Sztuka bez krytyki więdnie

 

 

Rozmowa z Tomaszem Miłkowskim, przewodniczącym polskiej sekcji AICT, opublikowana w „Scenie” w przeddzień 26 Kongresu AICT

 

 

 

AICT zaprasza na Kongres

Tegoroczne obchody Międzynarodowego Dnia Teatru przyjmą bardzo bogaty charakter. O ich wyjątkowości świadczy zbieżność wydarzeń, od lat stanowiących gwarancję obcowania z najnowszymi dziełami teatralnymi oraz twórczej wymiany myśli. Tego dnia w Teatrze Ateneum odbędzie się uroczysta inauguracja XXVI Kongresu Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych, które już ponad pół wieku śledzi i ocenia dokonania międzynarodowych twórców.

Przedmiotem kongresowych dyskusji będą w dużej mierze spektakle prezentowane podczas Warszawskich Spotkań Teatralnych. Organizatorzy Kongresu zadbali o różnorodne przestrzenie wymiany myśli; specjalnie dla krytyków i miłośników teatru przygotowano sympozjum „Teatr i poza teatrem”, panel dyskusyjny poświęcony obecnemu kształtowi polskiego teatru oraz warsztaty młodej krytyki.

Tegoroczny Kongres (odbywający się od 25 do 30 marca) będzie już czwartym, którego organizacji podjęła się polska sekcja AICT. Od samego początku istnienia Stowarzyszenia nasi krytycy starali się nadawać mu kształt, wpływać na podejmowane przezeń działania. Głównym inicjatorem powstania AICT był Roman Szydłowski, polski krytyk i tłumacz, a później długoletni Prezydent światowych władz organizacji. Od ponad dziesięciu lat przewodniczącym polskiej sekcji jest Tomasz Miłkowski, odpowiadający za program zbliżającego się Kongresu.

 

Sztuka bez krytyki więdnie

Rozmowa z Tomaszem Miłkowskim, przewodniczącym polskiej sekcji AICT.

Ewa Uniejewska: Mimo że Stowarzyszenie zrzesza 40 krajów, to jednak ze względu na liczbę członków poszczególnych sekcji (do polskiej należy 75 osób) jest bardzo elitarne. Jakie wymagania należy spełnić, aby zasłużyć na legitymację członkowską AICT?

Tomasz Miłkowski: Stowarzyszenie nie jest kółkiem zainteresowań, dlatego nie wystarczy być miłośnikiem teatru. Trzeba być czynnym krytykiem, wykazać się dorobkiem. To klub twórczy, forum wymiany myśli, dyskusji. Jego elitarność wynika z faktu, że niewiele osób pisze o teatrze. Nie wszyscy są również skłonni do zrzeszania. By ułatwić proces wstępowania do Stowarzyszenia, kilka lat temu powstało przy naszej sekcji Koło Młodych. Od tego czasu grupa nowych członków zwiększa się w sposób naturalny. Pamiętajmy również, że nie zawsze chęci oznaczają możliwości. Nasza działalność oparta jest na wolontariacie, nie czerpiemy z niej innych profitów oprócz intelektualnych. W czasach PRL-u przynależność do Stowarzyszenia wiązała się z dodatkowymi, bardzo atrakcyjnymi korzyściami. Umożliwiała wyjazdy zagranicę, oglądanie spektakli. W kraju również podejmowano ciekawe inicjatywy; władze województw chciały pochwalić się dorobkiem, organizowały sesje wyjazdowe Klubu, które dawały przekrój dokonań danego teatru, pozwalały zdobyć wyobrażenie o poziomie i ambicjach zespołu. Uczestnictwo w nich było bezpłatne – tak jak udział krytyków w festiwalach teatralnych. Dzisiaj trzeba walczyć o każdą złotówkę, sponsorów niestety nie widać. Cieszy nas hojność Ministra Zdrojewskiego, który zdecydował się na poniesienie kosztów organizowanego przez nas Kongresu. Sami nie bylibyśmy w stanie zaprosić tylu zagranicznych gości ani zaproponować tak atrakcyjnego programu. To piękne spotkanie intencji Ministerstwa i AICT, by promować polską kulturę.

Udział Polski w działaniach AICT jest znaczący, czego niezbity dowód stanowi dawna aktywność Romana Szydłowskiego. Czy moglibyśmy cofnąć się do czasów, kiedy Stowarzyszenie rozpoczynało swoją działalność?

