Zaśpiewać dramatycznie

 

Śpiewanie stało się modne. Zapewne za sprawą telewizyjnych programów, w których młodzi popisują się swoimi umiejętnościami wokalnymi i od czasu do czasu wynika z tego mniejsza lub większa kariera.
Garnięcie się do śpiewania widać także na corocznym Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, którego popularność nie mija. A garną się do niego nie tylko wykonawcy, ale i widzowie, którzy tłumnie okupują wszystkie festiwalowe koncerty i popisy.

 

 

Bardzo długo w powojennym polskim aktorstwie dramatycznym pokutowało przekonanie, że śpiewanie jest czymś niepoważnym, by nie powiedzieć gorszym. Aktor dramatyczny miał grać poważne role w teatrze. Miał misję społeczną do spełnienia, jako nosiciel prawd, które zaszczepia widzom teatralnym, a śpiewanie nie licuje z ową misją.
Powstawały co prawda filmy, w których aktorzy używali głosu nie tylko do wypowiadania swoich kwestii, ale także do śpiewania, ale te obrazy kinowe, były na ogół traktowane jako twory gorsze, niepoważne.
Starsi osobnicy pamiętają zapewne jakie zdziwienie, by nie powiedzieć szok, wywołał Piotr Fronczewski świetny aktor dramatyczny, gdy pod pseudonimem Franek Kimono nagrał zabawne, popowe piosenki i wydał płytę. Krążek był chętnie kupowany, a utwory stały się wręcz hitami.
Dzisiaj, szczęśliwie, aktorzy śpiewają już nie tylko w teatrach muzycznych. Dzisiaj teatr dramatyczny, jego twórcy, a i sami aktorzy zrozumieli, że umiejętności wokalne nie tylko nie przeszkadzają aktorowi w uprawianiu sztuki dramatycznej i graniu w, na przykład, tragediach Szekspira. Przeciwnie, są ich zawodowym atutem, bo dają wszechstronność niezbędną do uprawiania zawodu.
Dlatego teatry tzw. dramatyczne coraz częściej i śmielej włączają do swojego repertuaru spektakle muzyczne. Oczywiście jest to również zabieg marketingowy. Łatwiej bowiem pozyskać współczesnego widza na tego rodzaju przedstawienie niż dostojną klasykę. Cóż, znamię czasu… Jeśli jednak przedstawienie jest na profesjonalnym poziomie aktorskim i wokalno-muzycznym, nie wstyd go pokazywać.

