Popłoch

O Udręce życia Hanocha Levina w reżyserii Jana Englerta na deskach Teatru Narodowego pisze Tomasz Miłkowski.

 

Na widownię Teatru Narodowego nałożona została stroma żelazna konstrukcja, dzięki której widzowie zbliżyli się do sceny. Pierwszy rząd dzieli od sceny niespełna metr i opuszczona żelazna kurtyna. Po jej podniesieniu okazuje się, że widzowie pierwszego rzędu siedzą na poziomie sceny – nie ma rampy, kanału orkiestrowego, proscenium, a na całą szerokość horyzontu wisi ogromna plazma, na której pulsuje przestrzeń wielkiego miasta, oddalająca się i niknąca w bezkresnym kosmosie. Ta przestrzeń niczym otchłań towarzyszy dramatowi bohaterów  z doskonałą obojętnością. Ich osamotnienie nabiera wymiaru kosmicznego.
Oto pewnej nocy Jona Popoch budzi się ze świadomością, że jest zgubiony, że życie go zawiodło, że prawdziwe życie jest gdzie indziej (te słowa Milana Kundera padały już w dramacie Krum). Po 40 latach małżeństwa postanawia opuścić swoją żonę Lewiwę (imię znaczące, po hebrajsku: Naleśnik). Gdy w atmosferze okrutnych oskarżeń i wyrzutów ma dojść od rozstania, niespodziewanie o 2 w nocy odwiedza ich sąsiad Gunkel pod pozorem poszukiwania pyralginy na ból głowy. Ale to nie ból głowy, lecz strach, zazdrość i osamotnienie przywiodły go do Popochów w mokrym płaszczu, z którego ściekają strugi deszczu. Małżonkowie na moment się jednoczą, odmawiając Gunklowi ciepła rodzinnego ogniska. Kiedy po nocnym gościu pozostaje tylko mokra plama (dosłownie) nawet przez chwilę tańczą, a Jona wyznaje żonie swój strach przed śmiercią. Ale poczucie zawodu powraca – Gunkel jedynie uświadomił, że nie ma już żadnej ucieczki. Zrozpaczony Jona umiera, a Lewiwa wyrzuca mu po śmierci, że nie dokończył z nią razem udręki życia. Jedyna nadzieja w tym, zwraca się do widzów, że jest tu jakiś pisarz, który utrwali ich życie, że coś o nich napisze. Ale Jona odpowiada; „Nikt nie napisze”.
Nie mówi prawdy, bo Hanoch Levin napisał, dając świadectwo życiu w osamotnieniu, w poczuciu wiecznej udręki i utraty czegoś, co mogłoby być prawdziwe. Tak jak czynił to w innych swoich rodzinnych czy sąsiedzkich dramatach, portretując tęsknoty zwykłych ludzi do czegoś niezwykłego, odnotowując ich przejmujące porażki, daremne próby pojednania z życiem, być może i pojednania możliwego, ale nieosiągalnego dla kogoś, kto nie potrafi odważnie spojrzeć na siebie samego. Te na pozór obyczajowe tragikomedie, nasycone autoironią i komizmem bezradności człowieka wobec życia i śmierci, to utwory głęboko metafizyczne, łączące tradycję Czechowa z Beckettowską filozofią nieuchronnej końcówki, nadciągającego kresu, katastrofy. Na taki trop naprowadza nazwisko bohatera: Popoch. Być może pochodzi od przetworzonego polskiego słowa „popłoch” (głoska „Ł” nie występuje w hebrajskim), często bowiem Levin, korzeniami tkwiący w mentalności polsko-żydowskiej, obdarzał swoje postaci imionami brzmieniowo podobnymi do polskich słów. A Jonę Popocha pewnej nocy ogarnął przecież „popłoch”.
Ten stan popłochu, zagubienia, próby desperackiej ucieczki, maskowanej ironią, wyniosłością  i bezwzględnością odmalowuje na scenie Janusz Gajos. Ukazuje obrzydzenie i znużenie, niechęć do swojej Lewiwy, ale i zagubienie ogarniętego popłochem starzejącego się mężczyzny, kiedy szuka w ramionach żony pociechy. Wszystko i tak na nic: „Udało mi się bardzo źle w życiu”, powie już po śmierci.
Lewiwa Anny Seniuk to mieszanka siły i słabości, cała gama środków, które mają sprawić, że zatrzyma zbuntowanego Jonę. Wybucha jak megiera-wulkan, wyrzucając z siebie skargi opuszczanej żony, ale też próbuje uwodzić albo zalotnie zaprasza męża do tańca. Każdy jej gest ujawnia poczucie przegranej, ale i zmysł praktyczny: ktoś to wszystko musi trzymać w garści. Przez chwilę triumfuje, kiedy uzyskuje  w pojedynku z Joną przewagę, aby na koniec szukać choćby najlichszego śladu nadziei.
Gunkel Włodzimierza Pressa wnosi do świata walki Popochów moment równowagi. To ktoś, kto cierpi głębiej od nich, kto jest tak bezbrzeżnie osamotniony, że w Popochach odnajduje dla siebie wzorzec prawdziwego życia. To figura przestrogi – oto jacy możemy być, jeśli nie zatroszczymy się o dom. Kiedy Gunkel odchodzi, długo jeszcze dobiega małżonków jego tragiczne wycie bezdomnego psa.
Sztuka Levina to swoisty seans psychoterapeutyczny. Nie dla bohaterów, bo oni są już zgubieni i nic nie zdoła ich uratować. Levin nie daje recept, nie poucza, jedynie ostrzega przed życiem we wrogim osamotnieniu.

Tomasz Miłkowski

UDRĘKA ŻYCIA Hanocha Levina, tłum. Agnieszka Olek, reż. Jan Englert, scenografia Barbara Hanicka, muz. Stanisław Radwan, reż. światła Wojciech Puś, animacja artystyczna Michał Jankowski, Teatr Narodowy, Sala Bogusławskiego. Premiera 16 grudnia 2011

Poszerzona wersja recenzji zamieszczonej w tygodniku „Przegląd”

 

Dodaj komentarz