Organizacja powstała na fali odwilży po 1956 roku, kiedy żelazna kurtyna troszkę pordzewiała. Nastąpiło zbliżenie między krajami, rosło wzajemne zainteresowanie. Polska zawsze była zorientowana na Zachód, ciekawa tego, co pojawiało się w teatrze europejskim. Tło kulturowe sprzyjało powołaniu Klubu Paryskiego, którego jednym z animatorów był Roman Szydłowski. Klub ten, złożony z krytyków ze Wschodu i Zachodu, planował organizację Sezonu Teatru Narodów, corocznego festiwalu teatralnego, podczas którego miały zjeżdżać do Paryża najciekawsze przedstawienia z całej Europy. Powstało forum wymiany doświadczeń, dialogu, kultury. Szydłowski był również inicjatorem powstania międzynarodowego rocznika teatrologicznego. Idea upadła z braku pieniędzy, ale odżyła za sprawą obecnego Prezesa AICT Yun Cheola z Korei, który przyczynił się do powstania internetowego czasopisma „Critical Stages”. Sztab redakcyjny składa się z wybitnych krytyków z całego świata, z Patricem Pavisem włącznie. Najlepszym dowodem na znaczący udział Polski w działaniach AICT jest fakt, że zbliżający się Kongres to już czwarty organizowany w naszym kraju. Wielką satysfakcję sprawia zainteresowanie polskim teatrem, jakie żywią nasi zagraniczni koledzy po piórze.

Po dwudziestu latach Kongres wraca do Warszawy. Pod jakim względem może być inny od poprzednich, czym nas zaskoczy?

Program Kongresu w dużej mierze warunkują Warszawskie Spotkania Teatralne, podczas których zostaną zaprezentowane najciekawsze przedstawienia ostatniego sezonu, jak Mickiewicz. Dziady. Performance czy W imię Jakuba S. Będzie również T.E.O.R.E.M.A.T – spektakl nie najnowszy, ale stanowiący gwarancję poziomu artystycznego. Ciekawą propozycję kongresową stanowi Szpilmania. Tych lat nie odda nikt – spektakl-koncert, który umożliwi naszym zagranicznym gościom obcowanie z twórczością Władysława Szpilmana. Program jest tak skomponowany, żeby można było doświadczać sztuki teatralnej z rozmaitych stron, by istniała możliwość ukazania różnych sposobów istnienia teatru oraz wyjścia poza jego obszar. Tego dotyczyć będzie również sympozjum zatytułowane „Teatr i poza teatrem”. Pod koniec marca w Teatrze Polskim odbywać się będzie festiwal monodramów, który wzbogaci główny nurt Kongresu. Zostanie również wręczona międzynarodowa nagroda Thalia Prize, której laureatką została wybitna krytyk Kapila Vatsyayan z New Delhi. Ważny punkt programu stanowi także debata o stanie polskiego teatru, w której trzech twórców potwierdziło już swój udział: Dyrektor Artystyczny Teatru Narodowego Jan Englert, Dyrektor Teatru z Legnicy Jacek Głomb oraz pedagog i reżyser Wiesław Komasa. Swoją wagę będzie miało spotkanie inaugurujące Kongres – nieprzypadkowo odbędzie się ono w Międzynarodowy Dzień Teatru.

Czy mógłby Pan powiedzieć, jakie zmiany zaszły w polskim teatrze od ostatniego warszawskiego Kongresu?

Na ten temat powstała książka, którą otrzymają wszyscy uczestnicy kongresu: Trasformation: The Polish Theatre after 1989. Zmieniły się tendencje estetyczne, dokonały się zmiany generacyjne, historyczne, ale także w organizacji życia teatralnego. Wciąż wiele pozostało, jak chociażby przewaga modelu teatru repertuarowego. Nawet teatry prywatne, których powstało wiele, skłaniają się ku niemu. Zmieniła się oczywiście estetyka, do teatru wkroczyła wideomania, mikroporty, rozmaite działania polegające na coraz powszechniejszej ucieczce z sali teatralnej, odejściu od sceny pudełkowej itd. Ale z takimi tendencjami teatr zmaga się od lat. Kiedyś mówiło się o niemożności grania klasyki, co obecnie przejawia się w próbach „przepisywania” jej, a więc używania tekstów klasycznych do mówienia o aktualnych sprawach. To jednak rozczulające, przecież w ten sposób tworzył już Mikołaj Rej! Podobnie w oświeceniu, gdzie czerpano całymi garściami z dramatu francuskiego – często z ogromnym talentem, czego dowodem jest Fircyk w zalotach Zabłockiego. Nic nowego pod słońcem właściwie się nie dzieje. W teatrze nic nie ginie, można do niego tylko dodawać.

