Ubogi? Nagi?

 

U początku mojego stawania się aktorem najgłębszym przeżyciem teatralnym było – obok olśniewających mnie ewokacji Danuty Michałowskiej – przedstawienie „Księcia niezłomnego” według Calderona-Słowackiego, objawiające spełnienie dążeń sformułowanych w manifeście Ku teatrowi ubogiemu, ogłoszonym na początku września 1965 w „Odrze”. Mówi tam Grotowski o teatrze niemającym nic prócz swojego bycia w aktorze, w jego relacjach z innymi aktorami i widzami, pojmowanymi jako wspólnota, wobec której aktor dokonuje aktu całkowitego. Rozumianego (czutego) jako ofiarowanie siebie.

Książę Ferdynand, męczennik, naśladowca Jezusa, okazał się postacią doskonale odzwierciedlającą istotę tego aktu, a nagość Ryszarda Cieślaka, owiniętego tylko białym perizonium, uwydatniała radykalność ofiary przez wyraźne aluzje do Chrystusa biczowanego, frasobliwego, ukrzyżowanego, z krzyża zdjętego… Kiedy nie ma już nic, azylem ludzkiej godności pozostaje ciało, żywy organizm, który jest jakby materialnym gwarantem tożsamości jednostki, jej odrębności od reszty świata. To są słowa Ludwika Flaszena.

Zarówno idea, jak jej urzeczywistnienie, znalazły we mnie żarliwego admiratora i – kto wie – gdybym nie miał wówczas poczucia „za wysokich progów”, może bym przyjął regułę Grotowskiego. W każdym razie tliło się we mnie podobne pragnienie, ale wyobrażałem sobie jego teatr jako analogon zakonu, a zakonnikiem już wtedy być nie chciałem. Wcześniej chciałem, ale u franciszkanów…

To napomknienie – z rozpędu i jakby mimochodem – jest jednak odsłonięciem. Odsłonięciem czegoś istotnego we mnie, choć owijanego w bawełnę rozmaitych wstydliwości. I dopiero teraz ośmielam się o tym mówić, bo jestem stary. To, co mnie w teatrze fascynowało (i nadal fascynuje) najmocniej, to pojedynczość. Nie – teatr jednego aktora, lecz pojedynczość każdego aktora. Tego aktora, a nie – jakiegoś aktora.

Cóż w tym wyznaniu wstydliwego? Ano to, że mało mnie interesuje pojedynczość jako fakt sceniczny, a zajmuje mnie jako fakt (i akt) – możecie się śmiać – ontologiczny (i – no cóż, no cóż – teologiczny). Choć więc podziwiam różne tak zwane role, naprawdę zachwycają mnie tylko ci, którzy są obnażeni do istoty bycia. Pretensjonalnie to określiłem, ale chodzi mi o ten stan, w którym będąc, czuje się niemal miłosne (albo po prostu: miłosne) pragnienie przekazania się. To jest ekstatyczne. No bo takie jest. I rzeczywiście czuje się to nagością. Nagością jako stanem. Wynikłym także z wielorakiego doświadczania własnej nagości, stykania własnej nagości z nagością powietrza, wody, skóry drugiego człowieka, z nagością obecności większej niż moja, większej niż nagość świata, który mi się zdaje…

Nie idzie mi tutaj o nagość spektakularną, eksponowaną, lecz o to, co jest – jak pięknie określił Jan Paweł II – odpowiednikiem tej pełni poczucia sensu ciała, jaka płynie z zewnętrznej widzialności. Coś, co tak wyraziście zostało zapamiętane w opowieściach o świętym Franciszku, jego dwa obnażenia: pierwsze, kiedy zostawia ojcu wszystko, także swoje ubranie, wybierając tylko Ojca niebieskiego, i drugie – podczas konania, kiedy, nagi, leży na gołej ziemi. Chesterton powiada, że było to ostateczne potwierdzenie jego wielkiej uporczywej idei: że pochwała i dziękczynienie wybuchają najwyżej i najwspanialej z nagości i nicości.

