Zapis automatyczny zwycięża

Zapis automatyczny zdobył Grand Prix 10 Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego w Warszawie w maju 2012 roku. Jest to drugi po Very (zwycięzca V Ogólnopolskiego Przeglądu Monodramu Współczesnego z 2007 roku) autorski spektakl Macieja Adamczyka zrealizowany w Teatrze Porywacze Ciał.

 

Zapis automatyczny będzie prezentowany podczas 18. Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Performatywnych A PART w Katowicach w dniu 24 czerwca, oraz na festiwalu Malta Bis w Koninie 8 lipca.

 

 

„Porywacze Ciał zaprezentowali kolejny, dwudziesty drugi już w swoim dorobku, wyreżyserowany przez Katarzynę Pawłowską i Macieja Adamczyka, a wykonywany przez tego ostatniego „Zapis automatyczny” to zaskakujące niespodziewanymi zwrotami akcji solowe show, podczas którego publiczność bawi się świetnie. Niemal nigdy nie porzucając lekkiej formy prezentacji, wykonawca zdaje się mówić do widzów we własnym imieniu. Wśród rekwizytów znaczącą rolę odgrywa czterokrotny portret w stylu reprintów Andy’ego Warhola, przedstawiający cztery wersje graficznie przetworzonego zdjęcia siedmioletniego chłopca. Łatwo na nim rozpoznać małego Maćka. Ten sam, o 33 lata starszy człowiek, wspomina siebie w młodości: „Opowiadasz niestworzone historie” – miała mówić mu matka. „Jak to niestworzone, przecież właśnie je stworzyłem”. Wygląda na to, że nieokiełznana, chłopięca fantazja kształtuje bohatera spektaklu tak, jak on wpływa na swoje opowieści. Wątki osobiste i biograficzne mieszają się tu z fikcją. Na sylwetkę bohatera składa się zlepek ról, w które kiedykolwiek się wcielał – na scenie, w życiu i w marzeniach, również sennych. Między wierszami wyłania się pytanie o to, kim jesteśmy. Ulepieni z doświadczeń i fantazji, szukając odpowiedzi, musimy przyjrzeć się sobie. Zapis automatyczny to sposób na poszukiwanie tożsamości – artysty, ale także widzów, zmuszanych do refleksji nad sobą. Écriture automatique to sformułowana przez André Bretona w „Drugim manifeście surrealizmu” (1930) zasada tworzenia tekstu z pominięciem świadomości. Utrwalanie w ten sposób „rzeczywistego biegu myśli” stawało się sposobem na przekroczenie barier intelektu. Nieskrępowana narracja, pozbawiona kagańca kultury i schematów kodów komunikacyjnych, miała pozwolić na ujawnienie tego, co nieuświadamiane. Czy taka rejestracja pozwala wyrażać więcej niż chaotyczną plątaninę obrazów, myśli, słów? Czy nie skończy się to urwanym biegiem lub zaklętym kręgiem powtórzeń? Adamczyk marzy o wynalazku, który nie wymagałby od twórców rzemieślniczych umiejętności. Wystarczy pomysł: „Szkoda, że Steve Jobs nie żyje. Gdyby żył, na pewno stworzyłby takie urządzenie, które zapisywałoby wszystko, o czym się pomyśli. Pach! Godzina i powieść gotowa. Albo film. Jedna chwila, mam pomysł i już wszystko się wyświetla. Kiedyś na pewno ludzie wymyślą maszynkę, która z myśli spisywać będzie nasze książki, wyświetlać filmy, odtwarzać muzykę”. Pomiędzy salwami śmiechu niektórzy widzowie – słysząc aktora mówiącego o rzeczach zwykle przemilczanych („chcę uprawiać seks z tak dużą liczbą dziewczyn i