Warszawskie Spotkania Teatralne 1965–2011

 

Kiedy w 1964 roku zorganizowano I Warszawskie Spotkania Teatralne, wolno sądzić, że nikt z organizatorów nie zdawał sobie sprawy, że oto powołano do życia jedną z najtrwalszych i najważniejszych instytucji życia teatralnego w Polsce. WST rychło z jeszcze jednego festiwalu (choć wówczas nie było ich jeszcze tak wiele), stały się instytucją: ustalały hierarchie, promowały kariery, nobilitowały lub utrącały, kreowały mody. Były świadectwem stanu teatru, ale i go tworzyły, inspirowały.

N/z: Utwór o matce i ojczyźnie w reż. Jana Klaty, Teatr Polski we Wrocławiu, fot. Natalia Kabanow

 

 

 

WST miały swoją publiczność. Wychowały kilka generacji warszawskiej inteligencji. Stworzyły całe, nie małe, środowisko ludzi wokół teatru.

Cieszyły się opinią najlepiej zorganizowanego polskiego festiwalu teatralnego.

WST przechodziły liczne przemiany – koncepcyjne, ideowe i artystyczne, organizacyjne, ale jedno się nie zmieniało: były najważniejszym polskim festiwalem teatralnym. Warszawskie Spotkania Teatralne to na dobrą sprawę trzy różne festiwale pod tym samym szyldem, ale uprawnione do jego zachowania. Najważniejsze, te które ufundowały legendę, to lata 1965–1980 (81), czyli I–XVI, które w większości odbywały się w grudniu, w Teatrze Dramatycznym, te które zdominował Stary Teatr i grupa twórców w nim skupiona: Konrad Swinarski, Andrzej Wajda. Potem seria wznowieniowa, trzy festiwale z lat 1987–1989 (to czas Jerzego Jarockiego, Tadeusza Bradeckiego). Później znów przerwa „ustrojowa” i XX WST w grudniu 1990 roku, dalej nieregularnie, właściwie co półtora roku aż do XXVII w roku 2000 (nadal Jarocki, ale i młodsi: Mikołaj Grabowski, Rudolf Zioło, Piotr Tomaszuk), kiedy to Spotkania zapadły w niebyt. Wznowiono Spotkania w 2008 roku, zachowując ciągłą ich numerację i organizację powierzono Instytutowi Teatralnemu im. Zbigniewa Raszewskiego. XXX WST miały rozpocząć się 12 kwietnia 2010 roku i zostały odwołane z powodu żałoby narodowej po wypadku prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Z racji tych zawirowań nie zgadza się więc liczba lat z numeracją festiwali (choć wierni widzowie WST niechętnie używali słowa „festiwal” – WST to po prostu Spotkania, nie żaden festiwal, festiwale odbywały się tuzinami, a Spotkania były dla nas tylko te jedne).

Kiedy w pewnym momencie ich zabrakło – zachwiały się kryteria ocen, zabrakło skali porównawczej, punktu odniesienia, zderzenia estetyk, postaw, osiągnięć i klęsk.

Po doświadczeniach reaktywowanych Spotkań próbujemy odpowiedzieć na pytanie o sens, możliwość przywracania tego, co było. O reprezentatywność, sposób pokazywania kilkunastu przedstawień, które mają stać się świadectwem tego, co się w polskim teatrze dzisiaj dzieje. O rolę takiego festiwalu – dla samego teatru, dla jego twórców, dla publiczności.

Co łączy dziś te dawne Spotkania z lat 60. i 70., tę drugą edycję lat 80. i 90. z naszymi spotkaniami trzeciego tysiąclecia? Otóż jest pewien łącznik choć ma on kształt linii przerywanej, a może sinusoidy na osi odciętych: jest nim odpowiedź na pytanie, gdzie stoi fotel, już nie recenzenta, ale reżysera. Spotkania pokazują dobitnie, że teatr najważniejszy jest wtedy, gdy ten fotel nie stoi w czwartym rzędzie po środku, ale jak kiedyś mówiono – na placu publicznym. Gdy reżyser nie mówi o sobie: „jestem artystą, tworzę wielkie dzieła”, lecz słucha, co się wokół niego na placu dzieje, co się mówi, o czym się mówi i jak.

Warszawskie Spotkania Teatralne to ogromny i trwały dorobek środowiska teatralnego, mimo wszelkich polemik o ich kształcie.

Warszawskie Spotkania Teatralne to mit, legenda, sentymenty. Oczywiście nie wszystkich warszawskich teatromanów, ale tego ich odłamu, który chodził na nie w latach siedemdziesiątych, w latach największej prosperity polskiego teatru. Wspólne wielogodzinne stanie w kolejce, przepychanie się o lepszy kawałek podłogi, by zobaczyć przedstawienie Swinarskiego, Dejmka, Nyczaka czy Grzegorzewskiego rodziło w nas poczucie przynależności do pewnej wspólnoty wtajemniczonych. Tu edukowaliśmy się nie tylko teatralnie, tu uczyliśmy się, jaka może być potęga sztuki. Oczywiście – nie wszyscy i rozumiem, że dla wielu brzmi to jak bajka o żelaznym wilku. Ale dla wielu z nas tak kiedyś było.

Magdalena Raszewska

 

Dodaj komentarz