TAK, NIE albo jeszcze inaczej

 

Szanowny Panie Tomaszu,

Serdecznie dziękuję za list zawierający pytanie, które skłoniło mnie do refleksji nie tylko pobudzającej słodko przysypiające zwoje mózgowe, ale wręcz wiodącej mnie ku granicom mej wyporności intelektualnej.

Pytanie Pana: Czy teatr jednego aktora zgodnie z moim doświadczeniem może być nazywany teatrem ubogim i dlaczego? – brzmi w mym umyśle (ukształtowanym przez moje teatralne doświadczenie) prosto, niewinnie i, chce się rzec, retorycznie:

„Ależ tak!” – zdaje się brzmieć odpowiedź. Ubóstwo teatru jednego aktora wydaje się być wpisane w jego definicję. Jest to bez wątpienia teatr uboższy niż np. Opera za trzy grosze. Teatr Jednego Aktora jest signum granicy ubóstwa Teatru.

Pamięć jednak przywodzi na myśl wahanie nad wyznaniem Sokratesa: „To wiem, że nic nie wiem” – jest ono skromne, czyli też pyszne? Każe mi pamięć ta w sprawie TJA parę uwag dorzucić.

Po pierwsze zatem: Tak, możemy TJA nazywać ubogim, pod warunkiem, że nie jest to szydercza obelga.

Po drugie: Owszem, trzeba nazywać TJA ubogim, pamiętając zarazem, że to ubóstwo jest jego największym skarbem.

Po trzecie: TJA czasami nie bywa teatrem ubogim i to też może mu nie szkodzić.

Św. pamięci Jerzy Koenig bardzo nie lubił teatru jednego aktora i kiedyś mi wyznał, że, zgodnie z jego przekonaniem, jest to zły teatr. „Gorszy od teatru jednego aktora – mawiał – jest tylko teatr jednej aktorki”. Uśmiałem się wówczas po pachy z tej cząstki prawdy zawartej w niechęci Koeniga i nadal robiłem swój jednoosobowy teatr. Nawet konstatacja czujnych obserwatorów TJA, że u jego źródeł leży kompleks i chałtura, choć boleśnie dotykała czasem swą trafnością, nie miała siły zatrzymania rozwoju sztuki teatru jednoosobowego.

TJA jest bowiem przede wszystkim sztuką – obszarem umiejętności, których rozwój służy rozwojowi Teatru i człowieczeństwa zajmujących się nim ludzi.

W Pana pytaniu najgłośniej brzmi pamięć Jerzego Grotowskiego i jego świadomość niepodrabialnej oryginalności teatru, którego nieśmiertelny rdzeń zawiera się w żywym kontakcie ludzi po obu stronach teatralnej rampy niezależnie od jej formy. Postawienie w centrum sztuki teatralnej aktora ( czy raczej w tym przypadku zespołu aktorskiego…) okazało się siłą po raz kolejny odnawiającą światowy teatr.

Pamiętamy, że od wieków, od początku teatru samotna obecność aktora na scenie przed liczną widownią bywała tym momentem przedstawienia, na który często najbardziej się czeka. W tym bowiem fundamentalnym przejawie ubóstwa teatru zawiera się jego istota. Pochylenie się gatunku nad własnym jego reprezentantem i zarazem wyznania reprezentanta dotyczące jego więzi z całością swego rodzaju.

Na co kogo stać tajemnic tych sięga;

Wieczna w tym siła, groza i potęga.

W tym właśnie rozumieniu ubóstwo teatru uważam za jego największy skarb, za jego istotę, a nawet za główny cel. Sadzę bowiem, że teatr wyrażać ma wielkość myślącej trzciny człowieczeństwa właśnie poprzez jej mizerię.

Trzecia moja uwaga związana jest z pamięcią widowiska Roberta Lepage’a pt. Needles and opium. Oglądałem ogromną inscenizację z projekcjami filmowymi, numerami niemal cyrkowymi i innymi wyszukanymi efektami teatralnymi wymagającymi poważnej infrastruktury teatralnej, obsługiwanej przez kilkoro ludzi. Był to dobry teatr. Teatr jednego aktora. Na pewno nie ubogi. No cóż…. Na co kogo stać…

Jarosław Gajewski

 

Dodaj komentarz