WIELKI MAG TEATRU

 

Adama Hanuszkiewicza z Emilią Krakowską wspomina Justyna Hofman-Wiśniewska.

 

Kim dla Pani był Adam Hanuszkiewicz?
Pięknym mężczyzną, o czym wszyscy wiedzą. Dla mnie był pierwszym dyrektorem prawdziwego teatru, profesjonalnego. Był młodym dyrektorem Teatru Powszechnego w Warszawie. A ja wtedy, w 1964 roku, miałam przyrzeczenie Pana Hanuszkiewicza, że mnie do teatru przyjmie. Po skończeniu warszawskie PWST miałam rok przerwy. Był to rok wyczekiwania. Teatr Powszechny to był jedyny teatr, o którym marzyłam. Chciałam być pod skrzydłami Hanuszkiewicza.
Dlaczego?
W wieku lat 8, może 9, widziałam Pana Hanuszkiewicza na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu, moim rodzinnym mieście. Grał Hamleta w głośnym przedstawieniu Wilama Horzycy.
Aż tak Panią zauroczył?
Teatr fascynował mnie niemal od kołyski. Widziałam Pana Jowialskiego w wykonaniu Ludwika Solskiego…
Właściwie od dziecka przyglądałam się teatrowi amatorskiemu i profesjonalnemu. Teatr amatorski to były m.in. wszystkie pastorałki grane w salach parafialnych wszystkich parafii w Poznaniu. Rosłam od małych diabełków i chochlików po rolę Matki Boskiej. Gdy grałam Matkę Boską miałam 16 lat. Moja pazerność na role była tak wielka, że zagrałam w tym samym przedstawieniu także żonę Heroda. Przebierałam się i grałam to Matkę Boską, to Herodową. Kołysankę śpiewał za mnie falsetem chórzysta od Stuligrosza, który grał św. Józefa. Nie mogłam przecież kołysanki śpiewać z wrodzoną mi tzw. chrypką.
Poza pastorałkami grałam m.in. w „Marii” Malczewskiego w Eksperymentalnym Teatrze „Kuźnica” w Poznaniu, który prowadził p. Arabski. W operze rządził w tych czasach Walerian Bierdiajew, Kazimierz Wiłkomirski w Filharmonii… Kręciłam się cały czas wśród ówczesnej bohemy poznańskiej.
W ten świat wkroczył też Adam Hanuszkiewicz w towarzystwie Józefa Kaliszana, człowieka renesansowego: był rzeźbiarzem, malarzem, scenografem, jednym z twórców poznańskiego ośrodka telewizyjnego. Mieszkał i miał pracownię w Szkole Tańca Madame Marceli Hildebrandt-Pruskiej. Madame w roku 1945 utworzyła w Poznaniu Prywatną Szkołę Rytmiki i Plastyki, którą przekształcono później w Społeczne Ognisko Baletowe, którego dyrektorką była przez wiele lat. To była niezwykła artystka, w l. 20. tańczyła np. do muzyki organowej Beethovena…
Wracając do Adama Hanuszkiewicza. Po raz pierwszy w cywilu widziałam go wraz z Józefem Kaliszanem na stopniach Opery Poznańskiej. Stali tam sobie, rozmawiali,  a ja patrzyłam, patrzyłam, patrzyłam z cielęcym zachwytem w oczach. To było już po „Hamlecie”.
W 1959 roku Hamlet Adama Hanuszkiewicza w warszawskim Teatrze Powszechnym w reżyserii Ireny Babel zwrócił uwagę krytyki i widzów  bardzo współczesnym ujęciem. Nowoczesność Hamleta stworzonego przez Irenę Babel i Adama Hanuszkiewicza polega w znacznym stopniu na „aktualności”  tej postaci i tego utworu. Nie będzie to jednak aktualność żywiona aluzją, pewnymi analogami sytuacji, w której znajdują się bohaterowie utworu i część ludzi na widowni. Sens społeczny uwydatniono dzięki czytelności, jasności i możliwie jednoznacznej interpretacji dziejów i przeżyć bohaterów szekspirowskich. Pokazano Hamleta jako dramat pokoleń i jednocześnie dramat postaw moralnych określających miejsce człowieka w rzeczywistości, którą sam tworzy – pisał Józef Szczawiński („Kierunki” nr 11, 15.03.1959).
Kreacja Adama Hanuszkiewicza decyduje w znacznym stopniu o wysokiej randze spektaklu. Doskonałe warunki zewnętrzne, piękna sylwetka, wyrazistość mimiki pozwoliły mu zarysować postać królewicza duńskiego silnie przemawiającą do wyobraźni. Wewnętrzne rozdarcie Hamleta i proces dojrzewania w nim świadomości moralnej oddaje Hanuszkiewicz ze skupieniem w sposób bardzo nowoczesny (…) Artysta skupił uwagę na intelektualnych treściach roli, na krytycznym stosunku do świata tego buntownika i sceptyka zżeranego pasją naprawy zła – dodawała Zofia Karczewska – Markiewicz („Życie Warszawy” nr 27, 31.01.1959).
Już wtedy, na razie tylko w jego aktorstwie zarysowywała się najwyraźniejsza i – dla mnie najbardziej fascynująca – cecha jego teatru: podporządkowanie chwili, otwartość i słuch oraz węch na to, co działo się „tu” i „teraz” nie tylko w sferze teatralnych estetyk. Hanuszkiewicz już wtedy zaczął atakować współczesność nie oglądają się na tradycyjne hierarchie środków i form.

