Koło Fortuny

„Shitz” w reż. Artura Tyszkiewicza w Teatrze Ateneum w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w Przeglądzie.

W rodzinie jak w Kole Fortuny, na ogół się przegrywa – taki wniosek wypływa z gorzkiej komedii Hanocha Levina „Shitz”, w której autor pozwala bohaterom mówić, co myślą. Pierwszy wypróbował to Ibsen, ale robił to śmiertelnie poważnie. Levin, przeciwnie, z radością dziecka bawi się wisielczym humorem, którym jak skalpelem rozcina najbardziej bolące miejsca.

W tej zabawie prócz tytułowego ojca rodziny Pephesa Shitza (błyskotliwy powrót Wiktora Zborowskiego na deski Ateneum) uczestniczy jego żona (Marzena Trybała), marząca o wyzwoleniu z mężowskiej niewoli, z chwilą kiedy uda się wydać ich niezbyt ponętną córkę (Wiktoria Gorodeckaja siłą talentu wciela się w męczącą brzydulę) za pierwszego lepszego kandydata (rasowy cwaniak w wykonaniu Wojciecha Brzezińskiego). Bohaterów rozstawia Artur Tyszkiewicz na obrotowym talerzu sceny, umieszczając na nim jeszcze kanapę, dwa krzesła barowe, dwa mikrofony i miskę klozetową – w tych trzech miejscach: w domu przed telewizorem, w świątyni dumania i kawiarni toczy się akcja, z czasem przenosząc się na przyjęcie weselne, a nawet na wojnę, która jak refren wdziera się w życie bohaterów, zmieniając bieg wydarzeń.

U Levina najważniejszy jest język – ani realistyczny, ani groteskowy, ani psychologiczny, ani poetycki, ale łączący wszystkie te rodzaje wypowiedzi, uformowany wedle jemu znanej gramatyki w spójny, realistyczno-poetycki moralitet. Dlatego zdania brzmią na pozór koślawo, sztucznie, jakby miały przedrzeźniać dialog. Tyszkiewicz umie taki dialog na scenie zorganizować, aktorzy świetnie to podchwytują, także w partiach wokalnych, które stanowią integralną część tej opowieści o prawdziwych losach zwykłych ludzi, marnujących sobie nawzajem życie.

Barierą, którą aktorzy muszą pokonać każdego wieczoru, jest publiczność, bo dla niej język Levina wciąż jest zagadką. Tyszkiewiczowi było łatwiej z młodą publicznością w Imce, gdzie wystawiał z powodzeniem „Sprzedawców gumek”. Teraz przekonuje do Levina publiczność przyzwyczajoną do tradycyjnych rozwiązań. Wygląda na to, że ten zamysł się powiedzie, bo aktorzy grają wyśmienicie, muzyka wpada w ucho, rzecz ma tempo, a jej sens przechodzi przez rampę.

„Koło Fortuny”
Tomasz Miłkowski
Przegląd nr 50/18.12
Link do źródła
14-12-2011

Dodaj komentarz