Cierpienie i zemsta

 

Tragedia Eurypidesa Hekabe, nigdy w Warszawie nie była wystawiana, a w Polsce zaledwie raz i to przed kilku miesiącami w Bydgoszczy. Trudno dociec z jakich powodów, bo jak wykazała dowodnie debiutująca reżyserka Karolina Labakhua to doskonały materiał dla teatru. Los owdowiałej królowej, żony ostatniego króla unicestwionej Troi stanowił idealny temat dla tragedii zemsty

 

 

Forma, jaką obrała wraz ze swymi młodymi współpracownikami, monumentalna i surowa w wyrazie, łącząca tradycje rapsodyczne z ekspresjonizmem scenografii, sugestywną muzyką na żywo i oratoryjnymi chórami zaowocowała spektaklem o silnej wymowie, rzadkiej urodzie plastycznej i muzycznej. Rytm frazy poetyckiej współbrzmiał tu z dźwiękiem, wspomagany światłem i przestrzenią ogromnej sceny Teatru Polskiego.

Rzecz toczy się bowiem na scenie, gdzie wybudowano mały amfiteatr (odeon) dla widzów, a podniesiona do góry kurtyna sprawia, że tę przestrzeń dopełnia (po lewej stronie amfiteatru) pusta sala teatralna – fotele niczym fale morskie wyrzucają na brzeg, czyli scenę, ciało Polydora, zamordowanego syna nieszczęsnej Hekabe. Do zjawy Polydora, (Paweł Krucz) należy prolog – w emocjonalnym monologu wprowadza w kulisy swej śmierci z ręki chciwego Polymestora. Wkrótce na Hekabe spada bolesny cios, jej córka Polyksena ma być oddana na ofiarę dla Achillesa, tak postawiają Achajowie. Hekabe nie zdoła ocalić ani zrozumieć córki, która woli śmierć niż życie w niewoli. Nie wie jeszcze, że jej syn nie żyje. Kiedy odkrywa prawdę przemienia się w furię zemsty, synowie Polymestora giną z rąk branek trojańskich, a on sam oślepiony może tylko miotać przepowiednię – Hakabe zostanie zamieniona w sukę i będzie wyć na grobie swego syna.

Mroczna tragedia Eurypidesa została opowiedziana w tonacji wzniosłej, nieledwie patetycznej. Rozwibrowanie emocjonalne, zgodne z psychiką starożytnych i południowym temperamentem, równoważyły jednak lamentujące chóry nadające opowieści wymiar uniwersalnej przypowieści o okrucieństwach wojny. Starożytni, mimo że uznawali prawo zemsty, wiedzieli, że nie koi ona bólu (stąd pokutniczy kres żywota Hekabe), toteż w istocie rzeczy samo bezbrzeżne cierpienie jest tematem tej tragedii, które naznacza swym piętnem tytułową heroinę. To wielka kreacja Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, odległa od psychodramy i naturalizmu. Prawdą osiąga aktorka innymi środkami, ekspresją ciała i głosu, mierzonym gestem i ruchem, które potęgują wymiar jej okrutnych doświadczeń. Kilka scen z jej udziałem oddziałuje hipnotycznie: kiedy Hekabe odsłania całun spowijający ciało jej syna i długo nie może pojąć, kim jest ofiara; kiedy po daremnej próbie ratowania córki pada na ziemię ze straszliwym skowytem; kiedy na koniec ze skrwawionymi rękami przechodzi „bez czucia”, jak umarła, przez scenę, by prowadzona smugą światła zniknąć w czeluści widowni jak w otchłani Hadesu.

To przedstawienie będzie się pamiętać – dawno takiego debiutu reżyserskiego w Warszawie nie było.

Tomasz Miłkowski

 

HEKABE Eurypidesa, tłum. Jerzy Łanowski, reż. Karolina Labakhua, muz. Aleksander Kościów, scenografia i kostiumy Marta Zając, Teatr Polski, premiera 10 grudnia 2011.

Dodaj komentarz