Nina Andrycz – Laudacja

 

Krystyna Gucewicz wygłasza laudację
Spotykamy się w dniu szczególnym, a nawet osobliwym. W Międzynarodowym Dniu Teatru, obchodzonym na całym świecie jako święto sceny, aktora i widza. Z perspektywy internetu, iPoda i iPhona to nasze święto niektórym może wydać się anachroniczne. Na szczęście jest jeszcze Szekspir. I tego się trzymajmy.

Przywiódł nas tutaj niekłamany podziw dla osoby, artystki, dla zjawiska, które w sztuce teatru zapewne nie ma sobie równych. Na imię mu Nina Andrycz. Andryczówna, jak mawiano jeszcze do niedawna z szacunku dla bogactwa polszczyzny.

Aktorka. Wielka, wspaniała, fascynująca, niepowtarzalna, magiczna, olśniewająca, świetna, wyjątkowa, porywająca, zaskakująca, piękna, inteligentna, nieprzeciętna, wyrafinowana, finezyjna, znakomita, niedościgła… Na giełdzie przymiotników Nina Andrycz zdobyłaby Grand Prix. Tak jak w rankingu uczuć publiczności. W legendarnym plebiscycie „Expressu Wieczornego” (wiem coś o tym) Pani Nina triumfowała czterokrotnie, zdobywając Srebrne Maski. Nikomu innemu to się nie udało. Nigdy.

„Więcej niż piękna i dogłębnie inteligentna” – napisał Nowaczyński, kiedy oszalał z zachwytu. Wtórował mu Wierzyński: „Andryczówna to wielki skarb”. Zawrót głowy przeżył Iwaszkiewicz, oglądając młodziutką i zjawiskową Solange w swojej sztuce Lato w Nohant. Ci panowie, przypomnę, to tuzy polskiej literatury, wysoka półka.

Tu anegdota, którą pani Nina opowiada czasem: W wywiadzie ze mną bardzo znany dziennikarz telewizyjny powiedział: – Grała pani w „Lecie w No-hant”. Nie mrugnęłam okiem. Niech usłyszą, że nieuk.

Jest znana z tego, że wypowiada się dobitnie i prosto z mostu. Być może uprzejmiej byłoby powiedzieć, że jest silną indywidualnością i żywiołową „gwałtownicą”. Ale ona sama machnęłaby ręką – po cóż te cudzysłowy. Rozumiem to doskonale: Nina Andrycz to córka Kresów. Osoba nieposkromionej wolności wewnętrznej, krnąbrna, konsekwentnie bezkompromisowa, szczera do bólu.

Może dlatego szukała teatralnych masek, kostiumu, w którym jest się już kimś innym, postaci i ról otwierających nowe obszary dialogu ze światem? Jej światem stał się teatr. Świątynią, religią, narkotykiem, miejscem sprawowania władzy absolutnej, być może także terapią, dotknięciem Losu, szansą zrealizowania jakiejś nienazwanej, wyższej konieczności. Kto wie: być może ona sama jest swoją największą kreacją.

Urodziła się w carskiej Rosji, pierwsza wojna światowa właśnie rujnowała Europę, i umierał ostatecznie wiek XIX. Nie umierały tylko marzenia. Wbrew sprzeciwom matki, kilkunastoletnia Nina wyjechała z rodzinnego Brześcia nad Bugiem do Warszawy, na studia w legendarnym Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej PIST. Była to wówczas jedna z najnowocześniejszych uczelni w Europie, szkoła sław profesorskich i ich wybitnych wychowanków.
Talent, uroda, niewyobrażalna pracowitość sprawiły, że po krótkim epizodzie wileńskim Andryczówna znalazła się w teatrze marzeń: w Warszawie, u Szyfmana, w Polskim na Karasia – a świętujemy w tych dniach stulecie położenia kamienia węgielnego pod ten historyczny gmach, projektowany zresztą przez wujaszka Pani Niny, Czesława Przybylskiego (zainteresowanym przypomnijmy, że teatr otwarto błyskawicznie, po 9 miesiącach, 29 stycznia 1913 roku odbyła się premiera Irydiona).

Na siedemdziesiąt lat z okładem Teatr Polski stał się jej domem. Tutaj odnosiła niewiarygodne sukcesy, tutaj słuchała muzyki braw i nigdy go nie zdradziła, bo też ta miłość była wzajemna.