Ach, ten urok małej knajpki
Stołeczny Teatr Polski, pod dyrekcją Andrzeja Seweryna, obok klasyki polskiej i obcej, ma w repertuarze spektakl „Wieczór piosenek Brassensa”, poświęcony jednemu z najwybitniejszych bardów piosenki francuskiej. Jego pieśni wykonują aktorzy Polskiego, m.in. nagradzana na FPA we Wrocławiu Magdalena Smalara, absolwentka warszawskiej AT, magister sztuki dramatycznej (!).
Teatr Ateneum wznowił zaś spektakl „La Boheme – wieczór piosenki francuskiej” w reżyserii Andrzeja Domalika, od niespełna roku dyrektora artystycznego tej sceny.
W „Cafe l`Athene”, jak to w kawiarni, zjawiają się różni goście. Jedni wpadają tu na kawę codziennie, inni przychodzą po raz pierwszy. Personel wita wszystkich z równą życzliwością. I jak to między ludźmi, toczą się rozmowy, płyną opowieści smutne i wesołe, padają żarciki i komentarze mądre, bolesne i pełne zadumy. Słowem, jak w życiu, a wszystkie one wypowiedziane są słowami piosenek gigantów francuskiej sceny Edith Piaf, Charlesa Aznavoura, Jacquesa Brela, Joe Dassin, Dalidy. Słyszymy m.in. „Legionistę”, „La vie en rose”, „Parole”, „Nie opuszczaj mnie”, „Milorda”, „Wiosna”, „Cukierki” , no i tytułową „La boheme”…
Te utwory zawsze robią wrażenie pod warunkiem, że są dobrze zaśpiewane, a właściwie należałoby powiedzieć – zagrane. Bo wszystkie one dają wykonawcom pole do teatralnego, aktorskiego popisu.
I tak jest w spektaklu w Ateneum. Wszyscy jego uczestnicy, są nie tylko doskonałymi aktorami, ale także utalentowanymi wokalistami. Każde z nich śpiewa przynajmniej jeden utwór, z którego robi perłę sztuki wykonawczej. Nie sposób nie wymienić Krzysztofa Gosztyły, który niemal do łez doprowadza widownię wykonaniem tytułowej „La boheme”, czy Krzysztofa Tyńca, rozbawiającego ją z kolei brawurowo wykonaną „Nathalie”, czy Katarzynę Łochowską śpiewającą przejmująco „Akordeonistę”, nie mówiąc o wielce utalentowanej wokalnie Dorocie Nowakowskiej, która zasługuje na oddzielny recital. Ładnie daje się też poznać pełna wdzięku, dobrze śpiewająca młodzież aktorska Anna Gorajska i Bartłomiej Nowosielski.
Dyskretny urok swojego sarkastycznego poczucia humoru rozsiewa w spektaklu Andrzej Poniedzielski, nie tylko jako wykonawca w swój charakterystyczny sposób interpretujący m.in. hit Brela „Nie opuszczaj mnie”. Gra zarazem rolę pisarza, który z perspektywy kawiarnianego stolika obserwuje i podsłuchuje rozmowy przewijających się przez „Cafe l`Athene” ludzi, zbierając materiał do kolejnego literackiego dzieła. Od czasu do czasu rzuca też jakiś komentarz.
Więcej tych dygresji słownych jest w drugiej części widowiska. Szkoda, że tylko w tej. Pierwsza część jest bowiem niemal wyłącznie śpiewana. Wygląda to trochę tak, jakby reżyser bał się, że nieśpiewane kwestie rozbiją narrację spektaklu. Niesłusznie. Ponieważ rzecz dzieje się w kawiarni, naturalne jest, że spotykający się tam wymieniają między sobą krótkie uwagi. Przyznajemy, że ich brakowało tym bardziej, że byłyby chwilą oddechu dla widzów, a i dla aktorów przed kolejnym utworem muzycznym. Czuje się wyraźną różnicę w odbiorze spektaklu, gdy pojawiają się w drugiej części.
Atutem „La boheme” jest obecność grającego na żywo zespołu muzycznego i z Wojciechem Borkowskim przy fortepianie.

