Jest jeden człowiek, są słuchcze, widzowie

 

Muszę tu szczerze wyznać, że w życiu moim zdarzył się wypadek nieświadomego – czy też mimowolnego? – rodzicielstwa. Chodzi mianowicie o znaną formułę: „teatr jednego aktora”, a może i za idącymi wraz z nią skutkami w życiu teatralnym. O tym moim rodzicielstwie dowiedziałem się po wielu latach od pana Wiesława Gerasa, bo ja przez całe dziesięciolecia nic o tym nie wiedziałem. Owszem, znałem jako praktykujący recenzent ruch pod nazwą „teatr jednego aktora”, ale nie przypisywałem sobie autorstwa tego terminu, ani współudziału w jego praktycznych następstwach. Świadczy o tym, jak dziwne bywają – o czym wiedzą lingwiści – dzieje słów. A w tym wypadku frazeologicznego związku trzech słów: słowa „teatr”, słowa „aktor” oraz przedzielającego je słowa „jeden”.

Napisałem kiedyś taki artykuł, to był chyba początek 1961 roku, który wydrukowany był w „Przekroju”. Proszę sobie wyobrazić, w „Przekroju”, popularnym piśmie w czasach PRL-u. („Przekrój” numer 842-1961, „Laurka dla wielkiego aktora: Siemion” przyp red). Oto skromny – a całkiem nieznany – przyczynek do historii teatru współczesnego. Bo jak się okazuje, mamy tu do czynienia – że podbiję sobie bębenka – z faktem poniekąd założycielskim. Wiedzą o tym niektórzy z obecnych na tej sali . I do nich to w charakterze usprawiedliwienia adresuję porzekadło fredrowskiego Pana Jowialskiego (czy dziś pamiętane?): jak znacie, to posłuchajcie.

A że to nie fantazja… Kilka cytatów z tego przekrojowego artykuliku sprzed niemal półwieku:

„Widziałem Siemiona w krakowskim klubie „Pod Jaszczurami”. Odbył się jego koncert recytatorski”.

Proszę zwrócić uwagę na ten termin „koncert recytatorski”. Bo to też jest sceniczny gatunek, który chyba do dzisiaj funkcjonuje.

„Recytatorski?”

Tutaj postawiłem znak zapytania . A dalej:

„Słowo to jest stosowane dlatego tylko, że na estradzie stał jeden człowiek i mówił teksty. W istocie bowiem, ten jeden człowiek starczy za całe przedstawienie z liczną obsadą, dekoracjami, kostiumami, nawet z tłem muzycznym . Siemion to więcej niż recytator, więcej nawet niż aktor, Siemion to teatr . Osobliwy teatr jednego aktora”.

Wybieram poszczególne wyrwane fragmenty z tego tekstu, w którym zwięźle wypisuje sceniczne (estradowe?) działania i serię błyskawicznie przedstawianych przez Wojciecha Siemiona ludowych postaci. Jego sposób recytacji, podawanie tekstów polskiego folkloru nacechowane było wyrafinowanym dystansem dalekim od panującego wówczas kanonu wykonawstwa, afektowanego wczuwania się w słowo. Nie było w tym recytatorskiego szablonu jako lotu ku niebu. Była dwoistość tonu; humor i przejmująca dramatyczność. Poezja sofistykowanej i wysmakowanej naiwności: w jednym geście wzniosłość i ludzka mizeria gorliwego wsiowego bajarza. Było to – mówiąc banalne – piękne i niezwykłe. Siemion był jak znajda w ówczesnych poszukiwaniach polskiej teatralnej awangardy.

I dalej: „Człowieka tego nie broni żadna z uwodzicielskich złud teatru. Ani szminka, ani wyrazisty kostium, ani zabudowa sceny, ani magia świateł”.

Tak to było ongiś! Dzisiaj, jak widziałem, w teatrze jednego aktora magia świateł, i wszelakie efekty techniczne – z modną multimedialną elektroniką – są szeroko praktykowane. To niby element rozwoju tego gatunku? A więc postępu… Co do mnie, sądzę, że gdyby istniał honorowy kodeks artysty teatru jednego aktora, cytowane powyżej zdanie należałoby w nim umieścić jako paragraf pierwszy.

I jeszcze: „Pozostawiony sam sobie, publiczność musi zdobywać tylko sobą. Za całą broń ma własny głos i ciało. I sprawność posługiwania się nimi wedle potrzeby”.

