Sprawdzian alfabetu

 

Pierwszy monodram zrobiłam jakby przypadkiem, zaproponowano mi zrobienie Białej bluzki Agnieszki Osieckiej z okazji kolejnej edycji Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, był rok 1987, tuż po stanie wojennym, po bojkocie aktorów, zajęcia zawodowe wciąż zostawiały mi dużo wolnego czasu. Nie zastanawiałam się, czy to będzie monodram i co to monodram. Wiedziałam, po przeczytaniu tekstu Osieckiej, że warto za wszelką cenę tę historię, ten charakter, osobę, nieumiejącą żyć bez wolności, w niewolnej Polsce, postawić na scenie, opowiedzieć o tym kraju, o tamtym  czasie, ustami tej kobiety. Że oto mam przed sobą sprawę i tekst ważniejszy niż zwykłe zawodowe zastanowienia i analizy.

A więc temat, sprawa, atmosfera i charakter bohaterki zdecydowały, że warto było zrobić ten spektakl; także jego aktualność,  czas historyczny, o którym opowiadał. To wszystko elementy, które sprawiają, że temperatura i emocje rosną, a tylko wtedy warto wychodzić na scenę. Emocje, tym bardziej ważne, że wszystkie bohaterki moich monodramów mówiły ze sceny w pierwszej osobie. Nie wyobrażam sobie monodramu granego inaczej,  bez całkowitej identyfikacji z bohaterką. Bez pretekstu, który pozwala zupełnie otwarcie i aktywnie brać publiczność za partnera, adresata, rozmówcę –  to siła, siła tego gatunku.  W żadnym innym gatunku teatralnym niewystępująca.

Drugi monodram, Shirley Valentine, zrobiłam ani dla tematu, ani dla aktualności tego tekstu, choć jest on ponadczasowy, ponadpokoleniowy i ponad wszelkie podziały.  No może trochę zrobiłam tę rolę znów dla charakteru granej postaci, bo mnie rozczulała, bawiła i wzruszała. Prawda jest taka, że ten monodram zrobiłam  z nudów, dla zabawy. Byłam w ciąży, w piątym miesiącu, musiałam ograniczyć zajęcia zawodowe. W rezultacie premiera odbyła się w końcu siódmego miesiąca ciąży i myślałam, że pogram troszkę dla przyjemności i tyle. Gram go do dzisiaj,  podobnie zresztą jak „Białą bluzkę”, do której wróciłam, w innej formie, po latach.

Dziesięć lat temu, wzburzona sprawą, kłopotami i losem dzieci autystycznych w Polsce, postanowiłam sięgnąć znów po monodram, gatunek teatralny, dający, moim zdaniem, szansę na najwspanialszą wspólnotę z widownią największe porozumienie i wzajemne emocje i odezwać się w  sprawie chorych dzieci. Zagrałam Małą Steinberg – autystyczną, dziesięcioletnią dziewczynkę chorą na raka. Do tego Żydówkę, której religia nie idzie z pomocą, bo w judaizmie nie ma wiary w życie po śmierci. Śmierć jest końcem, a moja bohaterka zastanawiała się, jaki jest sens jej pobytu i cierpienia na ziemi. I znów znakomicie, niezwykle oryginalnie napisany tekst, zabawna, rozbrajająca postać i charakter, a jej punkt widzenia – oszałamiający. Dzieci autystyczne nie mają hierarchii ważności spraw. To był i spektakl, i rola ulubiona przeze mnie, a to, że przezwyciężyłam realizm (miałam 50 lat, kiedy odbyła się  premiera, a grałam dziecko 10-letnie), do dziś uważam za cud teatru. Za wyraz czaru  tej wspaniałej umowy między artystami i widzami. My gramy, a jeśli gramy dobrze, Wy nam wierzycie.  I znów siedem lat później, przy otwarciu Teatru Polonia, z biedy (monodram to prawie zawsze niewielki koszt produkcyjny), zagrałam Tonkć Babić w Ucho, gardło, nóż. Mój czwarty monodram, chyba najbardziej ryzykowny.  Znów tym razem wielki temat – wojna, okrucieństwo, natura ludzka, oryginalność ujęcia i bezkompromisowość tekstu. Ucho, gardło, nóż gram do dzisiaj.

Opisuję to tylko dlatego, aby powiedzieć, że powody, dla których robi się monodram, są dokładnie takie same, jak powody, dla których robi się TEATR. Nie ma tu innych kryteriów. A to że opowieść teatralna jest realizowana przez jednego aktora, jest w zasadzie tylko wynikiem wyboru formy, gatunku.

Gram monodramy od 30 lat. Polubiłam być sama na scenie. Równie lubię teraz samotność na scenie z partnerem, jakim jest publiczność, jak wcześniej się tego bałam. Monodram to egzamin. To sprawdzian jakości aktorstwa, aktualności środków wyrazu, sprawdzian alfabetu, którym się porozumiewamy z publicznością, precyzyjności tego alfabetu. Sprawdzian poczucia dramaturgii, gustu, umiejętności konstrukcji, poczucia rytmu i wiedzy, kim się jest, dla kogo się gra i w jakim momencie się jest. W jakim momencie się jest w ogóle, i zawodowo, i życiowo, i społecznie, a przede wszystkim, jakim się jest człowiekiem. W monodramie widać wszystko dokładnie, absolutnie wszystko.

Długie lata traktowałam granie monodramów także jak salę treningową. Do dziś uważam, że nieumiejętność zainteresowania i utrzymania widowni w uwadze, w emocjach i temacie, jest klęską.  I jeszcze jedno – do grania monodramów trzeba być solistą  – po pierwsze, mieć mocne nerwy, po drugie także  odporność psychiczną, dyspozycyjność  emocjonalną  i sprawność zawodową. Prawdę wreszcie,  po następne.

Krystyna Janda

Dodaj komentarz