Ja wtedy zaczynałam. Przede mną były studia w PWST. I znowu wspaniały czas spotkań z wybitnymi ludźmi teatru, nauka pod ich kierunkiem. Hamleta Hanuszkiewicza miałam cały czas w oczach, słyszałam jego głos. Ja kończyłam studia, on był w Warszawie. Młody dyrektor Teatru Powszechnego. Moje marzenie było bliskie spełnienia. Dostałam się do tego teatru, znalazłam się wśród wspaniałych aktorek i aktorów.
Jaki był Hanuszkiewicz?
Był to człowiek opanowany teatrem. Teatr był jego największą namiętnością i miłością, był jego życiem. Przy swoim odkrywaniu świata teatru w sobie i poza sobą wspierał się autorytetami. Nie tylko tymi, które mu pasowały. Chodził, rozmawiał, przekonywał opornych do swojej wizji teatru. Jedno, co dla mnie do dzisiejszego dnia jest wzorcem i czuję się stale tym zarażona to jego entuzjazm dla teatru. Przez 13 lat, gdy byłam pod jego skrzydłami w teatrze (w Powszechnym, potem w Narodowym) on stale miał ten sam ogromny entuzjazm dla teatru, tę samą niesłabnącą miłość. Nie dziwmy się więc, że z takim impetem przez 24 godziny myślał o teatrze i o sobie w teatrze.
Potem gdy obserwowałam już spoza jego teatru jego teatr ten entuzjazm stale w nim  trwał. To niebywałe zjawisko! W dużej mierze dzięki niemu ja teatr, ten teatr życia, widzę wszędzie, w każdym przejawie życia niemal. Nie jako slogan, że życie jest teatrem, lecz prawdziwą potrzebę teatru w każdym człowieku. Odczuwam ją. Teatr to nie jest tylko premiera, uroczystość, przedstawienie. Spójrzmy na teatralność i teatralizację naszego życia. Wszystkie obrzędy, zwyczaje, obyczaje, rytuały, z jakimi mamy do czynienia na co dzień, wiele naszych zachowań, każdy urząd, parady wojskowe itd.,., itd. Czy to nie jest teatr? Wszędzie otacza nas teatr.
Entuzjazm dla teatru był także entuzjazmem do życia, bo to u niego było nierozerwalne. Miał w sobie tę siłę, że tym entuzjazmem, tą miłością do teatru zarażał innych. Zaraził na wszystkie moje lata i mnie. Zaraził nią wielu młodych ludzi, którzy niosą to dalej. I to uważam za najcenniejsze.
To, co było we mnie, w moim wychowaniu, otoczeniu on swoim zachowaniem, entuzjazmem, miłością potwierdził. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. To wcale nie oznacza, że wszystko, co Adam Hanuszkiewicz zrobił było bezkrytycznie przeze mnie „kupowane”. Byłam i jestem, człowiekiem, który często zadaje pytania, który także potrafi wypominać.
Pamiętam jego „Wesele”. Grałam przez 7 lat Pannę Młodą w zastępstwie. „Wyzwolenie”, w którym nie grałam, ale przychodziłam na próby. Wszyscy przychodzili. Nie dlatego, że musieli, ale po prostu chcieli. Słuchałam. Hanuszkiewicz lubił wspólnotę.
Pan Adam przygotowując „Wyzwolenie” mówił, że to najlepsza sztuka, jaką napisał Wyspiański. A ja na to: zaraz, zaraz Dyrektorze. Przecież mówił Pan, że najlepszą sztuką Wyspiańskiego jest „Wesele”! – Mówiłem – odrzekł – ale „Wyzwolenie jest lepsze! Właśnie. On miał tę cudowną cechę, że w danym momencie sztuka, nad którą pracował była najlepsza. On się zakochiwał w każdej sztuce, każdej roli, nad którą w danym momencie pracował. To było piękne, bo niosło świeżość.
