Każdy ma taki teatr w sobie, na jaki trafił?

 

Mogę napisać z pozorną skromnością, że się urodziłem w ubogim czepku teatralnym, co tylko brzmi trochę paradoksalnie, bo owa ubogość „czepka” dotykała Himalajów sztuki, czyli był to prawdziwy czepek pomyślności. Ale przez kawał życia byłem zwykłym Szerpem, który na te największe góry się wspinał prowadzony przez najwrażliwszych i najwspanialszych przewodników. Stawałem się powoli tragarzem wiedzy rzadkiej i „tajemnej” dotyczącej pozornie marginesu sztuki teatralnej. Jej najskromniejszego dziecka. Aktora solisty. Aktora samotnego na scenie.

Tadeusz Burzyński, Lech Śliwonik, Wiesław Geras, Wanda Uziembło, Irena Jun, Wiesław Komasa, czy Herbert Kaluza… i tę listę mógłbym jeszcze długo ciągnąć przez pół godziny albo do końca kartki, to osoby, z którymi wiedliśmy niekończące się rozmowy i spory o ideę teatru jednego aktora, o jego istotę, czy o jego sens egzystencjalny. Tysiące godzin szukaliśmy złotego środka, prostej recepty, krystalicznej definicji.

Co one nam dawały – te rozmowy i te spory? Poczucie, że ciągle do tego Świętego Graala tajemnicy się zbliżamy. Zaczęło się pod koniec lat sześćdziesiątych. Na moją teatralną wyobraźnię silny wpływ wywarły wtedy spektakle teatru Laboratorium Jerzego Grotowskiego, czy spotkania z Festiwalem Teatru Otwartego Bogusława Litwińca i sztuka mimu Henryka Tomaszewskiego. Kształtowały mój emocjonalny odbiór i estetykę wymagającą od aktora „tylko” choć pozorów ofiarowania i „aż” ofiary złożonej publiczności z siebie.

Z tymi kryteriami rozpocząłem też wtedy moje recenzenckie przygody z repertuarowymi teatrami. To był głęboki rów między moimi oczekiwaniami a tym, co oglądałem. Do dziś rów ten nie został zasypany nawet w połowie. Znacznie bliższe moim tęsknotom artystycznym były spotkania z teatrem jednego aktora.

Z całej pięknej, dziś już czterdziestopięcioletniej historii wrocławskich festiwali najmniejszych teatrów, które znane są w całej Europie i na świecie wybrałem swoje bardzo subiektywne przykłady polskich monodramów zrealizowanych najskromniejszymi środkami, ale gęstych emocjami właśnie i wewnętrzną prawdą zniewalającą zawsze widza. To teatr, w całym tego słowa znaczeniu, ubogi.

Proszę mi wybaczyć, że mój udział w tej sesji nie ma naukowego charakteru, a jest tylko dziennikarskim raportem z historii, której jako obserwator dotykałem przez cztery dziesiątki lat. Personalnie wygląda to tak…

IRENA JUN 1970

Ideę teatru ubogiego w tej teatralnej niszy wspaniale udowodniła Irena Jun, niemal stała bywalczyni wrocławskich, zgorzeleckich, toruńskich i słupskich festiwali teatru jednego aktora. Oczywiście i wielu innych. Ja tu piszę o takich, na których Irenę oglądałem i podziwiałem ciągle z takim samym wewnętrznym uniesieniem, w które mnie wprowadzała. W listopadzie roku 2010 przyjechała do Wrocławia tylko promować skromną książeczkę Ewy Bułhak o niej Szukanie monologu. O teatrze Ireny Jun z serii Czarnych Książeczek z Hamletem i pokazała spory fragment monodramu opartego na utworach przekornych i żartobliwych Juliana Tuwima oraz podobnie dłubiących ten temat autorów pod tytułem Czarownica musi przyjść. Irenę wywołano jak uczennicę do odpowiedzi. Wstała z krzesełka i coś zaczęła jakby „dukać” i wciągać coraz bardziej publiczność słowem po słowie w swój świat. Bez świateł, kostiumu i niczego w ogóle. Stworzyła niezwykły teatr. Samą sobą. Pierwszym, który pobiegł do niej z gratulacjami, był Ludwik Flaszen, autor używanego dziś powszechnie związku frazeologicznego – teatr jednego aktora i też dwóch słów: teatr ubogi. A przecież to nie był nawet spektakl, ot… taki bonus do spotkania z książeczką…