chłopców, jak to tylko możliwe”) – wydają się zaskoczeni jego bezpośredniością. Tutaj człowiek to nie tylko serce, umysł czy duch, to także ciało. Spektaklem rządzi poetyka snu, trudno więc rekonstruować motywację poszczególnych działań czy składnię scen. Teatralna postać tłumaczy zasadę, którą rozpoznajemy jako credo twórców, odtwarzających przypadkowy bieg myśli: „Ja jestem zafascynowany wszystkim, co jest związane z jakąkolwiek aktywnością ludzką – wiesz: obrazy, rozmowy, dźwięki – ja wszystko nagrywam, ja non stop mam przyklejoną kamerę do ręki; mam taką maszynkę do nagrywania głosu, która ma funkcję zapisu automatycznego […]. W świecie artystycznym, a szczególnie w sztukach wizualnych, jest tak, że całość materiału, o którym mówisz, o którym myślisz, który zebrałeś, to jest SURÓWKA. My teraz zrobimy tak zwaną surówkę”. „Zapis automatyczny” jest więc surówką. To zbiór fantastycznych inspiracji, ale też zapożyczeń i motywów, które wychwytujemy ze świata i przechowujemy na różnych poziomach pamięci. One kształtują naszą tożsamość. Można mówić tu o fabularnej ramie, rozpiętej między sceną tworzenia się postaci a metaforycznym zalaniem całego świata przedstawionego wodą jeziora ludzkiej obojętności. Wewnątrz tych granic rozluźniają się związki przyczynowo-skutkowe. Raz aktor tańczy, śpiewając, że jest bałwankiem, który chce, by ktoś zjadł jego marchewkę, a chwilę później opowiada o mocy mundr. Przez termos, który funkcjonuje jak telefon, dyktuje jakiejś kobiecie zdanie o łożyskach, które wstawia się flamingom w stawy kolanowe, to znów staje się soplem lodu, wbijającym się w pociąg TGV do Paryża. Fragmentaryczne sceny tworzą zbiór możliwości, nie składają się w całość. We śnie wszystko rządzi się innymi prawami. Nie musimy ich rozumieć. Oniryczną atmosferę wprowadza już snop bladego światła w scenie otwierającej spektakl. Niczym po ścieżce wyznaczonej przez księżycowy promień, półnagi mężczyzna zbliża się do pierwszych rzędów widowni. Jego oczy są zamknięte, ruchy miękkie, twarz nie wyraża emocji. Delikatnymi ruchami zdaje się łapać coś w powietrzu. Płynnie składa siebie z pochwyconych fragmentów: najpierw oczy, które otwiera i obojętnie przygląda się publiczności, potem uszy, brwi i rzęsy; fragmenty skóry w różnych częściach ciała, wreszcie penis i bijące serce. Składamy się z cząstek uzupełniających dany nam szkielet. Czy mamy szansę stworzenia jednorodnej całości? „Czuję się świetnie”, mówi postać na scenie, twierdząc, że jej zdrowe ciało, sprawny umysł i wrażliwe serce spójnie współgrają. Zapewnienia te podszyte są nutką ironii. Przecież, złożeni z wielu przypadkowych elementów zszytych jedynie grubą fastrygą, jesteśmy wieloznaczni i wielorodni. Z każdej strony prezentujemy się inaczej, a w każdej chwili możemy się rozpaść na części składowe. Nie sposób algebraicznie dodać ich do siebie, uzyskując sumę. W niektórych momentach spektaklu kilka z tych części próbuje równocześnie przebić się na pierwszy plan. Aktor dwoi się i troi w szaleńczym rytmie zmian. Ukojenie znajdzie w kilku gestach, które sprowadzają go do punktu wyjścia: przygotowuje surówkę, opowiadając