Ubogi bywa wielki

 

To, co jest esencją mojego zawodu, wyraża się w prostym równaniu: aktor + widz = teatr.

Jeśli pod pojęciem „teatr ubogi” widzimy jednego aktora „nagiego”, bez sztafażu teatralnych środków, przeróżnych „pomocników” – to spodziewamy się, że ten jeden aktor tak bardzo zawładnie nami, naszą wyobraźnią, emocjami, że stworzy nam teatr wcale nie ubogi. Bywa, że wielki. Jak np. Tadeusz Łomnicki w „Ostatniej taśmie Krappa”.

 

 

Oglądając takie jednoosobowe przedstawienie – uczestniczymy w Teatrze Ogromnym.

Niejednokrotnie nie dorastają w żadnym stopniu do takiego teatru przedstawienia z liczną obsadą, rozbudowaną scenografią, efektami multimedialnymi itd….

Pierwszym warunkiem, aby taki wielki – ubogi teatr mógł zaistnieć w pełni, jest materiał literacki, i nasz, aktora, stosunek do tematu. Wykluczam obojętny, a nawet ciepły. Musi być gorący, bardzo osobisty, czasem nawet intymny.

Wiele razy w swojej pracy otrzymywałam propozycje zagrania monodramu. Twierdzę zresztą, że jest to szczyt narcyzmu, braku pokory, skromności (a nasze babki mówiły, że to baardzo nieskromny zawód!) zajmować uwagę widzów przez 1,5 czy 2 godziny tylko sobą ! Do niedawna więc nie zdecydowałam się, bo podczas pierwszej lektury tych tekstów nie czułam wypieków na twarzy… Stało się to dopiero przy „Pani z Birmy” Richarda Shanonna [reż. Anna Smolar, Teatr Polonia, premiera 27 czerwca 2009 – przyp. red.] – monodramie, w którym prawie nic nie mówię… Jestem. Tylko jestem. Ja z tym tematem, ja z tą wielkością Suu, ze sobą przez Suu, przez nią z samą sobą.

I zacytuję tu Ludwika Flaszena, bo nie broni mnie: „żadna z uwodzicielskich złud teatru. Ani szminka, ani wyrazisty kostium”.

Nawiasem mówiąc, spełniło się moje wieloletnie marzenie zawodowe: zagrać bez makijażu, sauté! Ale przecież w tym wypadku, ten brak charakteryzacji jest także charakteryzacją.

Ten „jeden człowiek” na scenie nie może podeprzeć się partnerem, nie może być w słabszej kondycji, bo nie ma na kogo przerzucić ciężaru i sensu swojego istnienia na scenie.

Przypomina mi się recital Jacques’a Brela w Sali Kongresowej przed wieloma laty. Byłam maturzystką. Nie pamiętam, czy zespół muzyczny był duży, czy mały, i czy w ogóle był? Pamiętam tylko samotnego artystę przed mikrofonem na środku sceny. Spalał się. Płonął. Nie znałam francuskiego, i to było nieważne. Byłam porażona. Ostatnia wyszłam z widowni. To także był Wielki Teatr Jednego Aktora.

Grażyna Barszczewska

 

Dodaj komentarz