Teatr organiczny

Mój pogląd na teatr jednego aktora może się wydać zaskakujący, zwłaszcza że jestem kojarzony z tym teatrem od roku 1976, kiedy rozpocząłem pokazywać Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego, napisany specjalnie dla mnie przez Bogusława Schaeffera. I choć nadal ten tekst przedstawiam, często wątpię, czy teatr realizowany przez jedną osobę jest wypowiedzią rzeczywiście organiczną. O ile monolog jako fragment dramatyczny ma z natury rzeczy charakter organiczny, to tzw. monodram często bywa konstruktem sztucznym. Kiedy oglądam jednoosobowy spektakl i wyczuwam widoczny wysiłek autora, a tym samym aktora, aby obronić sens występu indywidualnego, a zarazem czuję brak innych osób, sytuacja nie wygląda najlepiej.

 

 

Teatr służy (i powinien służyć) organicznej wypowiedzi na jakiś temat. Może to być także, ale pod tym warunkiem, wypowiedź jednoosobowa, jak Scenariusz. Nigdy sam nie poważyłbym się na napisanie takiego tekstu, a nawet zamówienie. Dostałem ten tekst od Schaeffera, przecież nie żaden monodram, ale raczej wykład na temat pewnych zjawisk w sztuce. Przez półtora roku szukałem formy, która by sprawiła, że ten WYKŁAD dotrze do publiczności. Kiedy byłem gotów, pokazałem rezultat tych poszukiwań publiczności, która chce to oglądać, a przede wszystkim słuchać od tylu lat. Scenariusz stał się WYKŁADEM koniecznym do wypowiedzenia.

Mało kto o tym wie, ale zrobiłem także drugi spektakl jednoosobowy, Nareszcie koniec Petera Turiniego w Teatrze Studio. To był tekst – czułem to – który właśnie nie spełniał kryterium organiczności. Rozmawiałem nawet o tym z autorem. Temat był fascynujący. Oto pojawia się człowiek i powiada, że kiedy doliczy do tysiąca, zastrzeli się. I robi to. Po drodze, podczas tego odliczania sumuje swoje życie. Życie człowieka spełnionego, acz pustego. To był taki TYPOWY TEKST MONODRAMATYCZNY, napisany dla teatru jednego aktora. Irytowało mnie to diabelnie, ale że naturę mam przekorną, podjęliśmy z reżyserem Zbigniewem Brzozą wysiłek, aby się z tym tekstem zmierzyć.

Ubogość – w sensie ograniczenia się do jednego aktora i powściągliwej inscenizacji cenię, ale nie jako rodzaj pisania. Tekst musi być bogaty.

Kiedyś wielkie wrażenie wywarł na mnie spektakl Isabelle Huppert, Orlando w reżyserii Roberta Wilsona. Samotna aktorka przez 2 godziny i 40 minut stanowiła narzędzie potężnej historii. W pamięci pozostał mi także inny spektakl, który oglądałem w paryskim Odeonie, nazwiska aktorki nie zapamiętałem, ale mówiła ona tekst Fedry Racine’a, od A do Z, leciał cały tekst. Na początku byłem nieco znużony, zwłaszcza że aktorka nic nie grała, tylko mówiła, stojąc w chędogiej sukienczynie. I nagle po trzech czwartych prezentacji upadła, wszyscy myśleli, że aktorce coś się stało, że zemdlała, a to był jedyny ruch w tym spektaklu, jedyna zmiana, ale tak szalenie znacząca, że trwogę tej sytuacji czuję do dziś.

Przed rozpoczęciem pracy nad Scenariuszem ani mi głowie postało występować solo. Ale Schaeffer to tak napisał, że odkryłem w jego tekście swoje myśli, bardzo mi bliskie idee. Kiedy aktor podejmuje się wystąpić sam, to znaczy, że chce coś zakomunikować o świecie. Wtedy to zrozumiałem i w tym nadal upatruję sens uprawiania teatru jednego aktora. To oczywiście nie może polegać na tym, że ktoś chce udowodnić sobie i innym, że jest aktorem, i wychodzi na scenę, aby obnosić się ze swoją pychą.

Czasem korci mnie, aby czegoś jeszcze poszukać w teatrze jednego aktora. Nie dlatego, że jestem emerytem i mam czas. Przeciwnie, nie mam czasu, aby się nudzić, ale nęci człowieka, aby spróbować jakiejś nieznanej, nowej ścieżki.

 

Jan Peszek

Dodaj komentarz