o technice dodawania kolejnych składników. W końcu jednak i te powroty nie dają szansy wyciszenia. Bieg gestów i słów, zmienność sytuacji i motywów, rytm działań – nabierają szaleńczego tempa. Kiedy całość zwalnia, spektakl staje się narracją artysty zza maski postaci. Adamczyk raz zdaje się odkrywać wszystkie karty, innym razem puszcza oczko do publiczności. Trudno zarzucić mu oszustwo. Udawanie jest elementem życia, a role, w które się wcielamy, zdarza się nam podtrzymywać i rozważać nawet podczas snu. Kim jesteśmy? Czy rejestracja wszystkich wpływów i inspiracji, którym podlegamy, bądź podlegaliśmy, prowadzić może do odkrycia i wyczerpującego opisania tożsamości jednostki? Zapis automatyczny przez niemal dwie godziny przyciąga uwagę, bawi i daje do myślenia, opowiadając o paradoksach współczesnego świata. Zaskakująco długie (jak na monodram) przedstawienie niesie ryzyko znużenia publiczności. Ona jednak nie traci czujności i z uwagą przyjmuje każde słowo aktora, który – mnożąc sceniczne atrakcje – ujawnia talent teatralnego kameleona. Jego atuty to autoironia i komizm, ujawniające się w mimice, słowach, gestach. W scenicznych wcieleniach Macieja Adamczyka pojawia się element ekshibicjonizmu, nie ma w nich jednak próżnej pychy. Artysta obnaża się, odkrywając, kim jest dzisiaj: wobec siedmioletniego chłopca, którym był niegdyś (kilkakrotnie przyklęka przed obrazem, jakby czcił pamięć dziecka w sobie), wobec jeziora ludzkiej obojętności, w którego zwierciadlanej tafli może się przeglądać, a także wobec świata, który wpływa na niego i który raz po raz kusi go tym i owym. Prócz aktorstwa ważnym atutem przedstawienia jest tekst, pełen zabawnych historyjek. Tyleż w nim czystego nonsensu, co trafnych obserwacji na temat świata i ludzi. Ciekawie zorganizowane są przejścia pomiędzy poszczególnymi scenami i wykorzystanie przestrzeni, rekwizytów, muzyki z offu i dźwięków wykonywanych na żywo. Spod humoru, w który obfituje tekst, i ironii, z którą aktor i autor prezentuje nam siebie, wyłania się uniwersalna refleksja na temat tożsamości w czasach popkultury. Jeśli operuje schematami, to dlatego, że wszyscy im podlegamy. Jeśli pojawia się wrażenie tandety i banalności, to dlatego, że dominują one w znanym nam obrazie kultury – ulotnej, podlegającej szybkim zmianom. „In artists we trust” – mówi wyśmiany przez aktora napis na jego koszulce. Czy jest szansa na ocalenie przed chaosem? Czy widzowie zdołają się w nim zorientować? Z tym „nie powinno być problemu, przecież wszyscy doskonale znamy to z filmów” – jak w innym swoim spektaklu („Vol. 7” z roku 2000) stwierdzili Porywacze. Tu nie chodzi o to, by podążać za biegiem akcji, rekonstruując opowieść. Ważniejszym wydaje się, by ponad dosłownością narracji zyskać refleksję na temat niestabilnego i nie dającego oparcia miejsca, które we współczesnym świecie dane jest człowiekowi. A zwłaszcza artyście, który – podobnie jak Maciej Adamczyk – cokolwiek mówi czy robi, gra samego siebie, a cokolwiek odgrywa, dopełnia obrazu własnego ja. Automatycznie. Jestem bardzo ciekawy, gdzie dalej prowadzić go będzie ta droga.