Czarownicę… Ireny Jun oglądałem wiele razy. Pierwszy raz na piątym wrocławskim konkursie (1970) w Piwnicy Świdnickiej, dostała nawet nagrodę. To dla czarownicy duży sukces. Nagroda zamiast „stosu” w katolickiej Polsce? A czarowała naszą wyobraźnię zwykłą czarną chustą i miotłą z brzozowych rózg, którymi potrafiła manipulować naszymi nastrojami.

WIESŁAW KOMASA 1972

Oczarowanie Wrocławia zabrało Wieśkowi Komasie dwa lata. W roku 1972 pokazał spektakl Moja bajka, scenariusz napisał wspólnie z dzisiejszym wrocławskim teatrologiem, Irkiem Guszpitem, rok później przyjechał z Odejściem Kaina, monodramem napisanym specjalnie dla niego przez wrocławską poetę, dziś niesłusznie zapomnianą, Mariannę Bocian. Trochę wcześniej prowadził niekończące się rozmowy z moim redakcyjnym kolegą i krytykiem teatralnym, Tadkiem Burzyńskim, bo miał zamiar zgłosić swój akces do teatru Grotowskiego, który właśnie brał ostry zakręt i od teatru realizującego spektakle odchodził, a oni obaj byli tym teatrem zafascynowani.

Wiesław pokazał na festiwalu spektakle w swojej ekspresji i intensywności wręcz odległe od tego, co w tej teatralnej konwencji samotników na scenie prezentowali inni aktorzy. Nie wsparty jakimś rozbudowanym sztafażem, boso w siermiężnej koszuli i takich spodniach porywał widzów głębokością swojego utożsamiania się z postacią, wewnętrznego przeżycia. Był samą prawdą. Nie wygrał wtedy we Wrocławiu trzydzieści dziewięć lat temu, dwa razy był trzeci. Jurorom taki poziom ekspresji przekraczający tradycyjny aktorski warsztat wydawał się zbyt „egzotyczny”. A my uważaliśmy, że gdy Komasa gra, to unosi się kilkanaście centymetrów nad sceną i jest poetą w swojej narracji. Trudno było tego nie zauważyć.

ELŻBIETA FEDIUK 1972

Wyobrażanie sobie, że człowiek, który nie jest wyszkolonym i wytrenowanym cyrkowcem, może przez prawie czterdzieści minut zagrać cały spektakl na lnianej „scenie” wiszącej pionowo i kończącej się pół metra nad podłogą, wydaje się to nieprawdopodobne. Ela, wtedy aktorka Wrocławskiego Teatru Współczesnego razem z autorem wierszy, Rafałem Wojaczkiem napisała scenariusz oparty na jego tomiku zatytułowanym: Którego nie było. Ten tomik ukazał się potem w wydawnictwie Ossolineum kilka miesięcy po samobójczej śmierci autora. Ona na tej linie w białym trykocie poraziła nas wewnętrznym bólem, który niosą wiersze Wojaczka. To wszystko było jak jakiś surrealistyczny sen. Piękne i do pogrążające. Nikt już potem nie wykorzystał tak przekonująco emocjonalnej siły poezji tego tragicznego poety.