Przyjęło się mówić, że Andrycz została stworzona do ról heroin tragicznych, koronowanych głów, kobiet o silnej indywidualności, jakich w istocie zagrała wiele. I w wielkim repertuarze. Lady Milford, Szimena, Maria Stuart, Elżbieta królowa Anglii, Kleopatra, Lady Makbet, Balladyna, Joanna d’Arc Shawa, caryca Katarzyna, Izabela Łęcka. Publiczność szalała, krytyka kochała i tylko ówczesny utytułowany małżonek, w końcu premier naszego kraju, nie był do końca ukontentowany. Podobno, przejeżdżając obok teatru, miał zwyczaj uchylać kapelusza, i mówił: „Oto mój największy rywal…”.

W istocie. Przedstawienia z Andryczówną szły po 250, 300 razy. W jej aktorstwie ceniono kunszt, obłąkańczy profesjonalizm, mistrzowską analizę roli, trud cyzelowania – jest takie staroświeckie słowo. Podkreślano muzyczność frazy, ekspresję oczu, wytworność gestu.

Wszystkie te atuty wykorzystał Teatr Telewizji, zjawisko nieznane gdzie indziej, scena dająca cotygodniową premierę dla milionów widzów. Nina Andrycz odnalazła się w tym medium, tworząc kreacje w repertuarze klasycznym i współczesnym, z pamiętną Damą Kameliową czy Anną Kareniną w pierwszym rzędzie.

Niebawem podjęła niebywałe wyzwanie; jako przewrotna prowokatorka zagrała Dulską, mieszczkę i kołtunkę, która zamiast szat królewskich nosi sprany szlafrok, i tak też żyje. Znowu sukces, pamiętam tę realizację i reakcję na nią: zaskoczenie, zdumienie, podziw. Mówiono, że zagrała wszystkim na nosie – coś w tym było. W tym samym czasie (1973) na „offowej” scenie Starej Prochowni Andryczówna pokazała jeszcze inną twarz, zagrała siebie samą w ekshibicjonistycznym monodramie Kajzara Gwiazda. To już nie był sukces, to był triumf. Za moment szokowała w Krzesłach Ionesco – entuzjastycznie przyjętych w USA.

Niestety, nie odnalazł jej film, chociaż rola w Kontrakcie Krzysztofa Zanussiego obiecywała wiele. Zabrakło kolejnych… kontraktów.

Nikt nie zaprzeczy: aktorstwo to zawód fascynujący i okrutny. Wielokrotnie o tym rozmawiałyśmy, miałam zaszczyt i radość pisać o niej, omawiać jej role, publikować recenzje, wywiady. Były to zawsze twórcze spotkania, bo też aktorka była, jest i będzie osobą kreatywną. Sięgnęła po pióro. Jako autorka jednoaktówki Wakacje z diabłem, postawiła pełne ironii Lustro przed sobą. Jako prozaiczka wydała dwie części literackiej biografii, a właśnie ukazuje się trzecia. Jako poetka opublikowała sześć tomików wierszy, pisanych przed wieczorem, podobno na leżąco, bywało że z kieliszkiem czerwonego wina. Fragment jednego z jej wierszy, zatytułowanego „Horoskop”, przytoczę. Jest najwierniejszym portretem pani Niny:

Urodziłam się pod Skorpionem

Zodiaku znakiem jesiennym

Jestem pomyślana na:

trudne sytuacje / wielkie rewolucje

dzieciństwo w śniegu / młodość we krwi

króciutkie wniebowstąpienie / jednej miłości

szaleństwo długiej pracy / łzy.

 

Pani Nino. Niech to będą łzy wzruszenia, łzy radości. I uśmiechu. Bo tak naprawdę, mówiąc tu o tym wszystkim, nie powiedziałam jednego. Talent, jak talent: ale nogi!! (zdjęcia nie kłamią). À propos zdjęć – oto fotografia, której pani nie zna, z okupacyjnej Kołbieli, u mojej późniejszej, a pani wcześniejszej rodziny – u księżny Koszczug, Przyborów i Krauzów. Z serdecznościami. Prawie urodzinowo, chociaż mamy jeszcze trochę czasu (11 listopada 2012).

Ad multos annos!

 

Krystyna Gucewicz

Dodaj komentarz