FRED APKE: KILKA PRZYPADKÓW I PRZEZNACZENIE

Miał 7 lat. Była zima. Na zabawie na śniegu spędził wiele godzin. W domu rozgrzewał zziębnięte ręce… Babcia postawiła na stole zapaloną świecę… Siedział naprzeciw łyskającego światła.

– To wtedy – bardzo dokładnie pamiętam ten moment – pierwszy raz poczułem potrzebę opisania cząstki otaczającego świata – mówi Fred Apke. – Coś się we mnie obudziło. To był impuls… Musiałem zacząć pisać…

 

N/z Fred Apke [fot. Marta Klubowicz].

 

 

 

KURA BYŁA PIERWSZA

Pierwszą sztuką autorstwa Freda Apke, którą poznał polski widz była „Kura na plecach”. Prapremiera (11 grudnia 2004 r.) odbyła się w warszawskim Teatrze na Woli. Pewnego wieczoru do sąsiada, wiolonczelisty z zawodu, przychodzi, mieszkająca z nim przez płot, kobieta, poświęcająca się jedynie prowadzeniu domu i pielęgnowaniu róż.

Początkowa sprzeczka o zniszczone rośliny, przeradza się w długą rozmowę. Jej nastrój i sposób prowadzenia raz po raz wywołuje salwy śmiechu na widowni, i sądzić można, że oto mamy do czynienia z komedią. Nawet, gdy okazuje się, że miłośniczka róż właśnie ukatrupiła męża. Jednak zaskakujący rozwój akcji sprawia, że pewność, iż to wciąż komedia zaczyna się w widzach kruszyć.

Psychodrama miesza się z farsą, a śmieszność wynika z tragedii. Po zapadnięciu kurtyny dziwnie bliskie staje się słynne gogolowskie powiedzenie: „Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie!”

„Kura” bardzo spodobała się polskim widzom. Napisana lekko, z wdziękiem, z poczuciem humoru, pozostawiała widzowi materiał do przemyśleń, nie karmiła śmiechem dla samego śmiechu, jak to często zdarza się, tak lubianym – nie tylko w polskim teatrze – angielskim farsom.

Prapremierowa sztuka Apke, którą zresztą sam wyreżyserował, miała też świetnych wykonawców. Role dwojga sąsiadów zagrali brawurowo Artur Barciś i Marta Klubowicz, która jest także autorką przekładu „Kury na plecach”.

Nie będzie przesadą powiedzieć, że to właśnie jej aktorce, ale także poetce i tłumaczce, zawdzięczamy obecność tej i kolejnych sztuk Freda Apke na polskich scenach. Tyle że to obecność wciąż niezadowalająca. A szkoda, bo komedie i dramaty Apke zasługują na stałą obecność na afiszach w całej Polsce.

– Fajnie by było wygrać ze skeczowymi farsami o niczym i postaciami z papieru. Fred pisze trochę pod prąd – mówi Marta Klubowicz. – Dla teatrów komediowych jego sztuki są zbyt trudne, bo: „bardzo to śmieszne, ale tak naprawdę – jakieś takie gorzkie?”. Tak zwane poważne teatry, jeśli robią komedie to jest to Szekspir, Molier, Czechow, Witkacy, Gombrowicz, ewentualnie Mrożek. W dodatku komedię uważa się – nie wiadomo dlaczego – za gatunek niższy od dramatu. Sztuki dla dzieci – robi się już te „sprawdzone”, tak naprawdę gardząc tym gatunkiem, z infantylną pobłażliwością traktując widza, któremu można wcisnąć każdy kit. A z kolei trudno sprzedać dramat kogoś, kto już ma opinię komediopisarza… Nie ma lekko – mówi Marta Klubowicz.