O czym rozmawiają kobiety

O premierę (12 kwietnia br.) spektaklu muzycznego pokusił się też Teatr Studio. „Sześć i pół kobiety” oparty jest na twórczości Lyndy Lemay, kanadyjskiej wokalistki. Realizatorzy spektaklu zachwycili się jej twórczością – sama pisze teksty – w których „dowcipnie, inteligentnie, czasami pikantnie ukazuje tragikomiczne zdarzenia z życia zwykłych ludzi. Jej piosenki są jakby migawkami z codzienności, wypełnionej radościami i smutkami, niekiedy dramatami”, czytamy w programie teatralnym.
Piotr Cieślak reżyser przedstawienia zaprosił do niego siedem aktorek, w tym gościnnie Dominikę Kluźniak (Teatr Narodowy), i rozpisał piosenki Lemay na każdą z nich. Oto bohaterki spektaklu spotykają się w garderobie teatru (?), w mieszkaniu (?) jednej z nich, by popijając wino i pogryzając małe co nieco, oddać się babskim plotkom. Każda opowiada pozostałym koleżankom, co się jej przydarzyło. Różne są to historie. Zabawne, jak opowieść o fatalnej wizycie u fryzjera (Dominika Kluźniak), czy o damskim pantofelku znalezionym w szafie ukochanego (Monika Świtaj); dramatyczne, jak opowieść o straconej miłości (Joanna Trzepiecińska), czy spowiedź matki, która uderzyła córeczkę (Agata Góral)…
Tyle że to widowisko jakoś się nie klei. Niby kobiety, które oglądamy na scenie są zaprzyjaźnione, powinny się lubić, ale tak naprawdę są oddzielnie, nie czuje się, by łączyła je nić sympatii. Poza odśpiewaniem kolejnej piosenki nie ma między nimi żadnego porozumienia. Najbardziej odstaje od nich postać, którą gra (?) Joanna Trzepiecińska. Jest zdystansowana, z boku, jakby chciała zaznaczyć, że niewiele łączy ją z koleżankami. Po co zatem przyszła na to babskie spotkanie?
Może dzieje się tak dlatego, iż podobnie jak w „La boheme”, wyłącznie śpiewają, ale nie rozmawiają ze sobą. Tylko piosenki są ich sposobem na sceniczną rozmowę. Może należałoby pokusić się więc o rodzaj „słowa wiążącego”, bo bez niego – mimo zamierzeń twórców – zamiast spektaklu dostajemy koncert, recital. Potwierdzeniem, że widzowie właśnie tak odebrali przedstawienie w Studio było – dość denerwujące – nagradzanie każdej wykonawczyni kolejnej pieśni brawami. Nawiasem mówiąc w ten sam sposób reagowała widownia w Ateneum na „La boheme”.
Pewnym ożywieniem akcji miało być pojawienie się w spektaklu Teatru Studio dwóch panów – Mirosława Zbrojewicza i – gościnnie – Piotra Siwkiewicza (Teatr Dramatyczny), ale prawdę mówiąc ich udział w przedstawieniu nie bardzo jest zrozumiały. A piosenki, które śpiewają nic do niego nie wnoszą. Są tylko zabawnym męskim przerywnikiem (może o to chodziło) wśród kobiecych głosów.
Aktorki występujące w „Sześć i pół kobiety” na ogół umieją śpiewać. Najlepiej robią to Joanna Trzepiecińska, Monika Świtaj i Ewa Błaszczyk (szkoda, że wykonuje tylko jeden utwór). Pozostałe dają sobie dobrze radę, chociaż przy niektórych utworach ma się wrażenie, że polskie tłumaczenie tekstów Lyndy Lemay nie daje im możliwości na popis wokalny, że zbytnią uwagę zwracają na jak najszybsze wypowiedzenie słów, długich wersów niż na wokalizę. O to potyka się m.in. Dominika Kluźniak, która spiesząc się, by nadążyć za melodią, wykrzykuje swoje piosenki przez co szwankuje i dykcja, i interpretacja.
Tam gdzie pozwala się wybrzmieć muzyce, gdy zespół (obecny na scenie) gra niewielkie improwizacje bez udziału wokalu przedstawienie nabiera ciekawszej barwy.
Grażyna Korzeniowska
___________________________
Teatr Ateneum La boheme – wieczór piosenki francuskiej
Reżyseria – Andrzej Domalik
Scenografia – Marcin Stajewski

Choreografia – Krzysztof Tyniec

Kierownictwo muzyczne – Wojciech Borkowski

Światło – Mirosław Poznański

Występują:

Katarzyna Łochowska

Dorota Nowakowska

Marzena Trybała

Anna Gorajska

Grzegorz Damięcki

Krzysztof Gosztyła
Marek Lewandowski

Bartłomiej Nowosielski
Andrzej Poniedzielski

Krzysztof Tyniec

Gra zespół muzyczny w składzie:

Bartłomiej Krauz – akordeon

Maciej Szczyciński – kontrabas

Paweł Stankiewicz – gitara

Piotr Maślanka – perkusja

Wojciech Borkowski – fortepian
********************
Teatr Studio Sześć i pół kobiety
Scenariusz i reżyseria Piotr Cieślak
Tłumaczenie Katarzyna Działoszyńska
Scenografia Magdalena Brzeska
Choreografia Jarosław Staniek
Kierownictwo muzyczne Andrzej Perkman
Reżyseria światła Prot Jarnuszkiewicz
Konsultacje wokalne Agnieszka Wilczyńska
Muzycy Robert Bielak /Adam Jabłoński /Grzegorz Poliszak
Obsada: Ewa Błaszczyk, Agata Góral, Edyta Jungowska/Dominika Kluźniak (aktorka Teatru Narodowego), Joanna Trzepiecińska, Monika Świtaj, Lena Frankiewicz, Monika Obara, Mirosław Zbrojewicz, Piotr Siwkiewicz (aktor Teatru Dramatycznego)
Premiera – 12 kwietnia 2012

 

 

Grażyna Korzeniowska

Dodaj komentarz