Piotr Dobrowolski

[eCzasKultury.pl 17 maja 2012]

 

„…Nowy spektakl Porywaczy Ciał to pełen energii i poczucia humoru one man show, składający się z szeregu etiud, połączonych ze sobą na zasadzie swobodnych skojarzeń. Zapis automatyczny, o którym się tu wspomina (tak brzmi tytuł spektaklu), to surrealistyczna technika niekontrolowanego zapisu wolnych skojarzeń, ujawniająca podświadomość i grę wyobraźni. W sam raz dla artysty, jakim okazuje się główny bohater. Maciej Adamczyk – autor scenariusza, wykonawca i wspólnie z Katarzyną Pawłowską reżyser spektaklu – tworzy na scenie postać performera, który usiłuje zaistnieć w pędzącym świecie. Dotrzymać kroku współczesności, a nawet narzucić jej swoją wizję. Walcząc o własną kreatywność pozostaje w stanie ciągłego napięcia, nieustannej burzy mózgu. Widzowie skonfrontowani zostają z potokiem słów i obrazów, tworzonych jakby na poczekaniu (wrażenie improwizacji jest bardzo silne), podczas których aktor przebiera się, używa rozmaitych rekwizytów, pozostając w ciągłym ruchu. W marzeniach-rojeniach jego bohater odbywa dalekie podróże. Podczas jednej z nich katapultuje się z lotniczej katastrofy do pociągu TGV i w ten sposób dociera do Paryża, niczym w amerykańskim filmie akcji. Kiedy jednak konduktor chce sprawdzić bilety, bohater stara się zapaść pod ziemię; dotarłszy do celu rozważa natomiast spalenie ubrań i dokumentów przed pałacem królewskim w obawie, że inaczej nie zostanie zauważony. Happening to czy polskie kompleksy, dające o sobie znać tym mocniej, im dalej od ojczyzny? Podwójna optyka, globalistyczna i rodzima, jest charakterystyczna dla całej opowieści. Pozornie bohater Adamczyka to niczym niezwiązany obywatel świata, który swobodnie przemieszcza się po całym globie i wszędzie czuje jak u siebie. Podszyty kompleksami jak u Mrożka czy Munka, dziwnie przypomina jednak kombinującego bez ustanku rodaka, który w kolejnym historycznym wcieleniu jest artystą-performerem, bo takie przyszły czasy. Nad sceną wisi obraz kilkuletniego chłopca (małego Adamczyka?), w kolorowych serigrafiach, na wzór pop-artowskich wizerunków Warhola. Porywacze wiedzą komu zawdzięczamy współczesny kształt masowej kultury i od kiedy zaczęło się to całe szaleństwo. Z jednej strony buddyzm, nowa religia i filozofia, której uległ, kolejne mudry, o których opowiada; z drugiej hochsztaplerka związana z performerską aktywnością (pomysł wjazdu na obleganą wystawę spryskaną na złoto limuzyną, z atrakcyjną młódką na masce i zgarnięcia za to sporej kasy, nawiązujący, co tu kryć, do akcji Pawła Althamera). Przykra świadomość, że ukochana puściła się z kolegą, zagłuszana jest przez telezakupy, czyli szybki kurs jak zrobić sałatkę i jaką kupić miseczkę. Pieniądze, które trzeba zarobić, by nie wypaść z gry, ocierając się o kicz i kompromitację, walczą o lepsze z problemem, jaki wybrać tatuaż: satanistyczną czaszkę czy może jednak delfinka. Adamczyk pokazuje kompletne pomieszanie znaczeń i wartości, wskutek czego każda forma rzeczywistości naciska na bohatera z równą siłą, domagając się jego uwagi i odpowiedzi. Pomieszanie kompleksów niższości i nadmiernych wyobrażeń o sobie, emocjonalne wybuchy, a potem ucieczka przed światem nad ulubione jezioro, gdzie liże się rany i dochodzi do równowagi – to portret neurotycznej osobowości naszych czasów w rodzimym wydaniu. Woody Allen mceńskiego powiatu pokazany w atakach lęku przed innymi i gwałtownej potrzebie zaistnienia czy wręcz narzucenia swojej woli. Marek Koterski stworzył bohatera z nerwicą natręctw, wiecznie narzekającego inteligenta, uginającego się pod presją wymagań, których źródłem jest polska tradycja i kultura; u Adamczyka mamy portret neurotyka, który chce od nich uciec do globalnej wioski. I jest w stanie posunąć się do ostateczności, by to osiągnąć. Stare, dobrze znane kompleksy mieszają się z nowymi fascynacjami, tworząc portret Polaka w płynnej nowoczesności. Miewa on momenty słabości, ale ostro zmierza w wybranym kierunku, niczym bohaterka Różewicza z przyj, dziewczę, przyj. Proponowana widzom wyprzedaż rzeczy, którymi się otacza, przedtem niezbędnych, potem niepotrzebnych, a w końcu utopienie ich w jeziorze, do którego skacze także sam bohater, pokazuje jak krucha jest ochota na życie, pozornie różnorodne i atrakcyjne, ale pozbawione głębszych motywacji. Uruchomienie swobodnych skojarzeń było odkryciem psychoanalizy, mającym odsłonić spychane w podświadomość zahamowania pacjenta. W naszych czasach, jak świadczy „Zapis automatyczny”, problemem może stać się brak zahamowań i granic, których nie można przekroczyć, bo już ich nie ma.”