 

MAGIA JEDNEJ NOCY

Każda ze sztuk Freda Apke podejmuje istotny problem, na czele z tak trudnym i wciąż bolesnym, jak relacje polsko-niemieckie („Odjazd”, prapremiera 29.10.2005 r., Teatr Rozrywki Chorzów). Ale Apke rozlicza się także ze swoją nacją np. w „Dziękuję, tatusiu” (prapremiera 16.06.2011, Teatr Druga Strefa Warszawa) i robi to bez sentymentów. „Zimny prysznic” mówi o najboleśniejszych problemach małżeństwa (prapremiera w warszawskim Teatrze Komedia i Teatrze Powszechnym w Radomiu, wrzesień 2008). Sztuka „Adonis ma gościa” (prapremiera 21.01.2010 r. Teatr Rozrywki Chorzów, wyreżyserowana również jako musical z warszawskim Teatrze Roma) przeznaczona dla młodej widowni, pokazuje, że inność nie jest niczym złym, że warto się na nią otworzyć; że wolność jest dobrem, o które trzeba zabiegać, ale jej pojmowanie może być różne i trzeba to uszanować; że czasem dobrze jest zaryzykować i zdobyć się na odwagę, a gdy zdarzy się przyjaźń, trzeba ją docenić i pielęgnować.

„Adonis…” , co znamienne, przyniósł Fredowi Apke główną nagrodę w konkursie Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu (2009). Nie jedyna to zresztą jego nagroda dramaturgiczna w Polsce. Komedia „Letnisko” (prapremiera 28.05.2011 r, Teatr Powszechny w Łodzi) zdobyła trzecią nagrodę w drugiej edycji polskiego (!) konkursu „Komediopisanie”.

Tak jak większość sztuk Apke, „Letnisko” to bardzo gorzka komedia. Rozważa problem – do jakiego stopnia artysta może się sprzedać. Opowiada o uznanym aktorze, który przyjmuje rolę w… reklamie pieluszek.

Maestrią odznacza się – momentami też błyszczący humorem – dramat „Pan baron przychodzi boso, i płaci guzikiem” (prapremiera 26.11.2007 r., Warszawa). To sztuka niemal mistyczna, wadząca się z Bogiem, szukająca jego upostaciowania w człowieku. Stają naprzeciw siebie karczmarka, tragicznie doświadczona przez bliźnich, i poeta tuż po samobójczej próbie w bezgranicznej rozpaczy… Ta jedna noc znacząco wpłynie na ich

życie.

– Sztuki Freda często rozgrywają się w ciągu jednej nocy. Spotykają się obcy sobie ludzie, którzy poprzez ekstremalną sytuację, w której się znaleźli – zrzucają maski, a to prowadzi ich do przemiany. Ta jedna noc zmienia ich i wszystko w ich życiu. Już nie będą tym, kim byli – mówi Klubowicz, tłumaczka dramatów Apke.

– Granie w sztukach Freda (m.in.: „Kura na plecach”, „Zimny prysznic”, „Pan baron przychodzi boso…”- przyp.), to jedno z moich najpiękniejszych teatralnych przeżyć – dodaje Marta Klubowicz, aktorka. – To, co dzieje się na widowni, w jaki sposób ludzie reagują, jacy są w tym prawdziwi zanosząc się śmiechem i zapominając się całkowicie. Jak się nim nawzajem zarażają i jak nam dziękują brawami, oczami, uśmiechem, a potem słychać jeszcze ich chichot, kiedy wychodzą z teatru – to są chwile, dla których warto uprawiać ten zawód – podkreśla.

Bo Apke jest utalentowanym dramaturgiem, ale także aktorem i reżyserem. Zna od podszewki teatralną materię, zna aktorskie problemy z – nie zawsze doskonałym – scenicznym dialogiem, zna reżyserskie zmagania ze sztukami nie najlepiej pasującymi do wymogów teatru.

Pisząc i reżyserując swoje sztuki, rozumie oczekiwania aktorów, ale wie też, czego potrzebuje widz. Wie, jak przykuć jego uwagę, jak utrzymać napięcie i jak pozwolić mu odetchnąć, żeby znowu go zaskoczyć.

