Kocham aktorów z mojego teatru

 

Wystarczy jeden rzut oka na stare fotografie, prasowe wycinki, programy, bym sobie uświadomił, że już pół wieku z dużym okładem animuję, wymyślam, organizuję najróżniejsze aktorskie prezentacje. Zawsze brzydziłem się banalnymi, świetlicowymi spotkaniami z popularnymi aktorami.

Stawiałem sobie poprzeczkę znacznie wyżej. Dlatego zapraszałem aktorów na poetyckie koncerty (Wojciech Siemion), aktorskie recitale (Irena Kwiatkowska, Alina Janowska) albo proponowałem, by przywołali fragmenty swoich aktorskich kreacji, najwspanialsze monologi (Nina Andrycz, Gustaw Holoubek, Tadeusz Łomnicki), potem już w różnych festiwalowych rytmach była to godzina twórcy. Każdy z zaproszonych aktorów mógł ją sobie sam zagospodarować (Maja Komorowska, Kazimierz Rudzki, Zbigniew Zapasiewicz). I była to tylko godzina, co hałaśliwie ogłaszał dźwięk budzika po sześćdziesięciu minutach. W takim samym czasie i na tych samych zasadach zapraszałem też artystów kabaretowych (Jan Kaczmarek, Krzysztof Daukszewicz, Jan Pietrzak, Tadeusz Drozda), a od kiedy w 1961 roku Ludwik Flaszen nazwał koncert poetycki Wojciecha Siemiona teatrem jednego aktora i wprowadził owe trzy słowa do terminologii teatralnej, to postanowiłem najpierw w Toruniu potem we wrocławskiej Piwnicy Świdnickiej organizować spektakle teatrów jednego aktora, w październiku 1966 roku przygotowałem pierwsze Ogólnopolskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, a następnie w 1967 otworzyłem w Piwnicy Świdnickiej stały Teatr Jednego Aktora.

Nigdy nie próbowałem tego policzyć dokładnie, bo nawet nie wiem, czy bym potrafił. Do tej pory widziałem kilka tysięcy monodramów w wykonaniu aktorów polskich i zagranicznych, studentów i amatorów, o których nigdy nie zapominam, układając programy kolejnych festiwali. Przykładałem rękę do narodzin wielu festiwali teatrów jednego aktora, nie tylko w Europie. Oczywiście, tylko wtedy, gdy ktoś mnie o to poprosił. Sam byłem gościem i obserwatorem grubo ponad stu festiwali krajowych i zagranicznych.

Obawiam się, że ten coraz potężniejszy ruch teatrów jednego aktora ewoluuje jakby w odwrotną stronę w stosunku do idei, która była dla mnie najważniejsza, gdy powoływałem do życia pierwszy na świecie festiwal teatrów jednego aktora. Powstają już niemal rozbudowane widowiska z udziałem jednego aktora. Forma dominuje intymność spotkania aktora i widza. Za aktorami jadą wozy techniczne i coraz liczniejsze wieloosobowe ekipy techników, że przywołam tylko spektakle z udziałem Andrzeja Seweryna, Krystyny Jandy, Bronisława Wrocławskiego, Kamila Maćkowiaka, Ewy Kasprzyk, Jerzego Stuhra…

Tak, to prawda, że zapraszam i takie spektakle na Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, bo są to wybitne spektakle ze znakomitymi kreacjami aktorskimi, ale dla mnie zawsze teatr jednego aktora – to spektakl intymny, spektakl, w którym jest aktor i jestem ja. Doskonale wiem, po co się spotykamy, co on chce mi powiedzieć i jakie mi podsuwa problemy do przemyśleń.

Z tych kilku tysięcy oglądanych spektakl, niestety, tylko kilkadziesiąt mogę uznać za tytułowe moje, takie, z którymi się utożsamiam, myślę tu, między innymi i przykładowo tylko, bo wszystkich nie wymienię, o spektaklach Tadeusza Malaka, Ireny Jun, Kazimierza Borowca, Andrzeja Dziedziula, Zofii Rysiównej, Wiesława Komasy, Gabrysi Muskały, Doroty Stalińskiej, Agnieszki Warchulskiej, Wojciecha Siemiona, Janusza Stolarskiego, Jarosława Gajewskiego, Wiolety Komar i zagranicznych Birute Mar, Lidii Danylczuk, Nataszy Kuźniecowej, Aglai Pappas, Latefy Ahrrare, Wsiewołoda Czubenki…

Zatem jaka prezentacja aktorska jest dla mnie teatrem jednego aktora? Na pewno ciążą nade mną festiwalowe rytmy, gdy jednego dnia ogląda się przynajmniej kilka monodramów. Jaka jest różnica między spektaklem teatru jednego aktora, a spektaklem jednoosobowym, repertuarowym. Mam tu na myśli, na przykład znakomite spektakle Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi z udziałem Bronisława Wrocławskiego, Gabrieli Muskały czy Kamila Maćkowiaka. Wszyscy wielokrotnie gościli na festiwalach, którym dyrektorowałem.

Dla mnie jednak teatr jednego aktora, to teatr bez dekoracji, kostiumów, rekwizytów. Gdy aktor gra w pustej przestrzeni, na pustej scenie, nie ma innego partnera niż widz. Aktor jest sam bez scenografii i rekwizytów. To aktor, który wychodzi, na przykład, z widowni jak Bogusław Kierc w spektaklu „Mój trup”, czy Tadeusz Malak „W środku życia” , albo Zofia Rysiówna w „Życiu” … i zaczyna ze mną rozmowę.

Zbliżają się 45. międzynarodowe Wrocławskie Spotkania Teatrów Jednego Aktora, i wiemy, że to od Wrocławia zaczął się „ruch festiwali i spotkań teatrów jednego aktora”, dlatego zaproponowałem red. Tomaszowi Miłkowskiemu szefowi Klubu Krytyki Teatralnej Stowarzyszenia Dziennikarzy wspólne zorganizowanie sesji, której punktem wyjścia do rozmowy będą słowa Ludwika Flaszena, który już ponad pół wieku temu nadał nowemu wówczas zjawisku nazwę teatru jednego aktora, jednocześnie definiując jego środki – w wersji uprawianej przez Wojciecha Siemiona – jako ubogie. I dlatego warunkiem zorganizowania sesji był przyjazd i wystąpienie Ludwika Flaszena. Sesja odbywa się podczas WROSTJA w Dniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej – Filii we Wrocławiu i jej adresatem są też studenci i wykładowcy tej uczelni.

Zatem czy teatr jednego aktora jest teatrem ubogim? I jak to rozumiemy określenie „ubogi” , czy to znaczy nie dofinansowany – biedny, czy ubogi w scenografię, ubogi bez muzyki i rekwizytu…? Teatr skromny, ale też korzystający z współczesnej techniki.

Bardzo liczę na wypowiedzi praktyków – aktorów, reżyserów, krytyków, teoretyków teatru, ale też animatorów tego ruchu. Mam nadzieję, że te wypowiedzi znacznie wzbogacą naszą wiedzę o teatrze jednego aktora. Czyli w dalszym ciągu szukajmy definicji teatru jednego aktora.


Wiesław Geras

Dodaj komentarz