Jadwiga Chojnacka, znakomita aktorka, z którą opracowałam i przyjaźniłam się, powiedziała coś bardzo ważnego: Każdy z nas ma 100 procent energii i ani grama więcej, ani mniej. Jeżeli Hanuszkiewicz zużywał 90 procent swojej energii na teatr, to proszę nie mieć pretensji do niczego innego, że kulało! 
W Teatrze Powszechnym spotkałam wielu wspaniałych aktorów, nie tylko tych najbardziej znanych, ale też tak wspaniałych ludzi, jak p. Żańcia Grabowska, Janczar, Wieczorkowska, Tola Koronkiewicz – wszyscy coś do teatru wnosili, coś cennego i mądrego. Hanuszkiewicz potrafił tę całą energię skupić „tu” i „teraz”, stworzyć wspólnotę.
Dla mnie Hanuszkiewicz miał jeszcze jedną cudowną cechę: umiejętność czytania każdego dzieła literackiego tak, jakby czytał je po raz pierwszy. Gdy brał literaturę na warsztat teatralny wszystko, co o danej pozycji wiedział gdzieś znikało. Nie było w nim tego całego balastu polonistycznego czy historycznego. Była tylko świeżość, była radość dziecka odkrywającego jakiś nowy, nieznany świat. Było czytanie własne do szpiku kości, po swojemu. On, Adam Hanuszkiewicz czytał literaturę wyłącznie jako Adam Hanuszkiewicz. Potem dopiero wyłaniała się cała zgromadzona na dany temat wiedza, kontekst i zaczynało się osadzanie tego, co wczoraj czy jeszcze dawniej, w kontekście dzisiaj. To teatralne „wąchanie czasu” zawsze mnie u niego fascynowało.
Tak, to było w jego pracy bardzo cenne. Do literatury podchodził ze swoim bagażem, ze swoim aktualnym w danej chwili doświadczeniem z życia, sztuki i literatury. Dlatego to było nie tylko takie świeże, ale i autorskie, własne.
Jego teatr był też często pewnego rodzaju spełnieniem marzeń – myślę tu np. o hondach w „Balladynie”. U warto jedną sprawę przypomnieć, żeby w pamięć to zapadło. Hanuszkiewiczowi tych trzech hond do „Balladyny” nie kupiła, jak wieść gminna niosła, ówczesna milicja, lecz Ministerstwo Kultury i Sztuki.
Tak. Kto i gdzie wtedy mógł zobaczyć z bliska Hondę?! Hanuszkiewicz mówił: w teatrze. Każda epoka ma swoich bohaterów i swoje marzenia. I Hanuszkiewicz potrafił jedno i drugie wyłowić. Nardelli był Kordianem tamtych czasów, Hamlet Olbrychskiego był Hamletem tamtych lat. W tych postaciach zogniskował się bunt ówczesnych młodych ludzi. Dzisiaj buntu nie ma. Może dlatego dzisiaj Hamlet na scenie staje nagi  usiłując nadrobić te braki genitaliami…?
Hanuszkiewicz dotykał strun teraźniejszości. „Wesele”, „Wyzwolenie”, „Kordian”, „Hamlet”, „Beniowski” itd. itd. Ale pamiętam też jego „Moralność Pani Dulskiej”. Na scenie Hesia i Mela, na widowni młodzież z liceum. I nagle dziewczyny na widowni zjechały z foteli tak, aby było je jak najmniej widać. Potem była rozmowa, Hanuszkiewicz zapytał, co się stało? To nas zawstydziło, bo to są sprawy intymne – padła odpowiedź. Cóż je tak zawstydziło? Na scenie nie działo się nic lubieżnego ani nawet nieprzyzwoitego. Bo Hesia i Mela tak otwarcie mówiły o płci, o dojrzewaniu, tak się przeciągały, tak nie ukrywały swoich… pragnień? Hanuszkiewicz nie tylko umiał wąchać czas, ale i wydobywać na wierzch to, co tkwiło w literaturze podskórnie, ale wyraziście, co było prawdą o człowieku.