Jeszcze jedną i, o ironio – ze względu na coraz bardziej komercyjne profilowanie się teatrów – zaletą sztuk Apke jest ich kameralność.

Większość z nich rozpisana jest na jednego („Dziękuję, tatusiu”) do kilku aktorów. Można je zagrać na niezbyt dużych scenach, można ruszyć w nimi w objazd, bo nie wymagają rozbudowanej scenografii, mogą zagrać je teatry oficjalne i sceny off-owe.

 

KABARET ZMIENIŁ WSZYSTKO

Chyba nie będzie błędem, gdy powiemy, że życiem zawodowym Freda Apke rządziła bardzo rozsądna siła wyższa… On sam mówi – przypadek, gdyż przypadek sprawił, że został aktorem, podobnie zresztą jak… reżyserem. A on chciał przecież tylko pisać.

– Chciałem opowiadać historie. Głównie na użytek filmu – wspomina.

Zaledwie 18-latek, wyruszył do Rzymu, gdzie miał studiować w szkole filmowej. Dlaczego tam?

– Bo lubiłem włoskie kino, a przede wszystkim Pasoliniego. Ale z pewnych względów nie podjąłem tych studiów i wróciłem do Berlina.

Rok mieszkał kątem u znajomych na dmuchanym materacu. Pisał. To jedyne, co robił. Pewnego wieczoru poszedł z kolegami do kabaretu. Wizyta skończyła się nad ranem.

– Spędziłem całą noc na rozmowie z jednym z aktorów.

Nie zlekceważył jego pasji literackiej, gdy Fred wyjawił, że chce pisać dla filmu i teatru. Powiedział tylko, jakby mimochodem, że czuje, iż Fred ma talent aktorski. Umie to rozpoznać, bo jest wykładowcą w berlińskiej szkole teatralnej. Może Fred spróbuje w niej swoich sił?

– „I tak nic nie robisz”, stwierdził – wspomina Apke. – I dodał, że doświadczenia aktorskie będę mógł wykorzystać przy pisaniu. Zdałem. Pewnie dlatego, że podszedłem do egzaminów na luzie. Nie trząsłem się ze strachu i ambicji, jak inni.

 

AKTOR NIE JEST KUKŁĄ

Już jako student szkoły teatralnej Fred wciąż nie był przekonany, czy znalazł się we właściwym miejscu.

– Przyjęli mnie. Wiedziałem, że mnie chcą, ale nie miałem pewności, czy ja chcę ich?

Ta niepewność omal nie skończyła się wyrzuceniem z uczelni, gdyż niezbyt przykładał się do studiów… Dopiero dzięki pracy z angielskim reżyserem i autorem Royem Kiftem, przy jednym ze szkolnych spektakli, zrozumiał i wniknął w istotę aktorstwa.

– Nauczył mnie, że aktor nie jest kukłą w rękach reżysera, lecz prawdziwym, niezależnym artystą, niosącym widzom ważne przesłania. I że tylko nieudolni reżyserzy, odbierają aktorom ich kreatywność. Wtedy zacząłem traktować aktorstwo poważnie.

Debiut Freda Apke – aktora – odbył się w berlińskim teatrze Hochschule der Kuenste w spektaklu Heinera Muellera „HamletMaszyna”. Zagrał główną rolę.

Fred Apke – dramaturg – debiutował sztuką „Z powodu choroby zamknięte” w Teatrze Narodowym w… Oslo.

– Przypadek – kwituje swoim ulubionym słowem.

Zostałem zaangażowany do norweskiego filmu. Ale w Norwegi jest zimno, wtedy szuka się ludzkiego ciepła… Spotkałem kobietę – opowiada z szelmowskim uśmiechem.

 

SUKCES W OSLO

Rok podróżował między Berlinem a Oslo. Wreszcie postanowił zacumować w Norwegii i skoncentrować się na pisaniu.