Znów mała dygresja – czy przypomnienie. Autor tej recenzji z występu Siemiona w Krakowskim Klubie Studenckim „Pod Jaszczurami” był współzałożycielem Teatru Laboratorium i najbliższym współpracownikiem Grotowskiego. Rok 1961. Opole. Nasz ówczesny szyld: jeszcze „Teatr 13 Rzędów”.

Pozwolę sobie zwrócić uwagę Państwa na sposób, jaki w tej archiwalnej recenzji opisany jest czyn aktorski Siemiona. Trybem negatywnym: że aktor nie posługuje się kostiumem, szminką, efektami technicznymi, itd. Podobne myślenie pojawi się w „kanonicznych” tekstach Grotowskiego.

No i jeszcze jeden cytat: „W Siemionowskim teatrze jednego aktora jest coś ze starego ludowego rzemiosła, gdzie cały proces produkcji spoczywa w rękach jednego człowieka. Narzędzia jego są ubogie”.

I owo „stare ludowe rzemiosło”, gdzie sam rzemieślnik robi wszystko, i te „narzędzia ubogie”, no i to emblematyczne „ciało i głos…” Czyżbyśmy byli w pobliżu idei „teatru ubogiego”, która po raz pierwszy pojawi się później, w opisie – po raz pierwszy – przedstawienia Grotowskiego „Akropolis” z tekstem Wyspiańskiego, pióra mówiącego – czy piszącego? – te słowa? I czyżby Siemion, za pośrednictwem „narracji” swego recenzenta, – miał jakiś mimowolny udział – w krystalizowaniu się „teatru ubogiego”?

Przepraszam, ale muszę w tym miejscu wtrącić parę słów, znów o sobie. Jako starzec mam chyba prawo bajać o dawnych czasach. Zawsze fascynowali mnie – niemal od dzieciństwa – ludowi śpiewacy – opowiadacze. Taki dziad, który opowiadał jakieś stare dzieje. Tak się złożyło, że już jako pacholę zostałem Sybirakiem. Zostaliśmy wywiezieni, ja z rodzicami, ze Lwowa w głąb ZSRR latem roku 1940. Byliśmy w lasach, w tajdze, a potem, gdy nas uwolniono, znaleźliśmy się w Azji Środkowej w Uzbekistanie. I tam, na bazarze bardzo często występowali starcy, bajarze, opowiadacze, śpiewacy. Przeważnie był to jakiś siwy, mocno zarośnięty mężczyzna liczący sobie powyżej siedemdziesięciu lat, ślepiec prowadzony przez pacholę. Starzec trzymał na kolanach instrument muzyczny, który po uzbecku nazywa się dombra. Miała dombra bardzo długi gryf i małą gruszkę z trzema strunami. Ten ślepiec, starzec, śpiewał, intonował, opowiadał z orientalnym zaśpiewem jakieś fragmenty starych ludowych pieśni epickich z tych stron. To byli tacy uzbeccy Homerowie, miejscowi rapsodowie. A dookoła zbierał się tłum i słuchał, siedząc w kucki. Na koniec ktoś mu tam coś dawał, kto co miał, bo nędza tam była straszna. Nie wiem, czy to do dziś w Uzbekistanie przetrwało. Wszyscy byli ubrani podobnie w swoich strojach tradycyjnych. Innych nie mieli, tak się ubierali na co dzień. Kobiety były opatulone w coś, co teraz w Europie nazywamy burką; po uzbecku, o ile pamiętam, to się nazywało parandża. Twarze miały zasłonięte. Nie było to wtedy zwalczane przez „oświecenie” stalinowskie. Na frontach była trudna sytuacja i nastąpił jakby luz religijny, jeśli można to tak kolokwialnie określić.

Był to dla mnie pierwszy teatr jednego aktora i ogromnie mnie swoją formą zafascynował. To jest bardzo archaiczne, to może było w ogóle u początków tego, co gdzie indziej rozwinęło się w teatr. Jednak akurat w krajach muzułmańskich nie rozwinęło się w teatr, tylko w takiej pierwotnej formie pozostało.

Chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że teatr jednego aktora ma być może antecedensowy, bardzo archaiczny charakter. Czy zgoła nawet źródłowy? To śpiewacy, tacy jak Homer, czy wspomniany dziad na orientalnym bazarze, który opowiada jakąś historię. Jesteśmy u początków teatru. Jest jeden człowiek, są słuchacze, widzowie i to wszystko. A widz, czy słuchacz może być tylko jeden, aby był to teatr. Jego jak gdyby komórka elementarna…

Czy to fantazja teatrologiczna? A może jedna z uprawnionych hipotez: że u początku sztuki teatru, był taki pierwotny teatr jednego aktora?

 

Ludwik Flaszen

 

 

Dodaj komentarz