

Powody dla których artyści protestują – choć wskazane tym razem konkretnie – nie pojawiły się nagle, choć czas festiwalu WST nie był wybrany fortunnie. Może skutecznie, ale niezbyt elegancko, skoro festiwal odbywał się przecież za grosz publiczny, samorządowy głównie, bo to warszawski ratusz, przyznając na WST półtora miliona zł był głównym ich fundatorem. Urzędnicy mieli powody do frustracji – wysupłali ze zmniejszonej kryzysowej kiesy niezły grosz i zamiast podzięki usłyszeli litanię pretensji. Apel jednak okazał się skuteczny, bo dolnośląski samorząd wycofał się z pomysłu obsadzania stanowisk dyrektorów teatrów przez ludzi spoza branży.

Przy okazji tej demonstracji przekonań warto zauważyć kilka znamiennych faktów. Po pierwsze, apel sygnowano jako apel środowiska ponad podziałami (także artystycznymi). Podpisany przez ponad 900 ludzi teatru, nie został podpisany przez żadną z istniejących organizacji środowiska, formalnie uprawnionych do reprezentowania jego interesów. To wyraz braku zaufania do tej reprezentacji, a przynajmniej do skuteczności jej działania, a to oznacza, że system demokratyczny jest dziurawy – zaledwie formalny, ale bez istotnego wpływu na realną sytuację. Że tak jest świadczy choćby procedura powoływania dyrektorów teatrów. Wprawdzie powiada się w odpowiednich przepisach, że wyłania się ich w drodze konkursu, ale nie jest to żaden obowiązek. Wprawdzie powiada się, że przed powołaniem dyrektora należy zasięgnąć opinii Związku Artystów Scen Polskich, ale nie jest to opinia wiążąca. Wprawdzie kandydat na dyrektora powinien przedstawić swój program, a właściciel (czytaj: samorząd) powinien zagwarantować środki na jego realizację, jeśli program akceptuje, ale jeszcze nigdy tak się nie zdarzyło. Żyjemy zatem w świecie fikcji – w końcu sztuka teatru jest krainą ułudy.

Po drugie, apel dość trafnie opisuje stan rzeczy (z faktami trudno dyskutować), ale wskazuje dość naiwnie źródło pojawiających się pęknięć i niedowładów. Widzi mianowicie całe „zło” w „złych urzędnikach”. Dość ich wymienić i będzie pięknie. Otóż nie będzie. Apel omija istotę zagadnienia, to jest systemowe rozwiązania. Wprawdzie nieśmiało apeluje o świadomą politykę teatralną, żeby było wiadomo, jakie są mianowicie oczekiwania mecenasa samorządowego, ale jednocześnie postuluje niezależność teatrów artystycznych od ich właścicieli, a tego zagwarantować się nie da, bo jeszcze się nie narodził taki właściciel, który miałby nie interesować się swoją własnością. Postulat jest więc z natury rzeczy sprzeczny.

Na dobrą sprawę wszystkie dotychczasowe próby reformy teatrów zamarły w połowie drogi. Przed kilkunastu laty pisałem: „teatr nasz znalazł się w bolesnym okresie restrukturyzacji. Mówiąc wprost, już trwają zabiegi wyszczuplające: zwalnia się personel techniczny, administracyjny, pozbywa części zespołu artystycznego, zwłaszcza rezydentów. Nie wnikając w szczegóły, bo te bywają zaskakujące (zdarza się, że ofiarą redukcji padają najbardziej oddani pracownicy), zabiegi te na ogół dobrze służą nie tylko kondycji finansowej – skład zespołów teatralnych staje się czytelniejszy, dyktowany rzeczywistymi potrzebami artystycznymi i organizacyjnymi.

Ale zawisło nad teatrami jeszcze jedno widmo – paraliżu albo likwidacji. Nie nad wszystkimi wprawdzie w równym stopniu, ale bodaj żaden dyrektor sceny nie może powiedzieć, że prowadzi swoją działalność bez bolesnych ograniczeń, krocząc od sukcesu do sukcesu. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, ale czy to normalne, że nawet Teatr Narodowy musi przekładać premierę z powodu niedoboru środków w kasie, że może sobie pozwolić na granie jedynie na „pół gwizdka” – każda ze scen Narodowego pauzuje mniej więcej przez pół miesiąca? Czy to normalne, że jedna z czołowych scen warszawskim, Współczesny, musi prowadzić drakońsko oszczędną politykę – mimo że jego spektakle są oblegane przez publiczność, może grywać na swojej drugiej scenie zaledwie kilka razy, najwyżej dziesięć razy w miesiącu, a wypuszczenie każdej kolejnej premiery dla zespołu o wielkiej potencji artystycznej to wstrząs dla budżetu Teatru? Czy to normalne, że nawet jubileusz Sceny Kameralnej stołeczny Teatr Polski musiał „sztukować” premierą sprzed kilku miesięcy, oficjalnie „oddaną do użytku” właśnie z tej okazji?”. Powtarzam te słowa nie po to, by napawać się celnością uwag, ale zdumiewać ich aktualnością. Minęło 12 lat z okładem i nic się zmieniło.

Po trzecie, w apelu mowa o teatrze artystycznym, bo to w jego obronie wypowiadają się sygnatariusze. To znaczy nie w imieniu całego teatru, ale artystycznego. To znaczy, że istnieje teatr nieartystyczny. Który zatem jest artystyczny, a który nie? Ten, który się na to stanowisko mianuje, czy ten, który tę pozycję zdobędzie albo ten, który na uprawianie teatralnego laboratorium uzyska społeczny mandat. To są praktyczne pytania, przed którymi uciekać nie wolno. Podczas konferencji w Teatrze Dramatycznym, zorganizowanejprzez przedstawicieli apelujących powoływano się na przykład dymisji Wojciecha Klemma ze stanowiska dyrektora teatru w Jeleniej Górze (przed kilku laty). Nie dodano jednak, że na spektakle Klemma i innych reżyserów pracujących w tym teatrze za jego dyrekcji nikt (no, prawie nikt) w Jeleniej Górze nie chciał chodzić. Apel zręcznie omija więc własne grzechy teatru i temat „artystyczności”. Na przykład pytanie, ile może być w Warszawie teatralnych laboratoriów? To nie są pytania wyssane z palca, skoro miasto stoi przed zadaniem sensownego zarządzania ogromnym gospodarstwem teatralnym stolicy, w którym zbyt wielu pali się do roli Grotowskiego, a niewielu do roli Dejmka.

I po czwarte: czy nie ma miejsca na teatr, w którym widz jest klientem? Czy stołeczny ratusz powinien w trybie pilnym rozwiązać teatry Kwadrat, Syrena i Komedia? Rozmaite można wyciągać wnioski ze szlachetnie brzmiącego apelu. A swoją drogą, kiedy władze samorządu wielkopolskiego nie przedłużyły rok temu kontraktu dyrektorskiego Januszowi Wiśniewskiemu, żadnych listów koledzy artyści nie podpisywali, choć ginął jeden z najważniejszych polskich teatrów artystycznych. Paskudna myśl pojawia się na koniec: może jednak o własne interesy tu chodzi?

Tomasz Miłkowski

 

Felieton opublikowany na łamach miesięcznika Tak Po Prostu NR 2 (MAJ 2012).

Dodaj komentarz