„Z powodu choroby zamknięte” wystawiono w Black Box Teatr. Jest to opowieść o kioskarce, która chciała być śpiewaczką, ale rodzina zniszczyła jej marzenia. Pewnego dnia prześladuje ją fraza z jej ulubionej opery „Aida”: „Tutaj jestem pochowana pod tym kamieniem…”. Wtedy rozumie, że jeszcze chwila, a zmarnuje swoje życie. Buntuje się. Wywiesza, w witrynie kiosku, tabliczkę z napisem: „Z powodu choroby zamknięte” i dokonuje generalnego życiowego rozliczenia.

– Rolę kioskarki zagrała bardzo znana norweska aktorka Anne Mali Saether – wspomina Apke. – A po premierze dramaturg Teatru Narodowego w Oslo, ściskała mi rękę, mówiąc: „Bardzo, bardzo dziwna sztuka…”. Co oznaczało, tyle że chyba dobrze się zapowiadam.

Ale Fred nie tylko rokował dobrze jako dramaturg, także jako reżyser. I tu Apke znów sięga po słowo – przypadek.

Zaczął reżyserować jeszcze w szkole teatralnej.

– Potrafiłem pomóc kolegom w próbach, w scenach, które przygotowuje się na zajęcia i na egzaminy. Miałem poczucie, że to mi się udaje. Potem zacząłem reżyserować nie tylko moje dramaty.

Dodajmy, że sztuka „Z powodu choroby zamknięte” odniosła w Norwegii duży sukces.

 

DRAMATURG JEST NIEPEWNY

Sukces Apke miał też we własnym kraju. Jego „Szklane oczy”, dramat z wątkiem kryminalnym zdobył nagrodę Północnej Westfalii, a „Winyl”, tragikomedia wystawiona przez berlińską grupę teatralną Kerkhoff , została uznana za najcelniejszy portret generacji niemieckich trzydziestolatków u schyłku XX wieku. Nawiasem mówiąc „Szklane oczy” napisał na nowo, bo nie był zadowolony z pierwotnej formy, a Marta właśnie ukończyła tłumaczenie.

– Nigdy nie jestem pewien czy sztuka jest dobra – stwierdza Fred bez cienia kokieterii.

Pewnie dlatego, że – jak wyjaśnia – pisze się nie dlatego, że się coś wie, ale że się czegoś nie wie… Nie dziwi się więc, że tak naprawdę, to bohaterowie jego sztuk prowadzą go przez swoje historie. On je tylko zapisuje…

Tak było np., w przypadku komedii „Adonis ma gościa”. Pewnego dnia natknął się na sentencję mędrca, głoszącą: „Nigdy nie zamykaj papugi w jednej klatce z wroną!”. Przekornie pomyślał, a może by jednak spróbować… Wiele godzin spędził przy biurku, i gdy był niemal w rozpaczy, bo w jego głowie nie zaświtała żadna myśl, usłyszał za plecami… wrzask. „Odwróciłem się i zobaczyłem papugę, która trzepocząc skrzydłami łazi w kółko i drze dziób domagając się śniadania…”. Wówczas zaczął notować rozmowy między Adonisem a Węglem. Oni podpowiadali mu swoje kwestie.

 

ŚMIECH NAS RATUJE

Fred Apke pisanie traktuje jako sposób komunikowania się z ludźmi.

– Piszę, żeby móc lubić ludzi. I żeby dać im powiedzieć to, czego – być może – sami z siebie by nie powiedzieli? – wyjaśnia.

I rzeczywiście, podchodzi do ludzkich słabości i wad – z miłością. Nawet najbardziej negatywne postaci są w jego sztukach sympatyczne. Nie osądzając, zwraca naszą uwagę na pewne zjawiska, postawy, charaktery.