 

Woody Allen mceńskiego powiatu Kalina Zalewska

[27 kwietnia 2012]

 

”Pop-art, nierozłącznie związany z kulturą masową, staje się więc jednym z wielu kluczy do odczytania przedstawienia. Spektakl daje szansę ciągłego rozpoznawania takich i innych kodów kulturowych, bo tropów, cytatów i zapożyczeń jest tu całe mnóstwo. Sceny te łączą humor i przenikliwą obserwację. Odwołują się do świata popkultury, czerpią z różnych dziedzin sztuki, przetwarzają to, co znane i umieszczają w nowym kontekście. Spektakl balansuje na granicy serio i buffo. Ociera się o kicz, ale bywa też zadziwiająco poważny i ostro, jednoznacznie diagnozujący rzeczywistość. Maciej Adamczyk wypowiada się w pierwszej osobie. Jest szalenie autentyczny, a zarazem autoironiczny. Bo czyż i on sam nie jest artystą? Aktor ma niezwykłą lekkość scenicznego bycia, ogromną siłę wyrazu i ekspresji. Brawurowo też przechodzi od zupełnie skrajnych stanów emocjonalnych – żywiołowej, pełnej napięcia i wściekłości rozmowy telefonicznej do spokojnego, reklamowego wręcz krojenia warzyw i wrzucania ich do miski z Mango. Wyrazista zmiana emocji i nastroju dokonuje się także w scenie, w której artysta znajduje się w studiu tatuaży – ma do wyboru wzór „czachy” albo „delfinka”. Odzywają się tu w nim jakby dwie różne osobowości, dwa kompletnie inne pragnienia. Stopniowo rozpasany świat ulega skondensowaniu i wyciszeniu. W półmroku ze stosu kwadratowych desek, Adamczyk buduje pomost od tylnej ściany sceny prowadzący wprost do widowni. Ułożeniu każdego elementu towarzyszy osobliwa choreografia. Budowanie mostu to symboliczne budowanie siebie, przedstawione już w pierwszej scenie. I znów walka tworzenia i niszczenia, odrzucania i akceptowania. Pomost zostaje wzniesiony na „jeziorze szaleństwa”. Znajdujemy się w dziwnej, osnutej półmrokiem przestrzeni. Świat stracił swój dawny koloryt i wyrazistość. Artysta zaczyna zbierać wszystkie otaczające go przedmioty i układać na wąskim pomoście. Teraz dopiero stłoczone i scentrowane na środku sali rekwizyty zaczynają przytłaczać. Tworzą absolutny chaos niemożliwy do ujarzmienia, uwydatniając swoją nieprzystawalność, niedopasowanie. Porywacze Ciał nadają przedmiotom szczególne znaczenie. Stanowią one element wyjęty wprost z codzienności, znany i absolutnie powszedni. Sami twórcy odwołują się do koncepcji ready-made Duchampa. Sztuką jest to, co uznamy za sztukę. Sztuką może być życie. Tak jak słynny pisuar Duchampa, tak kalosze, wędka czy dmuchany worek treningowy mogą stać się obiektem artystycznym. Z tego świata różnorodnych przedmiotów Adamczyk czerpie ogromną energię. W finałowej scenie artysta łowiący ryby topi otaczające go przedmioty, a potem sam, symbolicznie skacze do jeziora szaleństwa. Wyłania się z mroku i w mroku ginie. To bardzo ładna estetycznie i wymowna scena zamykająca klamrowo spektakl. Czyżby więc budowanie samego siebie ze strzępów wszechotaczającej nas kultury miało prowadzić do szaleństwa i samounicestwienia? Spektakl ucieka od jednoznaczności, łatwej interpretacji i prostego określania tego, co wartościowane pozytywnie i negatywnie. Zapis automatyczny staje się tu rozpaczliwą rejestracją procesu konstruowania samego siebie z tworzywa, jakim jest miałka popkultura. A zaraz potem dekonstruowania, zaprzeczania, wyparcia, i zniszczenia tego, co wcześniej przyjęte i przyswojone. Spod jaskrawego świata wyziera jednak najbardziej podstawowe pragnienie miłości, zrozumienia i akceptacji.”

