Oresteja: TAK i NIE, Wesołowska/ Miłkowski

 

Fof. Bartosz Nalazek

Mit o upadku rodziny

Sięgając po raz trzeci po dramat antyczny, Maja Kleczewska ukazuje widzowi uniwersalne problemy, które dotykają człowieka niezależnie od czasu czy miejsca, w którym żyje. Jedyne zastrzeżenie budzi tytuł spektaklu – Oresteja – która wbrew temu, co sugerują plakaty i prasa, nie jest Oresteją Ajschylosa, a Kleczewskiej. Reżyserka od tej trylogii antycznej wychodzi, czyniąc ją jakby bazą do dalszych przemyśleń; do samych zaś fundamentów antycznych dorzuca kolejne warstwy w postaci innych tekstów, jak chociażby Scen z życia małżeńskiego Bergmana czy Godzin Hare’a

 

Oresteja oparta jest na micie o rodzie Pelopidów, z którego wywodzi się król Argolidy Agamemnon (Mirosław Konarowski). Poświęca on swoją córkę Ifigenię bogini Artemidzie, aby sprowadzić dla wojska pomyślne wiatry. Po powrocie do domu, zostaje chłodno przyjęty przez swoją żonę Klitajmestrę (rewelacyjna rola Danuty Stenki). Kobieta nie może pogodzić się z tym, że mąż poświęcił bogom ich najmłodszą córkę oraz przyprowadził do pałacu brankę Kasandrę (bardzo dobra rola Wiktorii Gorodeckiej). Postanawia zabić Agamemnona, a swój czyn uważa za sprawiedliwy – jest on bowiem zapłatą za zabójstwo oraz wiarołomstwo mężczyzny. W słuszność czynu wątpi chór, którego na czele w roli koryfeusza stoi Anna Chodakowska. Przewiduje on następstwo zbrodni w słowach „tu śmierć – tam śmierć, płaci krwią, kto zabił” i nie myli się. Oto bowiem do pałacu po latach powraca syn Agamemnona Orestes (Sebastian Pawlak), który wspierany przez swoją siostrę Elektrę (Kamilla Baar), zabija matkę. Od tego momentu wyrzuty sumienia w postaci Erynii – w spektaklu występuje jedna Erynia, grana przez Annę Chodakowską – nie dają mu spokoju. Końcówki Orestei, w której Orestes zostaje uniewinniony przez Atenę (gra ją mężczyzna Tomasz Piluchowski), a Erynie zamieniają się w Eumenidy, widzowie w tym spektaklu nie zobaczą. Reżyserka zrezygnowała z niej, zastępując inną, w której Orestes, albo już nie on, każe odbiorcom przedstawienia zamknąć oczy i wyobrazić sobie zmarłych członków rodziny. Trzeba przyznać, że taki koniec spektaklu powoduje pewien niedosyt i poczucie, że historia wyreżyserowana przez Kleczewską nie powinna się w taki sposób kończyć; że czegoś w tej opowieści brakuje. Jeżeli ten monolog miał sięgnąć do emocji ludzkich, to tego nie robi.

Na osobną uwagę zasługuje scenografia Katarzyny Borkowskiej wraz z projekcjami wideo Bartosza Nalazka oraz muzyka Agaty Zubel. Elementy te odgrywają w historii, którą przedstawia Reżyserka, bardzo ważną rolę, a co więcej, pomyślane zostały w taki sposób, że po wyjściu z teatru na długo pozostają w pamięci widza. Na scenie, poza standardowym wyposażeniem domu, które wykorzystują w trakcie spektaklu aktorzy, widać leżące truchła zwierząt. W pierwszym akcie jest to martwy jeleń, z którego wnętrza wychodzi zmarła Ifigenia; w kolejnych truchła kotów, przy których Orestes ułoży ciała zamordowanych przez siebie Ajgistosów (Paweł Paprocki, Robert Jarociński, Wojciech Solarz – w Orestei kochankiem Klitajmestry jest Ajgistos; w spektaklu Kleczewskiej występuje nie jeden Ajgistos, a kilku, ponieważ Orestes wspomina o tym, że oglądał film Kochankowie mojej mamy).

Człowieka jest równie łatwo zabić jak zwierzę. Nad sceną zawieszony jest ekran, na którym przez większą część spektaklu widać niebo z poruszającymi się chmurami. Chmury te odzwierciedlają atmosferę w domu i zapowiadają przyszłe wydarzenia. W momencie, kiedy się ona zagęszcza, niebo staje się zachmurzone, a obłoki zmieniają barwę na szarą. Kiedy lada chwila ma dojść do zbrodni, chmury przybierają barwę czarną, burzową.