– Wielu z nas z upływem lat zastyga w pewnych pozach, w psychicznym odrętwieniu, które są reakcją obronną przed agresją codzienności. Ale jest to zarazem rodzaj mentalnej śmierci, bo zamyka nas na świat, zabija radość odczuwania jego zmienności – wyjaśnia. – Nie chodzi mi o to, żeby czegoś uczyć, kogoś pouczać, pokazywać jak trzeba żyć,

chodzi o to, żeby życie utrzymać przy życiu. Pokazuję te pozy w swoich sztukach, a widz śmieje się z nich, ale zarazem śmieje się z siebie, bo się w nich odnajduje. Ten śmiech go oczyszcza. Może dzięki temu śmiechowi ożyje? Dlatego sztuka, chociaż nie wywołuje rewolucji, ratuje w nas człowieka – podkreśla Apke.

Przykładem takiego psychicznego zastygnięcia są bohaterowie „Kury”, a także sztuka „Mrożona papuga” (nawiasem mówiąc napisana dla Anny Seniuk). Opowiada o kobiecie, która żyje wyłącznie przeszłością, tracąc w ten sposób kontakt z teraźniejszością.

 

REŻYSER SPOTYKA AKTORKĘ

Teraz zamiast słowa – przypadek – możemy w tej opowieści użyć słowa – przeznaczenie. To było wtedy, kiedy Fred spotkał w koszalińskim teatrze aktorkę Martę Klubowicz. A nie musiał, bo ona na stałe mieszkała i pracowała w Warszawie. W Koszalinie grała gościnnie rolę Goplany w „Balladynie”. Przyjechał z Niemiec wyreżyserować „Fausta”. Zobaczył jedną próbę „Balladyny” i powiedział do niej: „Pani jest świetną aktorką”… I obsadził w roli… Mefista. Nawiasem mówiąc, była to jedna z najciekawszych ról Klubowicz. Zagrała także Solwejgę w „Peer Gyncie”, którego Apke wystawił w Stadttheater Fuerth. Zaraz potem zafascynowana „Kurą na plecach”, podjęła się jej tłumaczenia.

– Wiedziałam, że umiem pisać, rozumiałam język, a jako aktorka czuję dialog, ale do „Kury” podchodziłam jak… pies do jeża. Każdego zdania się bałam, każde słowo ważyłam. Wszystko to kwestia wprawy…

Dzisiaj Marta i Fred mają w domu „fabrykę sztuk”(około dwudziestu tytułów – komedie, jednoaktówki, dramaty, sztuki dla dzieci), a Fred dzieli swoje życie zawodowe i prywatne między Niemcy a Polskę.

Z Polakami, zetknął się w berlińskiej szkole teatralnej. Tam jednym z jego nauczycieli była polska aktorka Grażyna Dyląg, ówczesna żona Marka Włodarczyka (komisarz Zawada w serialu „Kryminalni”). To dzięki niej Fred znalazł się w hamburskim teatrze Scena Polska, gdzie grała grupa młodych polskich aktorów, którym stan wojenny zamknął drogę do kraju.

– To Grażyna poradziła mi, żebym pojechał do Hamburga. „Są tam dobrzy aktorzy z Polski, przygotowują „Ślub” Gombrowicza, szukają aktora do roli Władzia” – wspomina Apke. – Pojechałem. Popatrzyłem jak grają. Byli świetni. Zrozumiałem, że mogę się od nich dużo nauczyć.

W tej grupie byli m.in.: Bożena Baranowska, Marek Włodarczyk, Janusz Cichocki, Aleksander Berlin, zmarły niedawno Henryk Nolewajka.

– Prócz przygotowywania roli Władzia, miałem też – jako jedyny Niemiec – prywatną rolę nauczyciela języka niemieckiego moich polskich kolegów, bo graliśmy po niemiecku – wspomina Fred. – Po premierze ukazała się bardzo dobra recenzja, którą dopełniała pochwała: „prawie nie słychać, że młody aktor grający Władzia mówi z polskim akcentem…”

 

CHĘTNIE STAMTĄD WYJEŻDŻAM

Fred podkreśla, że Polska zawsze go interesowała. Nie przypadkiem wśród przyjaciół ma wielu Polaków.