KRZYSZTOF PIETRYKOWSKI 1974

Wrażliwość i wyjątkowość Krzysztofa odkryła Rena Możdżeńska, legenda tego ruchu, która wyreżyserowała dziesiątki monodramów. Wyobraźcie sobie, że staje przed Wami chłopak w góralskim kapeluszu, z ciupagą i opowiada Wam w porywający sposób skromny kawałek swojego życiorysu, może najbardziej dramatyczny, choć przecież kilkanaście lat spędził na wojnach, służąc w armii zaborcy. Wraca, a dzieci ma trochę więcej, niż było, kiedy się wyprawiał… Brzmi to dziś może banalnie jak każde streszczenie ludzkiego dramatu. To by był banał, gdyby Pietrykowski nie potrafił nas przekonać do prawdy swojego bohatera. Tego sukcesu nigdy już nie powtórzył i życie skończył dramatycznie. Był prostym chłopakiem, którego ten sukces przerósł.

ZOFIA KUCÓWNA 1977

To się układa, jak jakaś fabularna opowieść, bo Zofia Kucówna partnerowała Krzysztofowi Pietrykowskiemu na egzaminie eksternistycznym, kiedy trafił do Teatru Narodowego prowadzonego przez Adama Hanuszkiewicza. To osobna legenda wrocławskich festiwali.

Wielka gwiazda Teatru Narodowego przyjechała do Wrocławia na drugą edycję Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora, który były kontynuacją Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora przesadzonego administracyjnymi decyzjami do Torunia, gdzie też efektownie zakwitł. Pokazała Marię Ireneusza Iredyńskiego.

Przez cały spektakl przesiedziała na bujanym fotelu i opowiadała o życiu zetempówki. Był taki Związek Młodzieży Polskiej. Fałszywie ideowy. Maria, bohaterka Kucówny była jego ofiarą. Spektakl trwał prawie dwie godziny i aktorka grała właściwie tylko twarzą. I to było fascynujące i porywające, choć wydaje się dziś już niemal nieprawdopodobne.

GABRIELA MUSKAŁA 1988

Gabrysia to dziecko monodramu. Wystartowała w Zgorzelcu na Ogólnopolskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora, gdzie dostała Grand Prix, potem przyjechała do Wrocławia i też wyjechała z nagrodą. Pod ręką Mariana Półtoranosa przygotowała adaptację słuchowiska Henryka Bardijewskiego Lalki moje ciche siostry.

Na stole w czarnym trykocie siedzi dziewczynka z lalką i opowiada nam swoje strachy jakby fantazje, dość osobliwe i niezwykłe. Robi to tak, że trudno od niej oderwać wzrok na sekundę, bo kokietuje, drażni, straszy, zawłaszcza, odpycha i zachwyca. Ma w sobie stu diabłów, ale nawet nie podnosi głosu, po prostu opowiada najzwyczajniej, co w niej gdzieś głęboko tkwi, poza rozumem. Gdy nas porywała swoją niby beznamiętną opowieścią, miała chyba siedemnaście lat. Dziś jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek.

AGNIESZKA WARCHULSKA 1998

Na taki spektakl trzeba czasem czekać wiele lat. To był kolejny w historii wrocławskich festiwali spektakl oparty na niezwykle subtelnej prozie Bohumila Hrabala zatytułowany Vita nova. Stanęła przed nami dziewczyna w letniej zwiewnej sukience i słowami narratorki Eliski (żony pisarza) opowiadała o różnych fascynacjach damsko-męskich. Prosty język, subtelny żart Agnieszce udało się zmienić w opowieść, w której zatapia każdego widza w tak delikatny sposób, że on tego nawet nie zauważa. Budzi się z tego snu, gdy inni, którzy się wcześniej zorientowali, że to tylko teatr, już biją brawo. Jak pozornie niewiele trzeba, by stworzyć wspaniały teatr.