I choć może drażnić podniosłość tego zdania, to najwyższe i najwspanialsze wybuchanie, wyraża ono dość wiernie emocję i jej sens w takim właśnie stanie poczucia siebie w akcie całkowitym. Wyzbycia się. Upodobnień i przynależności nabytych rutynowo. Mimo to, że sama eksterioryzacja aktorska jest efektem ustawicznych ćwiczeń i powtórzeń „symulujących” ów akt definitywny. Ale celem tych ćwiczeń nie jest nabycie umiejętności naśladowania kogoś innego, czy siebie samego w takim akcie, lecz – wypracowanie zdolności do wprawiania się w taki akt. Według uwarunkowań, w jakich będzie dokonany. Analogia z ascezą mistyczną jest pewnie nadużyciem, ale dynamiczna zasada jest podobna. Ogołocenie.

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie.

Nie chcę udawać, że w teatrze inaczej traktuję to zdanie niż poza teatrem. I że nie pamiętam innego zdania pochodzącego z tych samych ust: Wam dana jest tajemnica Królestwa Bożego. Przecież nie zamierzam katechezy. Przypominam jedynie, co już zostało nazwane, a co dotyczy tej głęboko ludzkiej dyspozycji, którą nieprecyzyjnie określiłem jako pragnienie przekazania się.

Z cudownym wdziękiem przedstawił to, o czym tu dukam, Mistrz Eckhart w opowieści o nagim chłopcu. Ów miły chłopiec zapytany przez Mistrza, kim jest – odpowiedział: Królem. Gdzie twoje królestwo? W moim sercu. Mistrz zaprowadził go do swojej celi i poprosił, żeby chłopiec wziął sobie okrycie, jakie tylko zechce. Wtedy nie byłbym królem – odpowiedział chłopiec i zniknął. Był to sam Bóg, który tak się z Mistrzem zabawił.

No właśnie. Kiedy więc krążę wokół istoty pojedynczości aktora, tę jego królewską dystynkcję mam na myśli.

Przedstawienie, w którym pierwszy raz doświadczyłem własnej pojedynczości tak radykalnie, było tym pierwszym, w którym nie grałem żadnej roli, nie przedstawiałem nikogo

innego niż ja – ten taki. Ale ja – przeniknięty byciem innych, przez których, dla których,

wobec których przemieniałem się w siebie-ich, siebie-nich, siebie-w-nich…

Uwydatniał to także tytuł przedstawienia: „Śmieszni z gniewu, a z bólu tak bliscy”.

Zbudowałem je z wierszy Juliana Przybosia, które żyły we mnie jak moje własne – w mojej sekrecji, w moim oddychaniu. Reagowałem nimi na grudniową tragedię i zbrodnię

w 1970 roku w Gdańsku i w Gdyni. Moim jedynym rekwizytem-dekoracją był czerwony transparent, dwa metry płótna rozpiętego na dwóch kijach. Rozmaite ustawienia tych kijów

i różne napięcia formy tego płótna zmieniały przestrzeń i kontekst metaforyczno-ontyczny.

Byłem animatorem tego „autonomicznie” harcującego transparentu, ale i on mną poruszał;

układał, warunkował bycie w przestrzeni. Tak, było to przedstawienie ekstatyczne i nawet w jakiejś tam legendzie, do której odwołał się w swoim słowniku pisarzy Piotr Kuncewicz, utrzymywano, że po przedstawieniu mdlałem w garderobie. Nie mdlałem. Ale ta legenda daje wyobrażenie o całkowitości owego przekazywania się.

Mottem mojego aktorstwa były wtedy słowa Juliana Przybosia z „Człowieka bez granic”:

być, być więcej o wszystkich,/ ze swej skóry uczynić lustro cudzych marzeń!

Może pozostałem im wierny?

Bogusław Kierc

Dodaj komentarz