Zielone Wzgórze, czyli dom Maryli [Teatr 6 piętro – Booking Place]

 

Jest tu zapach, smak, kolor. Wszystko w tonacji soczystej, pełnej życia zieleni. Anię Shirley taki widok by uskrzydlił. I nic dziwnego, skoro spektakl opowiada jej historię, idąc głównym tropem powieści Lucy Maud Montgomery.

Mój Boże, świat się chwieje, internet szaleje, a rudowłosa, niesforna Ania z Zielonego Wzgórza wciąż łączy małe i duże dziewczyny. Ba, znam też wyrośniętych chłopców, z wyrośniętym peselem, którzy książkę i bohaterkę stale adorują. Teatralny konterfekt Ani zawsze więc może liczyć na wierną widownię, ale nie zawsze na bliski atmosferze literackiego pierwowzoru sceniczny koloryt.

Tym razem celne skróty, które wnosi klarowna adaptacja Andrzeja Konica zyskały spójną inscenizatorską oprawę, łącząc wzruszenie, estetyzm i żart. Karol Stępkowski – reżyser przedstawienia prezentowanego w ramach artystycznych inicjatyw Teatru 6 Piętro oraz producenta Booking Place – szerokim łukiem wyminął postmodernistyczne metody przekazu. Nikt tu nikomu nie zagląda w bebechy. Chronologia trzyma się krzepko. Aktorzy nie epatują maskami, ale i nie imitują prozatorskich charakterystyk. Piękna i powiedziałabym, że „czuła” scenografia [Małgorzata Grabowska-Kozera, Marta Kozera] fotograficznym, trawiasto-słonecznym horyzontem oraz szeroko rozpostartą murawą tworzy wnętrze uzasadniające język opowieści. Mieści się tam i obraz, i dialog, i narratorski cytat: Murawa prowadzi również do facjatki, miejsca gdzie Ania – uczennica przeżywa chwile emocjonujących wzlotów i zapaści. Murawa otacza wszystkich bohaterów, łączy fakty, nadając kolejnym zbliżeniom poetycko-żartobliwą formę. Rzecz ma rytm, wdzięk i lekko zarysowane stylizatorskie plany.

Cały ten przyjazny książce reżyserski zamysł pięknie odczytała Maryla Katarzyny Skarżanki. Rzadko się dziś zdarza – wśród nawałnicy aktorskiej minoderii z jednej strony, a serialowej bylejakości z drugiej – tak dobrze uszyta rola. Skarżanka rozmaicie dawkowaną ekspresją odsłania portret Maryli, która jest opoką Zielonego Wzgórza. Prawda rozmowa, skrywana wrażliwość, lekko muśnięty uśmiech, stylizacja, właściwe hierarchie gestu i ruchu. Krótko mówiąc, nowoczesny warsztat wsparty rodzajowym ornamentem. Pani Katarzyno brawo!

W przestrzeni, którą zagospodarowuje, a równocześnie otwiera Maryla znakomicie odnajdują się Małgorzata Linde [Anna Zagórska] i Mateusz [Witold Bieliński]. Zagórska nosi z wdziękiem i stosowną miarą stroje oraz… wścibstwo pierwszych dam Avonlea. Precyzyjnym łącznikiem fabuły są nieme sceny przy stole, kiedy aktorka to prowadzi, to wycisza, to łagodzi surowe oceny i ostre spojrzenia. Własnymi ścieżkami krąży wokół rodzinnych perypetii Mateusz Witolda Bielińskiego. Nieśmiały, osadzony w autentycznym ściszeniu, powściągliwej gestyce przez którą przenika niczym nie fałszowana dobroć. Odmienne, choć też mocne barwy posiada scena zamiany soku z winem, której ofiarą pada – nota bene z komediowym rozmachem – Diana Barry [Joanna Pach – Żbikowska].

No a teraz czas Ani. Olgę Sarzyńską powinny uskrzydlić znakomite warunki fizyczne i wyjątkowy sceniczny temperament. Powinny, tymczasem już we wstępie zjawia się szaleńcza nadekspresja, neurotyczny pląs. Cui bono? Nie wiem. Przecież im bliżej do quasi-groteskowych deformacji, tym dalej do naturalnego wdzięku bohaterki. Co nie zmienia faktu, iż bywają momenty, kiedy Sarzyńska animuje świetną zabawę.

I jeszcze krótki przypis. Polecam Państwu spektakl wypełniony dosłownie i

metaforycznie zielenią. Taki ton przybrały nawet pasaże muzyczne [Mateusz Dębski]. Dlatego ostatnie słowo zostawiam poecie.

„Rozmyślam coraz częściej

od pewnego wieczoru,

że chyba moje szczęście

jest zielonego koloru”

 

Jagoda Opalińska

Dodaj komentarz