– Lubię polską mentalność – mówi Fred. – Teraz doświadczam waszego kraju przez Martę, jej rodzinę, jej znajomych. Ale gdyby nawet tak nie było, nawet gdyby nie chciano grać tutaj moich sztuk, chciałbym tu być.

Ale chyba trudno być Niemcem w Polsce? Być obcym…

– O wiele bardziej obco czuję się we własnym kraju. Zapewne dlatego, często wyjeżdżam. Dorastałem na wsi w Niemczech lat 60. XX wieku. Wojna się skończyła, a jednak trwała wciąż w psychice ludzi, w ich mentalności.

Ale nie rozmawiano o tym, ukrywano, spychano do podświadomości. W miejsce dawnej kultury, obyczaju zaczął wkraczać importowany z Ameryki, agresywny kapitalizm. Ta maszyna, która miała kompensować Niemcom poczucie winy za rozpętanie wojny, niszczyła struktury i więzi społeczne. Ostoją przestała być także rodzina. Ta destrukcja sprawiła, że czułem się w moim kraju coraz bardziej wyobcowany. Chętnie stamtąd wyjeżdżam, bo łatwiej znoszę poczucie obcości w obcym kraju niż w swoim własnym – wyjaśnia.

– Ale w Polsce też nie ma lekko – dodaje Marta.

– Podziwiam, z jaką pokorą znosi to, że rzadko kiedy odbieramy Niemców bez uprzedzeń i poza stereotypem. Niemiec – dla większości Polaków – to wciąż przyodziany w żelazny hełm, zasadniczy sztywniak, który jeśli się śmieje, to tylko z tego, że ktoś puścił bąka i którego ciągle jeszcze widzi się w żelaznym hełmie. A chciałoby się, żeby przynajmniej wykształceni humaniści myśleli inaczej. Kiedyś mój kolega – znany agent bardzo się zdziwił, kiedy opowiedziałam mu, co aktualnie tłumaczę. Niemiecka bajka? To musi być okropne! Widocznie nie zna ani Hoffmanna, ani Braci Grimm… Ostatnio zaś publicysta i krytyk literatury spytał mnie: „A co ten pan pisze?” Kiedy Fred odszedł na chwilę od stolika… „No tak, po przegranej wojnie, trzeba pisać komedie!”, skwitował. Wcale nie mając na myśli tego, że najlepszą bronią przed takimi jak Hitler jest ich ośmieszenie. Zresztą taką sztukę Fred też już napisał. On myśli, że Niemiec, który urodził się czternaście lat po wojnie nie ma prawa pisać niczego śmiesznego, powinien płakać i biczować się za winy swoich przodków. Nie ma pojęcia, że ten Niemiec naprawdę się za to wstydzi i tym, co pisze udowadnia, że nie ucieka od żadnej odpowiedzialności. Ludzie tego nie wiedzą i to chyba sprawia, że Fred czuje się obcy – podkreśla Marta Klubowicz.

Ta obcość obecna jest w dramatach Apke. To cecha wyróżniająca bohaterów jego sztuk. Są obcy przez doświadczenie („Odjazd”, „Dziękuję tatusiu”), przez zatracenie bliskości („Zimny prysznic”), odmienność („Adonis ma gościa”), nagromadzenie kłamstwa („Letnisko”), pragnienia („Z powodu choroby zamknięte”), sposób życia i myślenia („Kura na plecach”), pochodzenie („Pan baron przychodzi boso…”). Tę obcość wnoszą w świat innych… Co z tego wynika, pokazują mądre sztuki Freda Apke.

Grażyna Korzeniowska

Dodaj komentarz