ALBERT OSIK 2008

To wielki przegrany wrocławskiego konkursu, w którym musiał się zmierzyć z Anią Skupnik i jej lalką partnerką… Marleną Dietrich. Przegrał naprawdę minimalnie, a porwał widzów tym, że nie potrzebował do swojego spektaklu niczego oprócz szklaneczki whisky. Jego bohater Frid w monodramie Traumnovelle wciąga nas w historię swojego małżeństwa i swoistego testu wierności. Nie dramatyzuje przed nami, udaje zabawę, wybryk niezrównoważonej psychiki z cieniem podejrzliwości i własnej nielojalności. Niczego do końca nie wiemy. Historia, jakich wiele, ale aktor intryguje swoją osobowością. Niepotrzebny był mu do tego tir z rekwizytami i scenografią. Ale to nie ostatnia moja opowieść o aktorze ze szklanką tylko stojącym przed publicznością.

BOGUSŁAW KIERC 2009

Gdyby nie to, że Bogusław ma założoną tył na przód marynarkę i siedzi w pierwszym rzędzie z wyciągniętymi do przodu nogami udając drzemkę, a właściwie trupa, gdy wchodzimy na widownię, to nikt by na niego nie zwrócił uwagi. Ale jak napisał Adam Mickiewicz: „trup w pośrodku was zasiada, w oczy zagląda wam i głośno gada”. Ów trup, już z perspektywy tego „drugiego” świata jakby przelatuje nad swoim życiem, więc jest Oda do młodości, która brzmi gorzko i ironicznie, jest Wielka Improwizacja z Dziadów i wiele najbardziej znanych wierszy wieszcza, które w ustach aktora i też poety brzmią zupełnie inaczej, niż gdy je sami czytaliśmy. Zyskują całkiem nowe znaczenia. Ale wcale nie to jest fascynujące w tym osobistym bardzo spektaklu, bo też oglądałem go z widzami, którzy nie rozumieli ani jednego słowa po polsku i nigdy nie słyszeli o Mickiewiczu, a wychodzili głęboko poruszeni. Fascynujący jest sam aktor, którego jedynym rekwizytem jest szklanka z wodą. Dla tych osób, nieznających naszego języka, przenikliwa była skala emocji, którą pokazał aktor. Żarliwość słów i ich delikatne cienie. To one stwarzały niezwykłą dramaturgię i nic innego nie było potrzebne.

JANUSZ STOLARSKI 2009

Choć Janusz nie wypowiada ani jednego słowa, to jest chyba jego najbardziej osobisty monodram. Ruchom jego ciała towarzyszy niezwykła muzyka Zbigniewa Łowżyła, która ukazała się na płycie pod tytułem Kod. Taki też tytuł ma spektakl, ale nie jest to proste przeniesienie. Dla Stolarskiego ów kod jest także kodem ciała. Kodem ruchów człowieka od narodzin, ach po obłędny czasem galop przez życie. To wielka sztuka opowiedzieć o sobie nie będąc mimem ani tancerzem. Ruchową sprawność aktor zdobywał w tej samej sali, w której oglądaliśmy spektakle Grotowskiego, a po rozwiązaniu Teatru Laboratorium siedzibę miało Drugie Wrocławskie Studio. Te echa, choćby biegu Ciemnego (Ryszard Cieślak) w Apocalipsis cum figuris, gdzieś tam nam się kołaczą w głowie, gdy śledzimy każdy ruch Janusza. Bez wątpienia owo zainteresowanie ruchem wzięło się ze współpracy z tancerzami Ewy Wycichowskiej. Intensywność działań w pewnym momencie wyraźnie też inspiruje monumentalna, patetyczna nawet muzyka, która zastępuje głos aktora. To jedna z najciekawszych moich dotknięć teatru ubogiego.

FINAŁ

Sztucznie sobie ograniczyłem ilość aktorów i spektakli, które mógłbym tu przywołać jako spektakle teatru ubogiego. W teatrze jednego aktora to jest najwyższa półka. Gdy obejrzało się ponad tysiąc monodramów, człowiek staje się strasznie wybredny…

 

Krzysztof Kucharski

Dodaj komentarz