On uważnie obserwował wcześniej dziewczynki w tym wieku.  I poruszył strunę, która nagle zadrgała. Tylko, jak powiedziałam: uważnie obserwował dziewczynki w momencie, gdy zakochał się w „Moralności Pani Dulskiej” i Zapolskiej. Gdy ten czas minął, tracił zainteresowanie i biegł na spotkanie kolejnego zakochania.
Każda następna sztuka i Hanuszkiewicz był już w następnej miłości. Także do aktora, czy aktorów.
Teatr Hanuszkiewicza to były lekcje „dobrych stajni”. Nie był ideałem, ale mówię o tym, co dla mnie w pracy z nim było najważniejsze, najcenniejsze. Pozostałe sprawy, którym poświęcał tylko te 10 procent ze swojej energii nie były ważne.
Dziękuję. Ja też jestem zarażona przez niego miłością do teatru i mądrym poszukiwaniem tego, co boli i dotyka dzisiejszego człowieka, nawet gdy się go zanurzy w romantycznym czy innym historycznym sztafażu. Hanuszkiewicz potrafił językiem Słowackiego czy Norwida mówić o dzisiaj i człowieku dzisiejszym. I miał odwagę mówić prawdę.
Witold Filler pisał swego czasu o teatrze Adama Hanuszkiewicza: Teatr Hanuszkiewicza edukuje widza walcząc z nim.  Pierwszym etapem tej walki jest pozorna zgoda na gust widza, udostępnienie mu prawa głosu. I widz angażuje Kurylewicza, by przygrywał Hrabiemu Henrykowi. Widz ustawia drabinę na Kordianowym Mont Blanc. Widz podpowiada kolory Pankiewiczowi, Kołodziejowi, Zaniewskiej. A kiedy już został wciągnięty do gry, rozpoczyna się właśnie walka. Teatr odrzuca powierzchowne, naskórkowe postulaty i estetyki, proponując w zamian wartości, których potrzebę widz odczuwa na razie tylko w sposób podświadomy.  Że zaś ta podmiana walorów  odbywa się częstokroć w sposób prestidigitatorski, widz na ogół daje się w grę wciągnąć, nowe poczyna go najpier5w tylko bawić, potem fascynować, potem stwierdza, że właśnie na coś takiego czekał. Ale nie tylko widza rzecz wciąga – pochłania ona także i artystę.

Któż mógł się oprzeć Hanuszkiewiczowi! W jego zespole takich nie było – wtrąca Emilia Krakowska.
I dalej z Fillera: Wspólnota ich myślenia oznacza obowiązki obopólne. Widz rezygnuje z dawnych gustów i przyzwyczajeń – artysta pracuje. Szuka, zmienia, doskonali, myli się. Myśli. Dręczy go stała niepewność, czy mówi widzowi to, na co on czeka. Aż nadchodziła chwila, gdy wiadomo już było, że Hanuszkiewicz z widzami podjął kolejny dyskurs o teraźniejszości, że znowu zaatakował współczesność wywołując żarliwą dyskusję. Oczywiście, jego teatr był odpowiedzią na tę rzeczywistą potrzebę społeczną, jaką on widział. Stworzył teatr rozkrzyczany, buntowniczy, żywy. I bardzo, bardzo własny. Autorski w każdym calu.

 

Dodaj komentarz