A czy dzisiejsi twórcy, Pańskim zdaniem, mają talent do „przepisywania”?

Niektórzy tak, jak chociażby Demirski, autor W imię Jakuba S. Zdaje się, że już powoli od tego „przepisywania” odchodzi, zmierzając w kierunku nawiązywania do pewnych utworów. Tworzy w ten sposób dzieła w pełni oryginalne. Jeżeli metoda przepisywania prowadzi do wykształcenia się pewnej zdolności warsztatowej, to czemu jej nie stosować. W ten sposób rodzą się nowe talenty. Trzeba na teatr patrzeć na świeżo, nie uprzedzać się, nie przychodzić z gotowym osądem. Nigdy nie wiadomo, „kędy geniusz świśnie”.

Skoro mówimy o młodych artystach, to chciałabym, abyśmy przeszli do młodych krytyków. Z myślą o nich powstało seminarium młodej krytyki teatralnej, które towarzyszyć będzie wydarzeniom Kongresu. Często podkreśla Pan, że to właśnie oni są przyszłością AICT.

Jeżeli zaniedba się pracę nad kontynuacją, kultywowaniem tej umiejętności, to zawód może zaniknąć. Krytyka czy recenzja coraz częściej bywają zastępowane przez reklamę i rugowane z prasy, radia. To dosyć niepokojąca tendencja. Jestem przekonany, że każda sztuka bez takiego czujnika, jakim jest krytyka, więdnie. To naczynia połączone. Teatr może dąsać się na krytykę, może jej nie lubić, walczyć z nią. Ale jeśli jej nie ma, to grzęźnie w swoim własnym sosie. Stowarzyszenie cały czas pracuje nad kształceniem młodej kadry. Warsztaty krytyki teatralnej przeprowadzane są od lat, zawsze motywowały do wspólnej dyskusji, oceny, wymiany myśli. Ale przy okazji powodowały, że można na to samo zjawisko spojrzeć z zupełnie nowej perspektywy. Chodzimy przecież na inne przedstawienia. Warto kłaść nacisk na etykę zawodową; w tym względzie często mówimy banały, które po zestawieniu z praktyką niekiedy przestają być śmieszne i błahe.

Dzisiaj, w dobie Internetu, każdy może krytykować. Co gorsza, każdy uważa, że zna się na teatrze. Nie obawia się Pan, że to może stanowić duże zagrożenie zarówno dla Stowarzyszenia, jak i dla jakości krytyki teatralnej?

Ja bym się nie bał. W Internecie mamy oczywiście do czynienia z aktywnością ludzi sfrustrowanych, którzy leczą swoje rany, dają często upust paskudnym niechęciom. Ale to pewne koszty, które trzeba ponieść. Powiedziała Pani, że każdy może być krytykiem. W gruncie rzeczy każdy nim jest. To oczywiście nie znaczy, że każdy umie napisać recenzję, poprowadzić wywód krytyczny, który zawiera swoje uzasadnienie, zakorzenienie w źródle. W wielu tekstach publikowanych nawet w poważnych pismach mamy do czynienia ze zmyślaniem. A co dopiero amator, który nie ma lektur, nie obejrzał wystarczającej liczby przedstawień. Trzeba się dowiadywać, uczyć się historii. Krytyk nie może być bajkopisarzem, musi opierać się na faktach.

W Erywaniu powstał kodeks postępowania krytyka teatralnego. Kim dzisiaj jest prawdziwy krytyk?

Krytyk to ktoś, kto próbuje wsłuchać się w to, co teatr ma do zaproponowania. Nie jest zamknięty w jednej estetyce, bo to już nie jest krytyką. To raczej dramaturgia, twórczość teatralna. Krytyk jest pisarzem literatury faktu, bo faktem jest to, co dzieje się w teatrze. A on stara się ten fakt opisać, oswoić i zinterpretować. Opis nie może być tylko interpretacją, przetworzonym przez piszącego obrazem. To raczej felietonistyka, która może być piśmiennictwem ciekawym, ale wychodzi już poza krytykę w stronę literatury czystej. Krytyka to pogranicze wymagające umiejętności wypracowania kompromisu pomiędzy dziennikarstwem a nauką, językiem barwnym a referatowym, sprawozdawczym. To musi być język żywy. Stawiam duże wymagania, czy do spełnienia – nie wiem. Być może to jest pewien ideał.

Ale do ideału dążymy.

To musi być dobre pisarstwo.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Ewa Uniejewska

 

Dodaj komentarz