Kolejną wartą odnotowania projekcją jest film z rozkładającymi się zwłokami, trawionymi przez osy, muchy i ich larwy. Jeśli wziąć pod uwagę ów film oraz fakt, że w spektaklu zbrodnia rodzi zbrodnię, to mamy obraz przemijania czy wręcz znikania. Co z tego, że Agamemnon był wielkim wodzem i bohaterem państwa, skoro teraz leży w ziemi, a jego martwe ciało gnije? Po śmierci nic po człowieku nie pozostanie, może ktoś jeszcze będzie o nim pamiętał. Poczucie przemijania potęguje chór Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, który podczas wyśpiewywania fragmentów z tragedii antycznej, chodzi wzdłuż widowni lub ją otacza. Dzięki temu spektakl nie rozgrywa się jedynie na scenie, a wręcz widz czuje, jakby sceny miały miejsce w nim samym.

Oresteja w Teatrze Narodowym to spektakl ciężki, dokładny, w którym Reżyserka stara się odpowiedzieć na pytanie o stan rodziny. Sięgając do źródeł antycznych, które stanowią podwaliny przemyśleń Kleczewskiej, pokazuje ona, że upadek rodziny, degeneracja wartości to problemy uniwersalne, znane już starożytnym. Spektakl odebrany jako całokształt zmusza do refleksji, zwraca uwagę na rzeczy, których człowiek albo nie jest świadomy albo udaje, że ich nie zauważa.

 

Monika Wesołowska

 

Oresteja : NIE

Okropeja

 

Dawno nie było przedstawienia tak okropnie spapranego. Próba wywatowania tragedii Ajschylosa, opowieści o mordzie założycielskim Europy, czym się da i co tam pod ręką doprowadza do przedrzeźniania tragedii, wykoślawia ją i czyni własną parodią. Najsmutniejsze, że w chwili największej trwogi, gdy Orestesa dopadają furie, publiczność nerwowo chichocze. Rzczywiście, śmiechu to warte.

Czy jest jakaś granica sensu, której Kleczewska by nie przekroczyła? Epatuje widza naturalistycznym zapisem filmowym rozkładającego się, gnijącego ciała ludzkiego na ogromnym ekranie, na cały horyzont sceny, przerabia tragedię na operę mydlaną i każe nam wierzyć, że to istota tragedii Ajschylosa. Spektaklu nie ratuje nawet magiczna (świetnie wykonywana) muzyka Agaty Zubel z agresywnymi perkusjami i chórami, wzniosła i prawdziwie wstrząsająca, ale płynąca obok rozklekotanego, cherlawego widowiska, z którego ocalała jedynie Anna Chodakowska, jedyna artystka, która nie dała sobie wmówić, że Ajschylosa trzeba traktować po knajacku. Danuta Stenka (Klitajmestra) zatrzymała się na środkach, które wymyśliła przy okazji „Elektry” Warlikowskiego przed kilkunastu laty w Dramatycznym. Jest całkowicie obojętna, mimo że spłakana do łez, wyobcowana z postaci, a Sebastian Pawlak (Orestes) sprawia wrażenie amatora, który nie potrafi porządnie powiedzieć ani jednego zdania, ale za to zapamiętale na koniec – zgodnie z wolą reżyserki – paprze się w mieszaninie pakuł i ciasta, oblepiając sobie twarz i włosy w ciągnącym się niemiłosiernie długo pseudo rytuale. Oto skutki opacznej lektury książek Schechnera i Lehmana.

Po spektaklu pozostaje na scenie sterta brudów. Zamiast symboli mamy dosłowność, zamiast wzniosłości trywialność, zamiast sensu bełkot. Ale przede wszystkim staje pytanie z wykrzyknikiem: jak długo nieudolność, brak znajomości rzemiosła i sztubackie sztuczki (największe wrażenie w przedstawieniu sprawiają pierdzące poduszki, na których siada Klitajmestra i Orestes) mogą panoszyć się w polskim teatrze.

Może już nie tak długo. Tym spektaklem triumfujący na scenach neonaturalizm popełnił zbiorowe samobójstwo.

Tomasz Miłkowski

 

ORESTEJA Ajschylosa, reż. Maja Kleczewska, muz. Agata Zubel, scenografia Katarzyna Borkowska, oprac. tekstu Łukasz Chotkowski, dyrygent Wojciech Rodek, Opera Narodowa i Teatr Narodowy, premiera 14 kwietnia 2012

 

Dodaj komentarz