 

Katarzyna Nowaczyk

[Nowa Siła Krytyczna 8 marca 2012]

 

To był wieczór Macieja Adamczyka. Szóstego dnia Klamry 2012 aktor teatru Porywacze Ciał najpierw wystawił świetny monodram Zapis automatyczny, później, dominując rozmowę po spektaklu, porwał publiczność płomiennymi wystąpieniami o kondycji współczesnego teatru (alternatywnego). Podczas dwugodzinnego spektaklu Adamczyk zdążył wyśmiać najbardziej charakterystyczne mody atakujące naszą kulturę. Zdążył też – w finale – przyznać sobie nagrodę publiczności. Jednak mimo wielu odwołań i aluzji, weteran Klamry – na której Porywacze wystąpili po raz dziesiąty – stworzył widowisko z jednym tylko kluczowym tematem – Maciejem Adamczykiem (dla pewności w tyle sceny zawiesił swoje, stylizowane na prace Warhola, zdjęcie z dzieciństwa). Aktor śpiewa absurdalne piosenki, opowiada dziwaczne historie i relacjonuje spotkania ze znajomymi (artystami). Puszcza wodze fantazji szalejąc w różnych kostiumach (np. lwa) i wygłaszając porywające monologi. W tym szaleństwie jest metoda. Obśmianie polskiej współczesności z zachłyśnięciem zachodnimi modami, nowinkami (spod ręki Steve’a Jobsa), mudrami, survivalem, gore-texem, zakupami w Ikei i Castoramie na czele, staje się powoli diagnozowaniem naszej nowej choroby narodowej. Spektakl jest drugim monodramem Adamczyka wystawianym na Klamrze. W 2007 roku zaprezentował Very – równie świetny popis ogromnych umiejętności Porywacza. Zapis automatyczny powstał z inspiracji metodą stworzoną przez surrealistów w początkach XX wieku. Metoda zaadoptowana przez Porywaczy w praktyce sprowadziła się do zapisu myśli, emocji, rozterek i niepokojów, z których utkano scenariusz. Tekst traktowany był swobodnie (spektakl wciąż ewoluuje), często aktor oddawał się dygresjom i improwizacjom, w których jest wręcz doskonały. Gorycz infantylnej współczesności Adamczyk przemycał głównie przez śmiech. Czasem nawet przez grubiańskie żarty czy okrutne opowieści. Wszystko to rysowało obraz świata bez miłości, akceptacji, gdzie każdy izoluje się na swojej wyspie, za przyjaciela mając jedynie milczące jezioro. W finale z kawałków drewna artysta na scenie buduje krzyż. Ironicznie dodaje: „To jest krzyż. Tak, jak w kościele”, na wypadek gdyby współczesne, konsumpcyjne społeczeństwo zapomniało czym jest ten przedmiot. Na nim, jak w rytualnej ofierze, składa „dobrodziejstwa” współczesności – gorzki obrzęd, w pustej świątyni, który za kapłana ma komika. Całe szczęście, że rewelacyjnego.

 

Bartłomiej Oleszek

[Instytut Rozwoju Kultury Alternatywnej – 16. marca 2012]

Dodaj komentarz